PRZERWANE śniadanie

PRZERWANE ŚNIADANIE

Pierwsza po zakończeniu wojny Wielka Niedziela przypadała 1 kwietnia.
Do świąt społeczeństwo Zamojszczyzny przygotowywało się radośnie, ale zarazem z zadumą i troską o dalszą przyszłość. Ogołocone konfiskatami i kontrybucjami spichlerze i chlewy świeciły pustkami. Ludzie lizali rany, wspominali poległych i nadsłuchiwali wieści
o powracających z niewoli lub wywiezionych na roboty do Rzeszy.
Od czasu do czasu wybuchała radość, ktoś się odnalazł, inny powrócił, życie powoli wracało w swoje koleiny.
Czasy jednak były nadal niepewne i niespokojne: szerzył się bandytyzm i rabunek, mnożyły napady i zuchwałe kradzieże, donosy i denucjacje.
Wielu nie mogło pogodzić się z wprowadzanym siłą nowym porządkiem ustrojowym, nowymi „sojusznikami”.
Wielu nie mogło zrozumieć, dlaczego oni, bohaterowie walki z okupantem hitlerowskim zostali zepchnięci na margines. Nie mogli pojąć „ … Że to, co było kilka miesięcy temu poczytywane za zasługę, powód do dumy, co traktowane było niedawno jako nobilitacja i zaszczyt – stało się obecnie rzeczą raczej wstydliwą i podejrzaną, o której nie można mówić głośno, publicznie i szczerze. Gdzie tkwi przyczyna owych zmian, jaki jest ich ukryty mechanizm? „ ( Zbigniew Jakubik – Mój wstrętny brzuch.)
Pytania takie zadawała sobie także Maria Piasecka – Mużacz ps.”Żar”, bohaterska łączniczka zamojskiego inspektoratu AK, żona aresztowanego w sierpniu 1944r. i wywiezionego w głąb Rosji do Riazania Czesława Mużacza ps. „Selim”.
Przeżycia wojenne , w tym więzienie i ciężkie przesłuchania na gestapo w Lublinie, aresztowanie najbliższej osoby / Selima/, wywołały u niej ostrą chorobę i konieczność hospitalizacji w biłgorajskim szpitalu, a następnie konieczność poszukania spokojnej oazy do dalszej rekonwalescencji.
Miejsce takie znalazła w leżącej na skraju Puszczy Solskiej wiosce Górniki u dobrze jej znanej z okresu okupacji gościnnej rodziny Berdzików.
Na wspólne spędzenie świąt wprosili się także inni znajomi gospodarza, dotychczas ukrywający się po sąsiednich wsiach: Konrad Bartoszewski „Wir” wraz z małżonką Janiną Rogulską- Bartoszewską ps. ”Nina”, Franciszek Mielniczek ps. „Jeż”, Jgnacy Pyter ps
.”Murzyn”, Cyprian Łyś ps.”Cyper”, Stefan Poździk ps.”Wrzos” oraz plut .Zygmunt Hanas ps. Wilczur.

