Wspomnienia z lat okupacji Zofii Krzaczek ps. Zojka zam. Józefów

Wspomnienia z lat okupacji

Zofii Krzaczek ps. Zojka zam. Józefów

We wrześniu 1939r. miałam 18 lat, miałam swoja sympatię, chłopca którego zmobilizowano i zabrano do wojska.                                                                                    Po kilku dniach przez nasze miasteczko zaczęli przejeżdżać najróżniejsi ludzie. Oglądaliśmy tą niekończącą się wędrówkę ludzi, którzy na czym kto mógł jechali dzień i noc na wschód.   Ja i moje koleżanki podawałyśmy im coś do picia. A wrzesień tego lata był bardzo upalny. Ludzie chętnie pili, chwilę odpoczywali i pędzili dalej. Nawet nas to trochę bawiło; gdzie oni i dlaczego tak uciekają ?                                                                                                                                               Bardzo przykre i upokarzające wrażenie na nas miejscowych ludzi, którzy nigdzie nie wybierali się wyjeżdżać, zrobili biedni zastraszeni księża pedałujący na rowerach w sutannach ; starsi i młodzi, zakurzeni, zmęczeni i bardzo wystraszeni. Było ich około 300 –tu osób. Pamiętam, podałam starszemu księdzu w kubku kompot i zapytałam; proszę księdza dlaczego i dokąd wy tak wszyscy uciekacie? Popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział: „ moje dziecko i ty powinnaś natychmiast uciekać za 2 lub 3 dni będą tu Niemcy”.  Pod wieczór przejeżdżały samochody osobowe, w których siedzieli elegancko ubrani mężczyźni i kobiety. Jedna z tych pań wysiadła z auta rozglądając się za ubikacją. Podbiegłam do niej oferując ten kompot i znów zapytałam; proszę mi powiedzieć dokąd wy jedziecie?. Na to pani; usiłujemy przedostać asie do Zaleszczyk a stamtąd przez granice rumuńską i dalej. Jednym słowem szybko za granicę Polski.                              Było nam bardzo smutno i źle. Kompotu już nikomu nie chciało się podawać.                  Okazało się, że ksiądz , który ze mną rozmawiał miał rację. Za kilka dni wpadli na motocyklach z przyczepami, ubrani w czarne błyszczące kombinezony, w długich czarnych rękawicach , niemieccy żołnierze.

I tak zaczęła się straszliwa wojna, która według wszystkich starszych osób z naszego miasta, miała trwać bardzo krótko.                                                                                    Przy końcu października uciekł z niewoli niemieckiej mój chłopak i 30 grudnia wzięliśmy ślub. Bardzo często widzieliśmy jak Niemcy pędzili jeńców; naszych polskich żołnierzy. Nie rzadko udawało się któremuś z nich wpaść po kryjomu do naszych domów , prosząc o jedzenie i cywilne ubranie. Nakarmieni i przebrani na cywila ruszali , odprowadzani kilka kilometrów bliżej swoich domów                                                                                             W pobliskich lasach bardzo dużo rozbroiło się naszych polskich żołnierzy. Zima na ukończeniu i wiosna w całej pełni a wojna jakoś się nie kończy.                                            Za plebania na ugorku rozbili Niemcy namioty. W nocy przywieźli bardzo dużo rannych jeńców naszych polskich żołnierzy. Ja z koleżanką nie mogłyśmy wytrzymać z ciekawości i chęci pomocy rannym, którzy jęczeli. Późnym wieczorem moja przyjaciółka podeszła pod najbliższy namiot i po przekupieniu strażnika butelką bimbru, wysunęła najbliżej leżącego rannego polskiego żołnierza. Natychmiast pospieszyłam jej z pomocą; przyciągnęliśmy go kilkanaście metrów, tu już pomogli nam nasi przyjaciele, którzy czekali. Umieściliśmy go w mieszkaniu koleżanki Zosi Żelawskiej . nic nikomu nie mówiąc, z wyjątkiem kilku wtajemniczonych osób. Pan Józef Szkałuba, nasz miejscowy felczer , serdecznie się nim zaopiekował i leczył go cały czas. Po pięciu tygodniach prawie wyleczony, odżywiony na tyle, że mógł się swobodnie poruszać o własnych siłach, przebrany za cywila, odprowadzony przez las powędrował , mówił, że musi do warszawy.  Żołnierzem tym jak się okazało był polski oficer o nazwisku Leopold Litynski, który po wojnie przyjeżdżał kilka razy do naszego miasteczka i z którym do dziś utrzymujemy kontakt. Obecnie Pan Lityński mieszka w Kluczborku z synem, synową i wnukami.

