WSPOMNIENIA SANITARIUSZKI JÓZEFOWSKIEGO ODDZIAŁU „WIRA”

Stefania Mirska zd. Nowak ps. „Sarna”

WSPOMNIENIA SANITARIUSZKI

6 lutego 1942 r., mając 16 lat wstąpiłam do organizacji. Marzeniem moim było być sanitariuszką, więc przydzielono mnie do sekcji sanitarnej. Byłam z tego bardzo dumna..
Pierwsze zebranie odbyło się w lutym 1942r. Odbyła się uroczysta przysięga i felczer S. Białoszewski ps. Biskup wprowadził nas w tajniki naszej pracy. Była nas spora grupka. Szkolenia przeciągały się do późnej nocy bo noc zapewniała nam zupełne bezpieczeństwo.
Po miesiącu kurs został przerwany z powodu przyjazdu Niemców na czas nieokreślony.
Więc uczyłyśmy się każda we własnym domu z książek zdobywanych różnymi drogami. Później zbierałyśmy się u którejś i jedna drugą egzaminowała.
W lipcu tego roku kurs znowu odżył, ale odbywał się już z przerwami aż do zimy.
W styczniu 1943r. wyjechałam z rodzicami do tartaku przy stacji kolejowej Krasnobród,
gdyż tam pracował ojciec. Szkolenie w dalszym ciągu było zawieszone.
W międzyczasie przez 3 miesiące byłam gońcem. Zadanie moje polegało na tym: – dostawałam druczki na których trzeba było wpisać każdą wizytę Niemców w tartaku, jaką mieli broń, numery samochodów i jakiej byli formacji. Tak wypełnione druki zanosiłam do Józefowa, a tam czekała druga łączniczka, zabierała je ode mnie i zanosiła do lasu do obozu.
W 1943r. 1 czerwca miałyśmy dużo roboty po walce odbytej z Niemcami na polach pod Józefowem. Rannych było dużo, zabitych 2 – Miszka Tatar i Józef Kudełka z Józefowa. I tak już było do końca roku, ciągle trzeba było uciekać, chować się i żyć pod strachem.
W lutym 1944r. wznowiono szkolenie. Trwało 3 miesiące. Wykłady prowadził dr„Biga”. To był naprawdę prawdziwy kurs. Wykłady były jak w szkole. Każda musiał umieć. Doktor był bezwzględny, wymagał od nas dużo. Anatomie i fizjologię trzeba było umieć na pamięć , więc uczyłyśmy się solidnie. Przyszedł czas na egzaminy.
Do egzaminu przystąpiły: Stasia Podolakówna ps. Palma, Hanka Sobczak ps.”Brzoza”, Heńka Rogalówna ps.”Zorza”, Danka Wójcikówna ps. „Danka”, Marysia Dźwinogrodzka ps.”Myszka”oraz Maria Drygas ps.”Malwa” no i ja „Sarna”. Byłyśmy wszystkie z jednego oddziału„Wira.
28 kwietnia 1944r. wyznaczono dom państwa Kleinach na egzaminy. Dom był duży, posiadał dużo pomieszczeń i piękne poddasze. Właśnie na tym poddaszu wybrano pokój od wschodu na nasz egzamin. Myśmy czekały na dole w jednym z pokoi, a cała komisja egzaminacyjna siedziała na górze.
Po chwili wezwano nas na górę. Na stole leżały koperty z pytaniami; trzeba było wybrać jedną z nich. W kopercie było po dwie kartki, jedna oddawało się doktorowi, drugą dla siebie.
W komisji było 10 osób. Każdy członek komisji / oprócz lekarzy/ miał po 3 pytań dowolnych dla każdej z nas. Głównymi osobami przy egzaminie byli lekarze. Przed nimi się człowiek bał. Było trzech lekarzy: dr „Biga”, dr „Radwan” i dr „Korab”
Ja zdawałam z Hanką Rogalówna. Trema była wielka. Poszło nam bardzo dobrze. Uciecha wielka. Pochwała lekarzy.
I tak kolejno szły dziewczynki do stołu i zdawały. Zdały wszystko. Po egzaminie oznajmiono nam, że świadectwa dostaniemy za 2 tygodnie, ale niestety nie dostałyśmy, coś tam przeszkodziło.
30 .IV. tego roku zostałyśmy z „Zorzą” przydzielone do obozu „Wira”, w którym leżeli chorzy. Stawiłyśmy się do obozu. Obóz jak to obóz. Namiotu w młodym lasku porozbijane, ognisko się pali, a chłopcy wszyscy młodzi jak ten las, czyścili broń.
Przywitali nas wesoło. Prawie wszyscy znajomi. Zameldowałyśmy się u komendanta, ten z kolei przekazał nas siostrze przełożonej ps. ”Nina”.
Wprowadzono nas do chorych. Co za niemiły widok uderzył nas w oczy. Cały ten „szpital” znajdował się w bunkrze. Długie okno w suficie rzucało marne światło na „salę”. Czuć było stęchliznę. Z lewej strony bunkra zbudowana była jedna długa prycza ciągnąca się wzdłuż ściany. Z prawej strony stały 2 łóżka, jedno żelazne drugie drewniane, wojskowe. Na środku stał długi stół „krzyżak” z lekarstwami. U sufitu wisiała lampa – latarka naftowa, a przy wejściu z prawej strony leżały worki pełne zboża i zwinięte spadochrony.