Konrad Bartoszewski ścigany był przez organa UB i NKWD szczególnie zajadle, a to za sprawą rozbicia w dniu 26 stycznia 1945r. więzienia w Biłgoraju i uwolnienia 67 żołnierzy AK, którzy mieli być wywiezieni w głąb Rosji.
Schronienie znalazł u rodziny swojej łączniczki Anny Sobczak ps. ”Hanka” w odległym od Górnik o 4 km. Majdanie Kasztelańskim.
Po przybyciu gości / ok.godz.10 /, gospodarze podali do stołu /wcześniej z kryjówki zabudowań gospodarczych przynieśli ukryte radio /, a następnie pozostawili gości, gdyż zdawali sobie sprawę, że mają do omówienia wiele pilnych spraw objętych dla nich tajemnicą.
Około południa do budynku wpadła zdyszana i w niekompletnym ubraniu Anna Sobczak, która zameldowała „Wirowi”, że zabudowania tartaczne przy stacji kolejowej Krasnobród zostały otoczone przez wojska UB, zaś druga kolumna wzmocniona tankietką udała się w kierunku Starych Górnik i w każdej chwili mogą otoczyć Górniki.
Nie ociągając się goście wybiegli na podwórze zabierając z sobą przyniesioną broń automatyczną i osobistą, wsiedli na naprędce zaprzężoną furmankę i skierowali się
w kierunku drugiej części wioski, położonej za wzniesieniem, a następnie w kierunku lasu.
Niestety od strony Starych Górnik zbliżała się obława, która rozpoczęła ostrzał uciekinierów z broni automatycznej.
W międzyczasie „Żar” przy pomocy synów gospodarzy / Jana i Szczepana / włożyła do skrytki radio oraz dokumenty, uprzątnęła mieszkanie i położyła się do łóżka udając chorą.
W wyniku pościgu funkcjonariusze i żołnierze UB zastrzelili Ignacego Petera ps. ”Murzyn.”
„ Nina” oraz „ Hanka” zeskoczyły z furmanki i ostrzeliwując się z automatów , w celu odwrócenia uwagi, rozpoczęły ucieczkę w innym kierunku, także do lasu.
Podczas pościgu ciężko ranna w nogę została Hanka / prawdopodobnie pociskiem dum- dum/, w wyniku czego musiano jej później amputować nogę. „Nina” ostrzeliwała się do ostatniego pocisku, potem została schwytana i uwięziona.
„Wir”, „Jeż” i „Wilczur”, zdołali zbiec do lasu a następnie ukryć się w zabudowaniach Długiego Kąta.
Rozwścieczeni Ubowcy, dowodzeni przez oficera NKWD Pukało oraz Makucha z PPUB
Biłgoraj, pobili gospodarza Stanisława Berdzika oraz jego synów. Starszy z nich Jan otrzymał cios kolbą pistoletu od NKWU-dzisty, aż stracił przytomność .Najcięższe baty dostały się jednak młodszemu Szczepanowi; bezpieczniacy liczyli bowiem, że z racji młodego wieku wyda miejsce ukrycia radiostacji i broni. Podczas przeszukania sąsiednich gospodarstw Matei znaleziono rkm ,zaś karabin w schronie u brata Stanisława, Macieja Berdzika . / Matei za karę spalono stodołę/.
Po latach Szczepan Berdzik wspomina: „ Kończyłem zasypywanie drzewem schronu gdzie z bratem Jaśkiem schowaliśmy radio, broń i jakieś papiery, kiedy do drewutni wszedł żołnierz i spytał co tutaj robię. Odpowiedziałem, że nabieram drzewa aby rozpalić pod kuchnią. Zabrał mnie z tym drzewem do domu. Kiedy wszedłem Makuch spytał mnie gdzie byłem, na co odpowiedziałem, że wróciliśmy z matką i bratem od rodziny w Majdanie. Makuch aż podskoczył krzycząc, że ktoś tu kłamie. Matka bowiem powiedziała mu, że byliśmy w Stanisławowie. Zamachnął się na matkę, ale jej nie uderzył tylko silnie popchnął na ścianę.
W obronie matki stanął Jasiek chwytając go za ramię, ale Makuch walnął go na odlew pistoletem trzymanym w garści, aż ten stracił przytomność.
Żołnierze ułożyli mnie na ławie a Makuch wziął stojący przed kuchnią pogrzebacz i zaczął mnie nim okładać. Bolało, więc darłem się w niebogłosy, a on pytał ; gdzie schowałem broń, kto tutaj był i że teraz to już z nami się policzą…”
Bicie i wymuszanie zeznań przerwano dopiero wówczas, kiedy „Żar” oświadczyła oficerowi NKWD, że broń przynieśli ze sobą jej goście w tym Wir, a schowali ją na jej prośbę.
Aresztowanych załadowano na furmankę i przewieziono do stacji kolejowej Krasnobród.
„Hankę” pozostawiono w domu, zaś „Ninę” i „Żar” załadowano na ciężarówkę i zawieziono do siedziby PPUB w Biłgoraju.
„Nina” została następnie przewieziona do siedziby UB w Lublinie, uwięziona na „Zamku,”
gdzie odbyła się rozprawa, podczas której skazano ją na 10 lat więzienia. Osadzona we Wronkach przesiedziała 2 lata, po których zwolniona została na mocy amnestii w 1947r.
Maria Piasecka- Mużacz z aresztu przewieziona została na leczenie do szpitala w Biłgoraju, skąd przy pomocy „Wrzosa „ i „ Wilczura”, żołnierzy „Wira” udało jej się w dniu 20 kwietnia 45r. zbiec i skutecznie ukryć.
Konrad Bartoszewski „Wir” podziemną działalność prowadził do roku 1947, kiedy to po ogłoszeniu amnestii, za zgodą i w porozumieniu z dowództwem WiN, wspólnie z d-cą Okręgu Lubelskiego mjr Wilhelmem Szczepankiewiczem ps.”Drugak”, ujawnili się i złożyli broń.
Wiadomości o poczynaniach Wira i jego oddziału UB w Biłgoraju , jak wkrótce ustalono, czerpało od agenta ”W” / tak określa go we wspomnieniach Wir, dodając jednak, że wcześniej służył on w oddziale „ Woyny” /.
Ponieważ nazbyt często wyciekały informacje znane tylko nielicznym z otoczenia Bartoszewskiego, zlecił on dyskretną obserwację „W”, na którego padło podejrzenie.
Dołączył on do oddziału Wira w styczniu 1945r., kiedy to został wypuszczony wraz z 67 innymi osobami z rozbitego więzienia w Biłgoraju w dniu 26 stycznia 45r.
Do ostatecznego zdemaskowania doszło podczas rozmowy jaką przeprowadził z nim Bartoszewski w miesiącu lipcu 45r. w mieszkaniu Franciszka Mielniczka ps. Jeż w Długim Kącie. Przyparty do muru „W” przyznał się do współpracy z NKWD i UB.
Po naradzie „W” został wyprowadzony z mieszkania przez „Jeża”, a kiedy ten wyciągnął pistolet padł mu do nóg prosząc o zmiłowanie i wybaczenie.
„Jeż” trzymając „W” pod pistoletem doprowadził go do stacji kolejowej a gdy nadjechał pociąg kazał mu wsiąść i nigdy nie wracać na te tereny, jeżeli tego nie usłucha, spotka go zasłużona kara.
Warunku tego „W” dopełniał przez długie lata, żyjąc na „ziemiach odzyskanych”.
Kiedy jednak coraz bardziej umacniała się nowa władza a czas zacierał pamięć „W” coraz częściej wypowiadać się zaczął o swoim kombatanctwie, nie wspominając o zdradzie najbliższych.