Coraz częściej mąż mój znikał i wracał zmęczony i wybrudzony. Domyślałam się,  ale na moje pytania odpowiadał „tak trzeba”.                                                                      Często znajdowałam w jego rzeczach jakąś część broni, czy nabój. Powiedziałam kategorycznie, ja też chcę chodzić z wami. Od tej pory czasem chodziłam z nim i wieloma naszymi przyjaciółmi po różnych jarach, wąwozach, zaglądaliśmy pod rozłożyste nisko nad ziemią gałęzie świerkowe, gdzie znajdowaliśmy ułożone lub porzucone różne części broni a często i kompletna broń.                                                                            Coraz  więcej osób spotykało się na tych poszukiwaniach, kompletowaniu i przechowywaniu  w specjalnych na ten cel przygotowanych schronach , nazywanych przez nas składami broni.

Zaczęła tworzyć się konspiracja. Zaprzysięganie się, normalna partyzantka.        Naszym wtedy przywódcą był Jasio Trochimiuk, oficer rezerwy, miejscowy nauczyciel. Posiadał własny mundur i czasem wkładał go pod cywilny płaszcz. Był chory na płuca i te marsze po lasach za poszukiwaniem broni na tyle mu zaszkodziły, że musiał położyć się do łóżka. I znów nasz felczer Szkałuba leczył go. Nie było za wiele czym i stan zdrowia Jasia pogarszał się. Załatwiło mu się wyjazd na leczenie do Otwocka. Niestety rychło zmarł.                                                                                                                                     Wciąż gromadziło się broń, sortowało, oliwiło, okręcało w naoliwione papiery i szmaty, chowając w specjalne na ten cel przygotowane doły , nazywając to składami broni i amunicji. I tak zaczęła tworzyć się partyzantka.

Jesienią czterdziestego roku urodziłam syna. Mieszkaliśmy z moją mamą, która opiekowała się dzieckiem, dzięki czemu w lutym 1942r. ukończyła tajny kurs sanitarny. Coraz częściej widziało się w oddziałach partyzanckich nowe twarze z różnych stron Polski. Bardzo dużo było warszawiaków. Partyzantka przybierała na sile i liczbie. I było coraz częstsze aresztowania, wywożenia a nawet rozstrzeliwania ludzi. Coraz więcej ludzi w lesie , coraz częstsze wypady na placówki z czystą bielizną.                       Niezapomniana wigilia w naszym mieszkaniu, łamanie się opłatkiem z partyzantami, ciche śpiewanie kolęd i partyzanckich pieśni i nasz synek, którego chłopcy brali na ręce a on zachwycony bawił się sznurami od pistoletów a nawet i pistoletami. Przed świtem chłopcy odjechali na  placówkę.                                                                                              Niezapomniane chrzciny małego Mareczka , synka mojej koleżanki Jadzi Galińskiej, którego podawaliśmy do chrztu razem z Edzie Błaszczakiem „Gromem”. Nie obyło się bez salw.                                                                                                                                       I ten zjazd w Tarnowoli u Bździuchów. Tam zobaczyłam pierwszy raz Tadzia Kuncewicza „Podkowę” i jego ludzi.                                                                                             I nasza mieścina „Rzeczpospolita Józefowska” dla nas dla Niemców zaś „Banditensztad”.                                                                                                                         I okropność 26 lutego 1943r. Na naszym rynku faszyści rozstrzeliwują na oczach wszystkich ludzi rodzinę komendanta Wira; matkę , ojca i siostrę. Kilkadziesiąt osób wywożą do obozu. Ojciec por. Wira  Pan Wacław Bartoszewski był tutejszym lekarzem wet.. Poważany i szanowany. U Państwa Bartoszewskich była spora biblioteczka, z której zacna Pani Bartoszewska często wypożyczała mi coś do poczytania.                         Coraz częstsze potyczki z Niemcami; minowanie szyn , wysadzenie pociągów z ładunkiem broni, wieży ciśnień na stacji kolejowej Krasnobród, wysadzenie pociągu z cukrem  (któż go sobie wtedy nie brał) , odbijanie więźniów; słowem prawie otwarta i skuteczna walka z wrogiem.                                                                                              Ciężka rana Wira w nogę, śmierć Korsarza i wielu innych. I coraz częstsze wieści, że Niemcy szykują ogromną akcję na poszczególne miejscowości i na las. Czuje się w powietrzu, że coś się dzieje, że wróg bardzo groźnego coś knuje.                                       Już wiemy na pewno; będzie to wielka akcja – obława.                                                         Co robić ? – zastanawiają się mężczyźni, iść do lasy, czy przesiedzieć akcję w domowych schronach. Coraz częściej ludzie z lasu wpadają do domów, też nie są przekonani jak będzie lepiej.                                                                                                       Już szpital u Wira  likwidują. W ostatniej chwili Felek Pardus „Piast” do naszego domu przywiózł końmi z tego szpitala rannego w ramię i dłoń nie wyleczonego jeszcze „Huragana” – Pawła Pisarczyka , dowódcę BCH.                                                        Zapada postanowienie; natychmiast robimy duży masywny schron na kilku ludzi na naszym podwórku. Dzień i nic kilka furmanek woziły z lasu całe sosny i zrobili bardzo solidny i świetnie zamaskowany schron. Po zakończeniu roboty posadziliśmy na wierzchu różne rośliny. Był bardzo solidnie zrobiony i dobrze zamaskowany.                                   Dwa dni przed akcją wpadł do nas Staś Makuch „Kruk” leśnik z zawodu jak i mój mąż. Niedawno wzięli ślub z młoda nauczycielką z Osuch Władzią Goch „Gejsza”. Powiedział, że na czas akcji przyśle swoją żonę do nas. Władzia nie pojawiła się . Oboje zginęli w lesie pod Osuchami.                                                                                                                                              Już akcja trwa, w ostatniej niemal chwili powpychałam do tego schronu ośmiu mężczyzn i trzy bochenki chleba. Byli to : Krzaczek Gustaw „Gałązka”, Mietek Futyma „Mieczyk”, Felek Pardus „Piast”, Paweł pisarczyk „Huragan”, Jan Naklicki „Dyplomata”, Franciszek Rogowski „Stryjko” i Jan Ziomek. Nie pamiętam kto był ósmy, wiem, że było ich ośmiu. Dzieki temu schronowi tych ośmiu mężczyzn przetrwało tę okropną akcję.