„Nina” przedstawiła nas chorym i oddała ich pod naszą opiekę. Zimno mnie przeszło gdy spojrzałam po chorych. Serce mi się ścisnęło i stanęły zły w oczach. „Nina” nas pocieszała, że nie jest tak źle jak to wygląda. Poleciła Heńce dać po 21 godzinach zastrzyk  choremu / pokazała któremu/ i o 5-tej rano drugi, ale te zastrzyki zrobiłam ja ponieważ ją obleciał strach / później jej przeszło /.
Spałyśmy na tych workach ze zbożem. Twardo nam nie było, tylko coś nie dawało nam spać. Jak się rano okazało były to wszy. Okropne wszy. Musiałyśmy iść w krzaki i pozbierać z siebie to świństwo. Chyba wszystkie jakie były w bunkrze tej nocy nas oblazły. Poczuły świeżych, bo już następnej nocy były spokojne.
Po dniu przyglądałam się chorym. Mój Boże! – jakżeż byli godni pożałowania. Nieogoleni, brudni i pewnie też zawszeni, siedzieli i leżeli na tej pryczy. Każdy z nich miał na głowie chustkę z kolorowych klinów spadochronowych. Wyglądało to śmiesznie. Miało się wrażenie, że tu leżą sami Arabowie.
Rano przyszła „Nina”. Podeszła do tego chorego, któremu robiłam zastrzyk i przywołała nas do siebie. Odwinęła koc z chorego pod którym ukazała się noga zabandażowana od kolana aż do biodra. Była to prawa noga. Zręcznie odwinęła bandaż i ukazał się okropna cuchnąca rana na udzie. Wytłumaczyła stan jego rany. Wytworzyła się gliwana więc trzeba było wyciskać palcami ropę. Po wyjściu „Niny” wzięłyśmy się do roboty. Ropa pod ciśnieniem tryskała na wszystkie strony. Całą twarz miałam / i Heńka/ obryzganą ropą, fartuch tak wyglądał jakbym kogoś zarznęłam, a fetor taki był, że aż chorzy prosili, żeby już skończyć, bo nie mogą wytrzymać tego „zapachu”.
Ale na drugi dzień zabrali go do szpitala w Biłgoraju. Później się dowiedziałam, że nogę mu amputowano.
Tylko ten jeden był tak ciężko chory / ranny/. Reszta miała rany niegroźne. Był jeden niby zdrowy a chory – ślepy. Nie mam pojęcia / bo nigdy się do o to nie pytałam/ jak został postrzelony w oczy. Oczy były całe a niewidome. Żadnej blizny, żadnej rany, a nie widział. Pseudonim miał „Kuchnia” na imię Roman, nazwiska nie znałam. Pochodził z Tarnogrodu.
Z powodu tej ślepoty był bardzo nerwowy. Każdy mu współczuł. Raz mnie zbeształ, że mu ukroiłam za grubą kromkę chleba. Przeprosiłam go zawstydzona.
Był też na sali chory rosyjski kapitan. Piszę chory bo on nie był ranny. Miał oropienie nerek, więc mu doktór zrobił cięcie w boku i włożył dren na ujście ropy. On jeden leżał osobno na żelaznym łóżku i miał czystą pościel uszytą ze spadochronów. Miał żonę Polkę i pochodził z Kijowa. Żona była nauczycielką. Cięcie miał robione przed naszym przyjściem do obozu.
Tuż obok kapitana leżał osobno na osobnym łóżku wojskowym, drewnianym. Miał jedną nogę w gipsie. Pochodził z Radomia ps. Zięba, imię Zbyszek, nazwiska nie znam.
Przed Zielonymi Świętami 1944r. wyprowadziliśmy się z chorymi do nowego szpitala. Był to duży barak drewniany, wojskowy, rozebrany nocą Niemcom na stacji kolejowej w długim Kącie. Postawiono go 3 km od obozu „Wira”, no i za 4-5 km. Od obozu „Woyny”.
Wybrano piękne miejsce; las stary, jodłowy- przepyszny. Barak ten można było śmiało nazwać szpitalem. Był obszerny, widny i czysty. Posiadał trzy sale: jedna duża i dwie mniejsze. Na dużej Sali było 7 łóżek i 4 okna. Druga sala przeznaczona była na skład lekarstw, narzędzi chirurgicznych i wszelkich materiałów opatrunkowych. Okien było 2, pod jednym z nich stał stół, na którym stało radio i podręczne leki. Na środku tej Sali stał oryginalny stół operacyjny. Choć trochę za ciasno, ale jak na warunki wojenne było aż za dobrze. Sala trzecia przeznaczona była dla lekarzy. Była ona bardzo mała. Mieściły się w niej tylko 2 łóżka. Okien było dwa.