Ostatni żyjący świadek tamtych tragicznych wydarzeń Szczepan Berdzik, mieszka w koloni Siedliska koło Józefowa./ fot./

Zamość 01.kwietnia 2009r. / dla Tygodnika Zamojskiego /

Zygmunt Puźniak

Po napisaniu artykułu odnalazłem innego , naocznego świadka tamtych wydarzeń, którego wspomnienia cytuję:

WIELKA   NIEDZIELA 1 kwietnia 1945r.

/ Szczepan Mateja ps. Sokól – Górniki /

 

               Dzień zapowiadał się piękny, pogodny i ciepły. Wielu mieszkańców z Górnik wyruszyło na godzinę 6 rano na Rezurekcję do kościoła w Józefowie, oddalonego około 6 kilometrów od Górnik. Na to nabożeństwo między innymi udałem się i ja z kolegami. Po skończonym nabożeństwie wszyscy wracali do domu, a było w tradycji: kto pierwszy dojdzie do domu dla tego nadchodzący rok będzie szczęśliwy, wszystkie roboty wykona pierwszy i po sześciotygodniowym poście ścisłym, mógł wreszcie pojeść potraw mięsnych. W tym wyścigu co roku prawie wygrywał nieduży Maciej Tytoń, mówiono, że jest lekki w nogach.                                                                                                         Wróciłem do domu i nic nie wskazywało na to, że coś może zakłócić nastrój Wielkanocy.  Po śniadaniu wyszedłem z domu, by spotkać się z kolegami. Udałem się do Stanisława Burdzika, gdzie były dwie panienki, tam spotkałem kolegów i prowadziliśmy wesołe towarzyski rozmowy.