Natomiast mnie wraz z 4-letnim synkiem Niemcy zabrali z domu i osadzili w przejściowym obozie w Zwierzyńcu. Dzięki paczkom Pani ordynatowej Róży zamojskiej nie cierpieliśmy głodu. Po tygodniu załadowano nas do towarowych wagonów odrutowanych i wywiezieni do obozu na Majdanku.                                                              Tej podróży, w upał, w tych wagonach towarowych z małymi dziećmi nie da się opisać- to trzeba było przeżyć. W obozie na Majdanku spędzili kobiety i dzieci osobno, nakazali rozbierać się do naga i wpędzili do łaźni. Przy tym wszystkim towarzyszyły Niemcom duże przeraźliwie szczekające psy. Para, zaduch, te śliskie drewniane szczeble pod stopami w łaźni, świst szpicrut, krzyki Niemców, jęki nagich ludzi i ten przeogromny strach, że to już koniec. Po wyjściu z łaźni i przesortowaniu nas, na szczęście nie rozdzielili mnie z dzieckiem. Musiałam chodzić do pracy, dziecko zostawało w baraku pod opieką starszych więźniarek, które do pracy nie musiały chodzić.                                  Piątkami maszerowałyśmy pilnowane przez niemieckich strażników a w powietrzu słyszałam płacz mojego dziecka. Jak mi opowiadały więźniarki, często musiały mu zasłaniać w tym płaczu buzię bo Niemcy niecierpliwie oglądali się w jego stronę. Do pracy pędzono na s przez dwie duże odrutowane i podobno podłączone pod prąd bramy. Pracowałyśmy na olbrzymich działkach warzywniczych odgrodzonych drutami kolczastymi. Pewnego dnia pod te druty podeszło kilkanaście osób – mieszkańców Lublina i mimo wrzasków Niemców, rzucali nam chleb i bułki. Te skarby złapałam miedzy innymi i ja, pół bochenka białego chleba. Radość moja była wielka na myśl, że mój synek zje białego chleba. Przechodząc przez pierwszą bramę udało się. Niemiec nie zauważył albo udał, że nie widzi. Przechodząc przez bramę drugą, Niemiec który stał na straży zaczął wrzeszczeć i odbierać naszą zdobycz. Podbiegł tez i do mnie wyrywając mój chleb i odrzucając go daleko w bok a mnie zdzielił skórzaną szpicrutą. Po przyjściu do baraku okazało się, że mam na plecach przeciętą skórę i krwawię. Współtowarzyszki niedoli robiły mi okłady z zimnej wody. Między innymi obecna moja niedaleka sąsiadka Pani Maria Gontarz. A mój syn i tak pojadł bułek, bo mu naznosiły inne kobiety, którym udało się je przenieść. Pewnego dnia z sąsiedniego pola obozowego zagadnęła do mnie przez druty jakaś więźniarka ze śladami pobicia, pytając mnie skąd jestem i jak się nazywam. Powiedziała mi, że została schwytana podczas jednej z akcji.                               Była sanitariuszką u „Ojca Jana” w okolicach Janowa Lubelskiego. Często przez druty rozmawiałyśmy. Była to Pani Maria Deresz „Irytma”, obecnie emerytowana nauczycielka , autorka książki wydanej przez Instytut Wydawniczy PAX w 1983r. pod tytułem „Niebo bez słońca” a zamieszkująca w Malborku. W swojej książce wspomina na stronie 116 o spotkaniu ze mną na Majdanku i z moim 4-letnim synkiem więźniem. Przysłała mi tę książkę ze swoją autorską  dedykacją.                                                                              Syn mój w oczach nikł. Bał się bardzo, nie mógł jeść tego suchego czarnego chleba i ledwo ciepłej wody w której pływały śmierdzące rozgotowane liście buraków i brukwi. Po tygodniu zachorował na dobre. W tym czasie widywałyśmy nad obozem jakieś samoloty. Widać było niesamowite poruszenie wśród Niemców, słychać było bardzo głośne rozmowy telefoniczne i w ogóle odczuwało się, że coś się dzieje. Którejś nocy wokół obozu bombardowanie. Widziałyśmy jak Niemcy w strachu i pospiechu pędzili do bunkrów. Stałyśmy wszystkie, ja z chorym dzieckiem na ręku i głośno modliłyśmy się o to aby bomba gdzieś w pobliżu spadła, bo wyobrażałyśmy sobie, że pod osłona tej bomby uciekniemy z obozu. Nic takiego się nie stało. Kiedy dziecko moje nie mogło podnieść się o własnych siłach, blokowa nasza na porannym apelu zgłosiła, że jest ciężko chore dziecko w bloku. Tego dnia zwolniono mnie z pracy i kazano przyjść z chorym dzieckiem do punktu sanitarnego. Po pobieżnym zbadaniu mojego dziecka lekarz krzyknął do drugiego Niemca „flekfeber”. Ten szybko wypisał i wręczył mi jakiś papier każąc dołączyć do stojącej na placu kilkusetosobowej grupy ludzi.                                                                    Jak się okazało, synek mój był chory na tyfus, papier który otrzymałam było to zwolnienie z obozu a ludzie którzy stali na placu przygotowani byli do zwolnienia. Ludzi starszych i chorych zaczęli po trochu zwalniać.