Na Sali chorych jak i na Sali lekarzy, na każdym łóżku był nowy, wypchany słomą siennik. Koce były wojskowe z powłoczką biała uszytą ze spadochronów. Poduszki wypychaliśmy sianem a zarówno poszewki jak i prześcieradło uszyto także ze spadochronów. Chorzy też mieli bieliznę osobistą tego samego pochodzenia co bielizna pościelowa. Wszystko to było uszyte przez dziewczęta z Trzepietniaka.
Tak naprawdę to się nie spodziewałam takiego bogactwa w lesie.
Po przygotowaniu szpitala rozpoczęła się przeprowadzka z bunkra. Podjechały furmanki wymoszczone słomą. Na każdą z nich ulokowało się po kilka osób i noga za nogą ruszyliśmy w kierunku szpitala. Było bardzo ciepło, był cudny maj. Chciało się żyć, ale szkopy nie dawali.
Gdy dojechaliśmy na miejsce już czekały na nas dziewczęta: Hanka „Brzoza”, Danka i Stasia”Palama”. W sumie łącznie z „Niną” było nas 6. Lekarzy było 3 : „Biga” , „Radwan” i „Korab”. Mieliśmy także bardzo dobrze wyposażony magazyn, którym kierowała Halina Wójcikówna.
Powolutku ułożyliśmy chorych przy pomocy chłopców z obozu na łóżka. Na pierwszym łóżku, pod jednym z okien, leżał Piotr Rozwadowski z Zamościa pseudonimu nie znam. Miał postrzał w nerki. Kał wychodził mu bokiem – paskudna rana- ale się wylizał, po przewiezieniu do Biłgoraja. Obok niego leżał fryzjer z Tomaszowa lub.. Znałam go bardzo dobrze ale nazwiska w tej chwili nie pamiętam. Obie nogi miał w gipsie.
Po drugiej stronie leżał ten ślepy „Kuchnia”, dalej Paweł Pisarczyk, ranny w udo i łydkę. Tuz obok Pawła leżał Łotysz, nazwisko Wład Zyłajtis, postrzał w nogę, chodził o kuli. Był bardzo wesoły, mówił po polsku, tylko był bardzo dziobaty. Wszyscy go lubili. Obok niego leżał Zbyszek „Zięba”, pochodził z Radomia, obie nogi ciężko ranne, jedna w gipsie. W samym rogu koło drugiego okna leżał rosyjski kapitan, jego chorobę opisałam poprzednio.
Obok baraku w krzakach stała kuchnia. Tam królowała Hanka. Myśmy jej pomagali, przeważnie obierać kartofle. Nieco dalej zbity z okrąglaków stał magazyn. W głębi lasu stały 2 namioty; jeden dla nas drugi dla chłopców z ochrony szpitala. A było ich 12 -tu: Kazik Bornecki ps.”Kruk”, Tadzik Studnicki ps.”Czapla”, Jasio Kołtun ps.”Pniaczek”, Władek Brygas ps.”Żbik”, Cypian Łyś ps.”Bocian”, Bronek Kozłowski ps.”Zając”, Czesiek Mazurek ps.”Czajka”, Zygmunt Wolski.”Wolak”, Marian Witkowski ps.”Witek”, Podolak Jan ps. Skowronek”, Maśko Michał i Franciszek Kierepka pseudonimów nie pamiętam.. Jeszcze było dwóch, ale nie pamiętam nazwisk.
Na drugi dzień po ulokowaniu chorych na łóżkach, przyjechał ksiądz Świś z Aleksandrowa , który odprawił mszę polową i poświęcił szpital. I od tej chwili dla nas zaczęła się solidna praca.
Doktór „Biga” wyznaczał dyżury. Kartka wisiała na ścianie, z której wiedziałyśmy o kolejności swojej pracy. Były dni, że nie było co robić, ale były i takie dni, że wszystkie miałyśmy pełne ręce roboty.
Z różnych oddziałów przychodzili partyzanci na opatrunki, surowicę i inne dolegliwości.
Ci nie zostawali, odchodzili po udzieleniu im pomocy do swoich oddziałów. Byli lekko ranni.
Po kilku dniach, wyjechali do Biłgoraja na dalsze leczenie szpitalne „Kuchnia” i Piotr Rozwadowski” z nimi było źle. 2 łóżka były wolne.
Później zachorował doktór. Nic groźnego. Po prostu obsypały go czyraki na siedzeniu i musiał leżeć na brzuchu. W pierwszym dniu jego choroby, przywieźli rannego Rosjanina.
