Stefan Puźniak ps. Kos – Akcja na Józefów

         Wschodzące jasne słonce, błękitne, bezchmurne niebo, spokój i cisza poranka nie zapowiadały, ze dzień 1 czerwca 1943r. dla małej, położonej wśród lasów osady będzie inny jak dotychczas. Uliczki były jednak dziwnie puste, nieliczni mieszkańcy nie dostrzegali piękna poranku, nie podzielali panującego spokoju. Wypadki ostatnich dni…

= = = =                                                             Osada Józefów w pow. Biłgorajskim, to kilkadziesiąt skupionych gęsto wokół niewielkiego rynku niepozornych zabudowań, kościół, gmina, spółdzielnia, kilka większych murowanych domów i niewiele ponad 1000 trudniących się rolnictwem mieszkańców. Położona w niewielkiej dolinie okala wąski, nieregularny krąg piaszczystych pól, od strony południowej kamieniołomy z przeciwnej linia kolejowa, dalej lasy, duże sosnowe lasy.     Lasy z ukrytą w nich od 39 roku bronią oraz ofiarni, odważni ludzie zadecydowały o losie i znaczeniu niewielkiej mieściny w okresie okupacji.

W zimie 1942/43 r. Józefów stał się jednym z poważniejszych ośrodków partyzanckiego ruchu na Zamojszczyźnie. Stał się też widownią i obiektem szeregu akcji represyjnych ze strony Niemców. Jako jeden z pierwszych, pod dowództwem „Wira” powstał stały oddział dywersyjny. Oddział ten wspólnie z innymi grupami polskich i radzieckich partyzantów poważnie dał się we znaki hitlerowcom. Wielokrotne akcje odwetowe ciężko i boleśnie odczuła miejscowa ludność, poważne ponosząc straty. Duch i wola walki nie zostały jednak złamane.                                                                                                                        W kwietniu nastąpił okres pozornego spokoju. Niemcy wycofali swoje wojska do miast powiatowych, w Józefowie pozostał tylko posterunek policji, działał obsadzony przez volksdeutschów aparat administracyjny.                                                                           Działalność partyzancka nie została stłumiona, oddziały nie były bezczynne, zmieniły się tylko formy walki – unikać walk w miejscach gdzie narażona była ludność i urabiano opinię, że przeciwko „prawowitej” władzy niemieckiej występują tylko „bandyci” rosyjscy.

Niemcy, także nie zaprzestali kontrolowania niespokojnego terenu.                                       Chcąc wykryć i rozpracować źródła „bandyckiego” ruchu zaczęli słać w okolice przebranych żandarmów. „Partyzanci” ci mówili po polsku, mieli biało-czerwone opaski, literaturę podziemną, usiłowali kupować broń i werbować w swe szeregi.                            Trzech takich szpiclów w końcu maja przybyło do Józefowa.                                               Zostali natychmiast rozpoznani – postanowiono ich zlikwidować. Przez cały czas byli śledzeni i gdy następnego dnia wybrali się w dalszą drogę wszędzie czekały na nich zasadzki.                                                                                                                                  Idących w kierunku Hamerni ostrzegła jakaś kobieta i przebrani Niemcy w popłochu zaczęli uciekać z powrotem do miasteczka.                                                                            Grupa józefowska pod dowództwem „Biskupa” nie zważając już na następstwa rozpoczęła pościg za uciekającymi. Niemcy rozbiegli się w różne strony, ukryli w zabudowaniach i tam, mając dobra broń i dużo granatów bronili się długo – dwóch zostało zabitych, jeden chociaż ranny zdołał zbiec. Jednym z zabitych okazał się znany z okrucieństwa major Lange z Zamościa, głosiły o tym także rozwieszone w powiatowych miastach niemieckie ogłoszenia. Zakopanych w lesie około Tarnowoli –Mułek szpiegów w miesiąc potem nie mogli znaleźć gorliwie poszukujący Niemcy.

Częściowo nieudana przez konieczność dokonania w miasteczku i ucieczkę jednego szpiega operacja, przeraziła mieszkańców.                                                                            Młodzi poszli do lasu, starsi z dobytkiem wynieśli się do okolicznych wsi. Wyjechali także granatowi policjanci. Pozostało tylko niewielu najbardziej odważnych czy zdeterminowanych.

= = = = = = = =                                                                      ….. wypłoszyły większość ludzi z własnych domów, pozostałym wycisnęły na twarzach piętno lęku i niepewności. Około godziny 9-tej od strony Zwierzyńca zaczęły dochodzić głuche detonacje i trudno dosłyszalny szum motorów. Niedługo potem ustały, zaczął natomiast wzrastać warkot samolotów. Za chwilę też na horyzoncie zobaczono składający się z 9-ciu maszyn klucz myśliwców. Samoloty nad miasteczkiem gwałtownie się zniżyły i na zaciekawionych widzów posypały się bomby. Samoloty dokonały jeszcze kilku okrążeń, za każdym przelotem zrzucając po kilkanaście bomb i ostrzeliwując z broni maszynowej rozbieganych w popłochu ludzi. Ukryty za niewielkim drzewem widziałem wyraźnie zniekształcone okularami twarze pilotów – popłoch i zniszczenie wyraźnie ich cieszyły. Po dokonaniu tego „bohaterskiego” dzieła samoloty uformowały się w symetryczny klucz i odleciały w kierunku Zamościa. Miasteczko niewielkie, ludzi bardzo mało – to też skutki bombardowania pomimo grozy nie były duże; kilka zburzonych domów, paru rannych.