W pewnym momencie wpada do nas mój młodszy brat Piotr, mówi, że w Górnikach za lasem, tak nazywaliśmy jeden koniec wioski położonej przy lesie od strony zachodniej, jest UB  z wojskiem i mogą tu przyjść. Skoczyłem z bratem do domu by lepiej schować broń jaką miałem pod swoją opieką ( jeden rkm, 5 karabinów ręcznych, 2 skrzynki amunicji, granaty, rakietnica i lornetka ). Miałem duże zaufanie u dowódcy Jana Senderka ps. Orzeł, toteż powierzył mi na przechowanie cały arsenał broni naszej drużyny. Szybko schowaliśmy broń w stodole, w zapolu pod podłogą. Pobiegłem do sąsiada Macieja Burdzika, gdzie ukrywał się członek AK Antoni Szostak z Osuch, by mu dać znać, że Górniki okrąża UB z wojskiem. Zastałem go w domu i przekazałem  mu tę wiadomość. Obydwaj wskoczyliśmy na strych domu i przez szpary w przyczółku obserwowaliśmy ulice wioski.                                                                                                                               Koło Józefa Nieściora było wojsko, schodzili z górki w naszym kierunku, doszli do studni na ulicy naprzeciw Pawła Berdzika i zaczęli szukać po studni. Zorientowałem się, że szukają w studni schronu ( budowaliśmy schrony w studniach, które miały obudowę z drewna, w okresie okupacji niemieckiej ) i wtedy przypomniałem sobie, ze i tu na podwórku jest taki schron w studni, a w schronie jest karabin. Schowaliśmy go tam z Jasiem , synem Berdzika. Mówię o tym Antoniemu, że miejsce to jest niepewne. Wyskakuje na podwórze  przed dom, w sekundzie decyzja: skocze przez płot z desek , susem przez wolną przestrzeń nie zabudowaną znowu skaczę przez płot, wpadam do Franka Malca na podwórze  – do stajni, zdejmuje angielski mundurek, wkładam do żłobu konia i nakrywam sieczką, w koszuli idę do mieszkania Malca. W tej ucieczce miałem dobrą osłonę przed wojskiem, kryły mnie zabudowania Berdzika, od którego uciekałem od wschodu, od południa były sady, od północy zwięzła zabudowa wsi ), a wolna przestrzenią wojsko jeszcze nie doszło.

W mieszkaniu przez okno obserwuję, jak wojsko chodzi po ulicy, po moim podwórzu, do tego domu nie zachodzą. W pewnym momencie patrzę; – pala się moje zabudowania. Z córką Malca Krysią wynosimy kufer na podwórze; podchodzi do nas żołnierz i pyta czego go wynosimy. Odpowiadamy, że palą się u sąsiada zabudowania i boimy się, że i tu może się zapalić. Żołnierz odpowiada, że tu się palić nie będzie. Żołnierz zostaje na podwórzu, a my wchodzimy do mieszkania i czekamy, co będzie dalej. Ogień nie rozprzestrzenił się; wojsko czekało do całkowitego spalenia się zabudowań. Broń spalona zabrali. Zabrali Marcina Berdzika, od którego uciekłem i odjechali.

Po wyjeździe UB i wojska z Górnik ludzie odetchnęli; zaczęli wychodzić i pytać czemu zawdzięczały Górniki tak „przemiłych gości” jak UB i wojsko w Wielką Niedzielę, którzy zostawili po sobie śmierć i zgliszcze.                                                                          Świadkowie zaczęli opowiadać, że do Górnik przyjechał spędzić spokojnie święta wielkanocne dowódca AK Rejonu Józefów por. Konrad Bartoszewski ps.”Wir” z towarzyszącymi mu osobami. Zatrzymał się u Jana Berdzika przy końcu wsi od strony Szopowego, nazywanym „za lasem” ( budynki tej części Górnik przylegały do lasu ). Berdzik miał wolny pokój. Wszystko to w ścisłej tajemnicy, bo nawet szeregowi członkowie AK nie wiedzieli o przyjeździe Konrada Bartoszewskiego.