Och jak okropnie on wyglądał! Pół twarzy było wydarte, szczękę i przełyk było widać głęboko, tylko skóra naokoło wisiała postrzępiona. Lewego oka nie było widać, było bardzo opuchnięte. Drugie oko było całe. Okropnie jęczał. Doktor z wielkim wysiłkiem wstał i zabrał się do operacji. Ale nim przystąpił do niej, zapytał kto go tak urządził i gdzie?./ Dr. Umiał po rosyjsku, był ze Lwowa / . Podał mu kartkę i ołówek by napisał odpowiedź, bo przecież nie było mowy o rozmowie. Odpisał, że bili się z Niemcami w Krasnobrodzie na Podzamczu i tam został ranny. A gdy już miał zaszytą twarz , dr. zapytał znowu czy może coś chce. Odpisał, ze chce „kuszać”. Dr. Pokiwał głową z politowaniem i wydał nam rozkaz ugotowania kaszy manny, tylko wodnej i nakarmić go przez rurkę gumową, dobrze wyjałowioną. Gdy już wszystko było gotowe z wielkim trudem nakarmiliśmy go i położyły na łóżko po Rozwadowskim. Na drugi dzień dostał silnej gorączki, pomimo zastrzyku jaki dostał zaraz po operacji. Zrywał się uciekał do lasu, rozbierał się do naga i która się do niego zbliżyła to bił. A na ostatek dostał torsji i uspokoił się. Już posłuszny dałe zaprowadzić do łóżka. Żal mi go było bardzo. Był bardzo młody i tak daleko od swojego domu i rodziny. Na czwarty dzień już się zupełnie uspokoił. „Nina” zapytała jak się czuje – odpowiedział „charaszo”. Za trzy godziny później już nie żył. Prze śmiercią się nie odezwał. Pochowaliśmy go z honorami.
Niedaleko szpitala chłopaki wykopali grób, owinęli w koc i złożyli do grobu. Z pe-panca wystrzelili 3 salwy honorowe. Usypali mogiłę , ja uwiłam wieniec, nazbierałam leśnych kwiatów i złożyłam na grobie. Krzyż miał brzozowy, jak Polak, bo zginął na polskiej ziemi. Pomodliłam się za jego duszę i tak się zakończyło czyjeś życie na obczyźnie.
Po śmierci „Sowieta” nastąpiło bombardowanie gajówki „Okno” od szpitala niecałe 1 km. Powstała w szpitalu panika, bo samoloty nad szpitalem okrążały, by później z większym rozpędem rzucić bomby na gajówkę. Nasz szpital był widoczny z góry, bo połowa jego stała na polanie nie zamaskowana. Dlatego powstała panika. Nikomu nie przyszło do głowy, ze to bombardują gajówkę. Każdy myślał, że „macają” szpital. Całkiem na to wyglądało. Pruli Szwaby z działek po lesie, aż gałęzie leciały. Bomb na las nie zrzucali.
Który z chorych mógł chodzić to łapał koc na siebie i uciekał na pełny las. Niewielu ich uciekło Bi i niewielu ich było. Uciekło 4 a 3 zostało. Doktór też uciekł. Na Sali chorych została tylko „Nina” i ja. Reszta była w lesie. Z chorych zostali: „Zięba”, kapitan radziecki i fryzjer z Tomaszowa. Inne sanitariuszki też uciekły do lasu , na czele z doktorem. A nie powinni.
Gdy się uspokoiło, wszyscy przyszli, każdy był zdenerwowany. Wówczas okazało się, ze to padła ofiarą gajówka. Ale jak później opowiadała żona gajowego z tej gajówki, która przyszła z małym dzieckiem / 8 mieś./ na opatrunek, rana nie była wielka, z wybitej szyby podczas bombardowania, skaleczyło go szkło w rączkę. Sama robiłam opatrunek -to tylko Niemcy narobili dołów po podwórzu, nikogo przy tym ani raniąc ani zabijając.
Po południu tego samego dnia / a było bardzo gorąco /, przywieźli ciężko, bardzo ciężko rannego młodego mężczyznę z Aleksandrowa. Prawdopodobnie nazywał się Bździuch. Jechał z młyna z mąką na furmance i w tym momencie naleciały samoloty wracające z gajówki. Jeden z samolotów zawrócił i zaczął siec po furmance. A że to było na otwartej przestrzeni więc nie miał możliwości ukrycia się. Znalazły go inne sanitariuszki, nie z naszego szpitala. Szły właśnie do nas i napotkały tego nieszczęśnika. Z furmanki mąki i konia nie było śladu, tylko on b. ciężko ranny. Był przytomny. / On to nam wszystko opowiedział/.
Postarały się o furmankę na wsi i przywiozły go do szpitala. Były to : Helena Szanajcówna „Szarotka” i zona porucznika „Kruka” Stanisława Makuchowa ps. „Pokrzywa”.
Doktór gdy zobaczył, złapał się za głowę. Momentalnie położono go na stole operacyjnym. Lewa noga zwisała, trzymała się tylko skóry i ścięgien. Cały czas był przytomny. Opowiedział całe zajście, ale nie było czasu na słuchanie. Uśpiono go / naliczył do 26 /. Nogę mu amputowano wyżej kolana. Dr. Podał mi tę nogę i kazał zakopać. Zrobiłam to, ale on się już nie zbudził nigdy. ! Umarł. Doktór zawołał na s wszystkich i kazał zbliżyć się do nieżyjącego pokazując nam okropną ranę a raczej wyrwę o średnicy 20-25 cm. Kiszki, wątrobę i żołądek było widać. Dr. Nałożył powrotem rękawiczkę i zanurzył rękę w tej ranie. Po małej chwili wyjął pocisk z tej rany. Był to pocisk z działka samolotowego i powiedział” „to go zabiło a nie noga”. Dano znać do rodziny. Przyjechał ojciec staruszek furmanką po ciało syna. Strasznie płakał. „Nina” dała mu zastrzyk uspakajający. A gdy się uspokoił złożono ciało na furmance i pojechali do Aleksandrowa.