W ten sposób znalazłam się poza drutami, na ulicy Lublina czyli na wolności. Momentalnie ludzie z Czerwonego Krzyża zaopiekowali się nami bardzo serdecznie. Znalazłam się z dzieckiem w szpitalu. Moje serce i nerwy też wymagały leczenia. Po wyjściu ze szpitala, wróciliśmy do domu. Adaś był tak bardzo wycieńczony, że w wieku       4 lat na nowo musiał uczyć się chodzić. Oboje wyglądaliśmy jak szkielety.                         Pomału, stopniowo zaczynaliśmy nowe życie, z radością, że skończył się już ten koszmar.                                                                                                                                     Do dziś tylko z synem uczuleni jesteśmy na głośne i zajadłe szczekanie psów.

Zofia Kraczek ps. Zojka  –   Józefów

Członek Światowego Związku Żołnierzy AK

Powyższe wspomnienie napisane w 1983r  zostało wyróżnione i znajduje się w odpisie w Muzeum na Majdanku pod sygnaturą VII – 972 . Posłuży ono zapewne historykom do pełniejszego poznania tego okresu”. W podpisie ; kierownik Działu Archiwum na Majdanku mgr Henryk Telesz.

Za zgodą Pani Zofii Krzaczek udostępniam czytelnikom Rzeczypospolitej Józefowskiej.

Zygmunt Puźniak

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s