Kiedy UB przyjechało do stacji kolejowej Krasnobród i tartaku Krupiec, pytali o drogę do Górnik. Akowcy z tamtej placówki zorientowali się, o co chodzi; musieli chyba wiedzieć, że „Wir” jest w Górnikach i Hanka Sobczak po mężu Perszling ps. „Brzoza” pobiegła przez las na skróty około 5 km do Górnik, by zawiadomić „Wira”, że jedzie do Górnik UB z wojskiem. Zdążyła przybiec jeszcze przed UB i zawiadomiła o zaistniałej sytuacji, jednak zanim zdążyli  przygotować furmankę do ucieczki z lasu wyszło wojsko; droga do ucieczki została jedynie na południe – w pole.                                                                      W pierwszej fazie ucieczki kryły ich zabudowania, następnie wzniesienie pagórka, dalej kępka lasu. Zanim UB zorientowało się o ucieczce „Wira”, upłynęło trochę czasu i uciekinierzy przebyli otwarte pole do kępki drzew, dalej do granicy pól Górniki, Majdan Nepryski w kierunku Długiego Kąta. Wówczas pada jeden koń. Pyter Ignacy ps.”Murzyn” skacze z wozu i ucieka w pole w kierunku Majdanu Nepryskiego; zostaje zabity. Anna Sobczuk została postrzelona w nogę – zostaje na drodze a z nią Bartoszewska ps.”Nina”. Furmanowi udaje się szybko odłączyć od wozu zabitego konia i dalej uciekają jednym koniem, z „Wirem” leżącym na wozie, granicą pomiędzy polami Górniki i Majdanu Nepryskiego. Dalej, na granicy tej zaczyna się jar, który, czym dalej tym jest głębszy a brzegi są porośnięte krzewami i sosnami, co w pewnym stopniu osłaniało przed kulami. Tak dzięki Bogu udało się „Wirowi” uciec do lasu koło stacji Długi Kąt. Pościg przez pola, gdzie nie ma dróg, a tylko miedze, niektóre dość wysokie,  był utrudniony i to może uratowało „Wira”.

W czasie tego pościgu zginął także Michał Surmacz lat około 45 z Majdanu Nepryskiego, który wyszedł z trójką dzieci :Antonim, Stefanią i Heleną na swoje pole. Stefania miała wówczas około 15 lat 9 obecnie po mężu Krajewska, mieszka w Józefowie koło Biłgoraja). Według jej relacji ojciec zginął na miejscu od kul z tankietki; strzelano do niego bez żadnego ostrzeżenia. W czasie akcji w Górnikach, UB zabiło też czternastoletnią dziewczynkę Katarzynę Tytoń córkę Jana, która wyszła z domu bawić się w sadzie za stodołą.                                                                                                                                       Po nieudanym pościgu za „Wirem” UB z wojskiem wróciło do Górnik i zaczęło buszować po podwórzach, szukając członków AK, schronów i broni.                                                   U mnie za stodoła była studnia zbudowana z drewna od góry do dna, w której był zbudowany duży schron na 9 osób, gdzie w czasie obławy w lipcu 1943r. ukrywaliśmy się. UB znalazło ten schron, który był pusty, zaczęli też przetrząsać stodołę i podpalili ją. Ktoś nas szpiegował i zdradził. Ubecy mówili do ludzi, że znaleźli stena angielskiego, dlatego podpalili stodołę. Ja stena nie miałem, mógł go ktoś podłożyć, bo stodoły nie zamykano na klucz.

Jana Berdzika u którego był „Wir” bito, porozbijali mu pięty i tak go zostawili. On nie należał do konspiracji, prowadził gospodarstwo rolne. Pobito też mojego młodszego szesnastoletniego wówczas brata Piotra, UB chciało wiedzieć gdzie się ukrywam.             Także wiele innych nieprawości ubecy pozostawili po sobie w Górnikach.

Po akcji krążyła też taka plotka, że „Wira” zdradził ten, który prowadził furmankę.    Trudno powiedzieć czy posądzenie faktycznie było bezzasadne gdyż, kiedy furmanka z uciekającym „Wirem” była w polu rażenia kul ubeckich, ludzie siedzący na niej zginęli za wyjątkiem woźnicy, a może miał ten człowiek łut szczęścia z Bożą pomocą.

Mateja Szczepan. ps. Sokól / żołnierz AK plutonu Gustawa/ kompanii Kuby , Jeża /

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s