Na drugi dzień, przyszedł zmarłego brat po nogę. Nie chcieli go chować bez nogi, a że sobie nie zaznaczyłam miejsca zakopanej nogi stracono dużo czasu na szukanie. Już się bałam, że może lis wyciągnął ale nie, znalazła się. Zawinęłam w gazę i podałam bratu.
Był to drugi trup w naszym szpitalu. Pomału człowiek przyzwyczajał się do widoku śmierci.
Na drugi dzień po zabraniu zmarłego nadszedł meldunek od sowieckiej partyzantki aby kapitana przetransportować na miejsce lądowania samolotu pod Tarnowolę, bo oni go zabierają do Kijowa. Odjechał. Jego łóżko było wolne.
„Nina” rozporządziła, że sanitariuszka która będzie miała dyżur nocny ma spać na tym łóżku.
W wolnych chwilach śpiewaliśmy piosenki, pieśni kościelne, modliliśmy się wszyscy razem głośno. Ja czasem opowiadałam książki. Łotysz Żełajtis opowiadał łotewskie sagi, śpiewał po łotewsku i tak nam schodziły dni. Każda z nas starała się chorych czymś zająć by się nie czuli osamotnieni i nie myśleli o chorobie.
Doktorowi podobało się nasze podejście do chorych. Tylko zabronił wspólnej, głośnej modlitwy. Mówił, ze żołnierze modląc się wspólnie upadają na duchu, a nam potrzeba ludzi do walki. „Niech każdy modli się po swojemu jak ma na to ochotę” – może miał rację.
Od tej pory śpiewaliśmy tylko wesołe piosenki. Karmiono chorych dobrze. Magazyn był dobrze zaopatrzony a Hanka dobrze gotowała.
Odjechał doktor „Biga” a przyjechał dr. „Radwan”. To był energiczny lekarz. Z miejsca zagnał na s do roboty.
A polegała ona na tym, że nie znałyśmy po „imieniu” wszystkich instrumentów chirurgicznych. Dr. „Biga” nie wprowadził nas w to całkowicie, tylko po „łepkach”.
Więc co dzień o 3-ej po południu dr. ”Radwan” uczył nas tego, co nie nauczył nas „Biga”., „Filip”.
Później przyjechał dr. „Korab”. Przez kilka dni byli obaj. Muszę przyznać, że gdy był dr, „Radwan” lub „Korab” szpital się ożywiał. Chorzy weseleli mając nadzieję na wyzdrowienie.
Myśmy latały jak frygi, bo czuć było dyscyplinę i duże zainteresowanie chorymi przez tych dwóch lekarzy. Bo dr. „Biga” nie miał tej miłości do chorych. Był raczej obojętny dla nich.
Zwalał wszystką robotę na nas i na „Ninę” / Janina Rogulska/.
Odjechali. Szpital był kilka dni bez lekarza. W tym czasie przyjechał młody partyzant z „BCH” – miał kule w udzie. Sama „Nina” robiła mu operację. Kula została wyjęta. Chory powoli przychodził do zdrowia. Był to syn kapitana, lotnika, który zginął / ojciec/ w 1939r. z Warszawy. Na imię miał Tadeusz lat 18. Tyle o nim wiem. Odjechał do swojego oddziału prawie zdrowy. Na jego miejsce przyszedł chłopiec / 15 lat / z Aleksandrowa cierpiący na reumatyzm. Matka uprosiła „Ninę” / bo lekarza nie było jeszcze /, żeby go przyjęła bo w domu chłopak jęczy po nocach, że nie ma go czym leczyć. No i został przyjęty. Dostawał zastrzyki i smarowanie. Na drugi dzień przyjechał „Biga”
Pewnego dnia przyjechała z Warszawy młoda i bardzo ładna kobieta. Miała ps. „Marysia” i obie z „Niną” jako starsze siostry przełożone, dyrygowały całym szpitalem. Po kilku dniach „Marysia” wyjechała.
W jednym z wolnych dni wysłała „Nina” mnie do, Hankę i Heńkę do obozu „Wojny” / Adam Haniewicz /, po ciepłe skarpety i kamasze, bo tam był magazyn zrzutowy. Oczom naszym ukazały się piękne baraki wojskowe, partyzanci umundurowani w mundury angielskie i uzbrojeni po zęby! Był to jeden z najlepszych oddziałów w lesie, który był tak dobrze uzbrojony. W jednym z baraków na dużej Sali, stały wzdłuż ściany poustawiane równiutko ; cekaemy, elkaemy. Na naszą cześć urządzili przedstawienie, ot taki sobie mały skecz pełen humoru. Trzech chłopców „Waligóra” / Ryszard Radaj /, „Wilk” i „Sęp” odprowadzili nas do samego szpitala niosąc za nas skarpety i buty. Przyjęliśmy ich kawą „Turkiem” Bi innej nie było. Porozmawiali z chorymi i poszli do swego oddziału.
Na drugi dzień wysłano znowu mnie, Dankę i Tadzika Stadnickiego do górecka Kościelnego do księdza Mroza po kartofle, które obiecał dać dla szpitala. Poprzez wielki bród wodny dotarliśmy do Górecka. Wchodząc po kładce na rzece Kościelnej napotkaliśmy niewielki oddział partyzantów sowieckich pojących swoje konie w rzece.
Ci, jak nas zobaczyli okrążyli nas kołem. Jak się okazało, to punktem zainteresowania byliśmy obie z Danką. Bo byłyśmy w angielskich mundurach. / zapomniałam nadmienić, że nam dziewczynom nie wolno było chodzić w sukienkach. Taki był rozkaz /. Więc jak nas Sowieci zobaczyli, okrążyli kołem, jeden z nich szarpiąc mnie za rękaw u bluzy zapytał; „ od kuda wy”, a ja bez namysłu, dla humoru pokazałam ręką w górę i w dół, co oznaczało, że jesteśmy desantami z Anglii. Pewnie uwierzyli bo zaczęli dotykać nasze mundury, spodnie a nawet buty. Oj, śmiechu było co niemiara. Byli przekonani, że jesteśmy Angielkami. A na upewnienie ich, ze nie są w błędzie zaczęłam bełkotać językiem, co miało oznaczać język angielski. A oni aż gęby pootwierali z podziwu. Byłabym może jeszcze coś wymyśliła dla humoru gdyby nie Tadek.
„Chodź – powiedział bo jeszcze SA gotowi nauczyć się od ciebie angielskiego” No i ze śmiechem udaliśmy się w stronę plebani.
Ksiądz Mróz nas przyjął grzecznie ale z odrobiną nieufności. Tadzik był w cywilu.
Wytłumaczyliśmy księdzu o co nam chodzi i kto jesteśmy. Ufność wróciła. Ale kartofli nie dostaliśmy. Nie trzeba było szukać furmanki na nie, bo jak się okazało ksiądz dał je już do obozu „Wira”. Pożegnaliśmy się i poszli.
Zaproponowałam krótszą drogę, przez bagna. Bagno okazało się niegościnne. Doszliśmy do połowy tego trzęsawiska i ogarnął nas strach. Ani iść do przodu ani do tyłu. Pod nami była huśtawka. Jeszcze kilka skoków i Tadzik znalazł się po pachy w bagnie. Danka zaczęła płakać a ja okropnie zbladłam. / tak mówiła potem Danka /. Wiedziałam czym to się może skończyć, więc mimo wszystko nie straciłam zimnej krwi. Nie namyślając się długo, udało mi się złamać małą sosenkę, których było pełno na bagnie, podeszłam do Tadka na taką odległość by mnie nie wciągnęło i rzuciłam mu sosenkę. On położył ją sobie na poprzek i już miał oparcie. Nie zanurzał się głębiej. Dance nie kazałam się z miejsca ruszać, by się i ona nie zapadła, jej nie dałabym rady. Była za gruba. Złamałam druga sosenkę, podeszłam bliżej i podałam mu do ręki. I tak z wielkim wysiłkiem / a siła była ze strachu / jego i moim wygramolił się z tej topieli. I znowu z kępki na kępkę skacząc do szliśmy do brzegu.
Tadek wyglądał okropnie, jak mumia egipska, oblepiony był cały brunatną mazią. Zaczęliśmy się śmiać / po fakcie /okropnie. Tadek był zły na mnie, ze to ja wszystkiemu jestem winna, bo taką drogę wybrałam. Powiedział- że nigdy w życiu już nie posłucha baby”. Ale, że słonce prażyło, za 2 godziny ubranie jako-tako przeschło i można było z grubsza zgarnąć błoto.
Na drugi dzień, po tej wyprawie po kartofle, było bombardowanie Trzepietniaka. Zabitych ani rannych nie było. Tylko jeden z gospodarzy ratując krowę z palącej się obory, przewrócił się na wznak w palącą się słomę. Był bardzo poparzony. Przywieźli go do nas. Ale się pomału „wylizał” i poszedł do Aleksandrowa.
Był koniec maja. Mówiono głośno o nadchodzącej akcji niemieckiej na las. Z początku nie wierzono tej wersji. Ale już w pierwszych dniach czerwca 1944r.głośnym echem dały znać o sobie armaty w lasach janowskich. A w lesie bardzo słychać. A więc walka zaczęta.!
W szpitalu zapanował dziwny nastrój. Ni to smutek ni bojaźń. Ale zdenerwowany był każdy.
Jednego dnia przyjechał na koniu major „Kalina” i wydał rozkaz ewakuacji szpitala w lasy zwierzynieckie.
16 VI 1944r. świtało jak zbudziła nas trąbka alarmowa do szykowania się w drogę. Furmanki już stały gotowe, wyścielone słomą by chorym było wygodnie jechać. Każda sanitariuszka miała przyszykowana torbę sanitarną wypchana lekami, plecak i zrolowany koc. Ubranie cywilne zakopaliśmy. Zostałyśmy tylko w mundurach.
W chwili wyjazdu, przyjechał na koniu goniec z odwołaniem ewakuacji do następnego dnia.
A armaty coraz bliżej dawały znać o sobie. Front się zbliżał.
Chorych opanował strach. Wcale się im nie dziwiłam. Cóż oni biedacy zrobiliby gdyby ich akcja zastała w szpitalu?!.
17 VI to samo. Odwołanie!
18 VI . Odwołanie !
19 VI przywieźli zabita krowę z Aleksandrowa. Była już wypatroszona, tylko trzeba było odjąć mięso od kości i obsmażyć by ranni obsługa miała co jeść podczas walki. Bo kto by wówczas myślał o kuchni.
Wszyscy lekarze byli w szpitalu gotowi do wyjazdu. Dr Radwan z naszą pomocą, rozebrał te krowę, ale już nie było możliwością rozpalenie pod kuchnią. Solono mięso i układano w kotły
Które z kolei wynoszono w bagno do wody. Kości zabrała jakaś kobieta z Aleksandrowa. Miała co dźwigać w worku. W nocy, między 24 a 1 –szą godz. Zbudziła mnie „Nina” szepcąc mi w ucho abym się ubrała i wyszła na dwór. Gdy już byłam gotowa i stanęłam obok niej na dworze, ujęła mnie pod rękę i odeszłyśmy z 30 m od szpitala i rzekła cicho: „Musimy zakopać teraz, aby nas nikt nie widział, wszystkie narzędzia chirurgiczne i lekarstwa, aby się nie dostały w łapy Niemców”. Musiałam na to złożyć przysięgę o            1 –szej w nocy, że nikomu nie powiem. „Nina” powiedziała: „wie o tym tylko Bóg, ja i ty !”
Przysięgi dotrzymałam . zakopałyśmy. A za dnia zakopali chłopcy inne rzeczy jak: wszystko to co było w magazynie. A magazyn był bardzo dobrze zaopatrzony jak sklep wielobranżowy. To nie podlegało tajemnicy. Ale to co oni zakopywali chyba się zmarnowało, bo wkładali w dół pełen wody, gdyż naokoło było bagno, więc o wodę nie było trudno. Ale najważniejsze było to, aby nie wpadło w niemieckie łapy.
20 VI odwołanie. W szpitalu zapanował strach wśród chorych. Już na wszystko było za późno! Przyszedł rozkaz , kto chce iść do domu nie zatrzymywać! Bo to miało charakter nie bojowy lecz ciągłe cofanie się przed przeważającą siłą niemiecka. To był cofający się front.
Ja miałam zostać, ale przyszła Aniela Nowakówna /moja stryjeczna siostra/ ps.”Ksantypa” i Helena Szanajcówna ps. „Szarotka” z Józefowa i powiedziały mi, ze moja matka kazała mi kategorycznie wracać do domu. Ani myślałam posłucha matki. A nawet się trochę na mamę obraziłam, że ma mnie za małe dziecko. Aniela zwróciła mi uwagę, że matki trzeba słuchać i mam wracać do domu. Długo się spierałam, fukałam nim ustąpiłam.
A dlatego tylko ustąpiłam, że się do tej rozmowy włączyli dr. „Radwan” i „Nina”. To oni mnie do tego nakłonili. Z wielkim bólem w sercu i ze łzami w oczach wykopałam swoje cywilne ubranie a mundur oddałam jednej dziewczynie z Aleksandrowa, która u nas była bo się bała być na wsi. Nazywała się Stefania Mazur / zginęła/ !
A armaty coraz bliżej i bliżej dawały znać o sobie. Nie było innej rady jak pożegnać wszystkich i wracać do domu na rozkaz matki i prośbę dra „Radwana”.
Każdy był jakiś nerwowy. Tak, to były napięte nerwy bojaźnią. Bo nie wiadomo było z której strony uderzą Niemcy. A akcja szła straszna.
Niemcy puścili 3 dywizje wojska na nasze lasy.
Weszłam na salę chorych oznajmiając im, że wracam do domu bo mnie wzywa mama. Po prostu bała się o mnie. Jak każda matka w tym wypadku. Chorzy też mi radzili wracać do domu. „Jesteś taka młoda, możesz zginąć” – mówili. Ucałowałam każdego chorego i ze łzami w oczach opuściłam salę. Oni też mieli łzy w oczach. Straszna mi myśl przyszła do głowy gdy ich całowałam. Miałam takie odczucie, że całuję trupy. Zimno mi się zrobiło na te myśl.
Potem poszłam pożegnać się z chłopcami z ochrony. „Nina” mnie wycałowała i popłakałyśmy się obie. Bardzo mi było szkoda chorych, tak się do nich przyzwyczaiłam a oni do mnie, że to rozstanie było dla mnie ciężkie.
„ Nie płacz – mówiła „Nina” – idź do domu, tak będzie lepiej, tak trzeba. Tam matka ciebie potrzebuje – „Idź. Dr. „Radwan” mocno mnie przytulił do siebie mówiąc; „pamiętaj, jak się skończy wojna idź do szkoły w kierunku medycznym, o jesteś zdolna. Byłem z ciebie bardzo zadowolony jako pielęgniarki, więc dalej w tym kierunku się ucz”. I pocałował mnie w czoło. Z dziewczętami też się serdecznie pożegnałam, płacząc.
Do Józefowa droga była jeszcze wolna, trzeba się było spieszyć by ja nie zamknęli Niemcy.
Był poniedziałek 22 VI 1944r.
Furmanka już czekała, usiadłam i odjechałam z chusteczką przy oczach. Nie tylko ja poszłam do domu, poszły i inne dziewczynki, ale nie wszystkie. Zostały: Hanka Sobczak ps.”Brzoza”, Danusia Wójcikówna, „Nina” i z Aleksandrowa Stefania Mazurówna. / zginęła/.
Gdy dojeżdżaliśmy do placówki „Wira” napotkaliśmy jadącą furmanke z rannym do szpitala spieszącą. Zatrzymały się obie furmanki. Sanitariuszka siedząca na furmance trzymając głowę rannego na kolanach, zapytała czy w szpitalu jest doktor. Gdy odpowiedziałam, że jest wówczas ona mi się przedstawiła. Nazywała się Irena Piskorska ps.”Szarotka” i była z oddziału BCH „Rysia”. Ranny był nieprzytomny. Był ranny w głowę i brzuch. Po chwili rozmowy pożegnaliśmy się skinieniem głowy życząc sobie „do widzenia”. / zginęli oboje /.
I tu kończy się moja praca w szpitalu partyzanckim.
A teraz króciutko nadmienię dalsze koleje mojego życia, jak wyruszyłam ze szpitala do domu.
Otóż wyruszyłam w poniedziałek a już w czwartek byłam / 24 VI 44r./ zabrana z cała rodziną za druty do przejściowego obozu w Zwierzyńcu. Po tygodniu zabrali nam kenkarty i załadowali na samochody przywożąc nas / ludzi / na stację kolejową Biały Słup – Zwierzyniec, tam stał już gotowy pociąg towarowy czekający na ludzi, którym mieliśmy jechać na Majdanek, ale mnie się udało uciec z wagonu. Jakiś kolejarz zaprowadził mnie do Zwierzyńca do pp Pasikowskich. Tam zamieszkałam. Nie wiem jakim cudem, dowiedziano się z organizacji o mojej ucieczce z pociągu, bo już po 3 dniach przyszła Zosia Dąbrowska z aparatem i zrobiła mi zdjęcie byle jakie, aby mi wyrobić na razie sfingowane zaświadczenie pracy. Na drugi dzień po jej wizycie, chłopak / 14- 15 / lat przyjechał na rowerze i przywiózł mi gotowe za świadczenie i przekazał ustny rozkaz abym poszła do fotografa na rynek i zrobiła sobie zdjęcie do dowodu osobistego, czyli do nowej kenkarty. Z wielką bojaźnią poszłam bo było pełno Niemców, ale jakoś doszłam nie zaczepiana przez Niemców.
Po kilku dniach, ten sam chłopak przywiózł mi nowiutki dokument tożsamości.
Nowa kenkarta opiewała, że jestem rodowitą Warszawianką zamieszkałą na ul. Mazowieckiej 17/3. U pani Pasikowskiej był na stancji Niemiec i zainteresował się moją osobą. Pytał skąd się wzięłam raptem w tym domu. Pani Pasikowska powiedziała, że przyjechałam z Warszawy. Ale po tygodniu musiałam wyjechać bo ten Szwab coś podejrzewał. Bałam się nie miałam ochoty pod koniec wojny, wracać za druty.
Wybrałam wolność wyjeżdżając do Biłgoraja. Zatrzymałam się u ciotki. Odnalazłam „swoich” chorych w szpitalu, którzy zostali przywiezieni do Biłgoraja z ciężkimi stanami.
Jednemu z nich / a było ich trzech / amputowano nogę.
Doktór Pajasek zezwolił mi przychodzić do „swoich” chorych ile chcę i kiedy chcę. Wiedział kim jestem. I w ten sposób jeszcze pracowałam w konspiracji w szpitalu w Biłgoraju. I tam doczekałam się wyzwolenia. Do Józefowa wróciłam 24 lipca. Jak tylko wojsko radzieckie przejechało przez Józefów, rzucono się na las szukając rannych lub zabitych.
„Żniwo” było ogromne. W szkole w Osuchach robiono prędko trumny z byle jakich desek i chowano zabitych. A było ich bardzo dużo. Oj dużo ! Kobiety zwoziły swoimi końmi z lasu jedlinę a my „dziewczyny z lasu” wiłyśmy wianki. Gdy już pochowano wszystkich tych, których znaleźli, zrobiono polowy ołtarz i ksiądz z Łukowej odprawił mszę św. I poświęcił cmentarz partyzantów.
Obecnie stoi piękny pomnik i pięknie odnowiony cmentarz. A ja „dorobiłam” się Krzyża Partyzanckiego. .

Mirska Stefania ps. „Sarna”

Wspomnienia Pani Stefani Mirskiej  ps.”Sarna”, zapisane ręcznie długopisem w zeszycie, z licznymi skreśleniami, poprawkami i śladami emocji otrzymałem na początku lat osiemdziesiatych wraz ze zgoda na wykorzystanie do opracowywanej historii Józefowa w latach okupacji oraz zgodą na dalszą publikacje .

24.01.2012r. Zygmunt Puźniak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s