Jak okazało się potem, była to eskadra, która uprzednio dokończyła barbarzyńskiego dzieła we wsi Sochy k/ Zwierzyńca.

Wioskę tę Niemcy spalili doszczętnie, wymordowali nie oszczędzając nikogo, całą ludność i aby podkreślić swe „zwycięstwo” zbombardowali.                                               Kilka dni przedtem, w Sochach byli tacy jak w Józefowie przebrani „partyzanci”. Zagłada wioski była skutkiem ich bytności, chociaż tam nie spotkało ich nic złego. Był to prawdopodobnie pierwszy w okupowanej Polsce wyczyn niemieckiego lotnictwa, gdzie obiektem nalotu były wiejskie zabudowania a przeciwnikami cywilna ludność.                        Dla Józefowa była to zapowiedź innych, groźniejszych następstw.

Tego samego dnia, po niedawno zreperowanej linii kolejowej Rejowiec – Lwów od strony Zamościa nadjechał pociąg pancerny. O godzinie 13 –tej zatrzymał się obok wsi Majdan Nepryski, z pociągu wysypało około 300 –tu Niemców, błyskawicznie rozwinęli tyralierę i niemal biegiem udali się do odległego o 1500 m Józefowa. Po kilkunastu minutach miasteczko zostało zajęte i otoczone. Tylko nielicznym udało się uciec w pobliskie kamieniołomy tzw. „góry”.

Niemcy, zaraz po zajęciu zaczęli plądrować opuszczone domostwa i chwytać spotkanych mieszkańców. Schwytanych gromadzono na miejscowym, otoczonym wysokim murem cmentarzu przykościelnym. Po kilku godzinach spędzono do 100 osób, w tym większość starców i kobiet z dziećmi. Brutalne zachowanie się hitlerowców, fakt zgromadzenia na cmentarzu były niedwuznaczną zapowiedzią tego co miało spotkać zebranych, tymbardziej, że mówiący po polsku żołnierz nie omieszkał poinformować jaki los spotkał „bandyckie” Sochy. Modlitwy starszych, płacz dzieci nie wzruszał oprawców, zebranych przepędzono pod wysoki mur koło dzwonnicy. Groza położenia została przerwana przez długą, głosna serię z karabinu maszynowego – zebrani przypadli do ziemi, Niemcy przyskoczyli do murów.                                                                                                             To nie była salwa do uwięzionych, to nie strzelali Niemcy – strzały rozległy się od „gór”.

= = = = = = = = = =

W lasach na południe od Józefowa zgrupowane były leśne oddziały polskie i radziecki. Największe zgrupowanie znajdowało się przy łąkach stanisławowskich na placówce zwanej „Czwórką”. Tu obozował oddział józefowskich chłopców pod dowództwem „Korsarza”, zastępcy ciężko rannego „Wira”, tu mieli swój obóz chłopcy z Aleksandrowa, Górecka, Brzezin z oddziału „Wara”. Obok rozłożona była obozem niewielkim, niezależna grupa „Kaniuków”. Swoją nazwę zawdzięczali założycielowi grupy, obecnie dowodził nią „Anton” – Wróbel. Zgrupowanie liczyło razem ponad 100 żołnierzy. Bliżej Józefowa miała placówkę tzw. „Dwójkę” grupa józefowska, którą kierował „Radykał” i „Fiat”. Po ostatnich wypadkach grupa ta zwiększyła się i liczyła do 50 osób. Dalej, nad „Czarną Rzeczką” w stronę Borowca był obóz 50 –cio osobowej grupy partyzantów radzieckich pod dowództwem popularnego „Miszki –Tatara”.                                                                    Wszystkie oddziały były w stałym kontakcie ze sobą a przyjaźń z oddziałem radzieckim była przypieczętowana szeregiem wspólnych walk i akcji dywersyjnych. Partyzanci radzieccy szczególna sympatią darzyli chłopców z Józefowa – od nich bowiem otrzymali pierwszą żywność i broń. Pomoc i życzliwość w trudnym okresie organizacyjnym pamiętali wszyscy, wdzięczność swą starali się okazywać na każdym kroku.

O zbombardowaniu Józefowa wiedziano od zbiegłych mieszkańców o podejrzanych przegrupowaniach i przygotowaniach niemieckich wojsk doniósł już przed tym wywiad.     W oddziałach przygotowano się do wspólnej walki lub obrony, w podnieceniu oczekiwania dalszych wypadków.                                                                                                                 Grupa „Korsarza” wiedziała już o wypadkach w Sochach gdy około godziny 14 –tej wpadł zmęczony rowerzysta i zameldował o sytuacji w Józefowie. Decyzja była szybka i jednomyślna.                                                                                                                               – Natychmiast marsz na Józefów. Nie pozwolimy wymordować swych rodzin, nie dopuścimy by powtórzyły się Sochy. Na Niemców uderzymy od strony kamieniołomów.

Z meldunkami tej treści rozbiegli się łącznicy do obozu nad „Czarną Rzeczkę” pojechał konno Józef Kudełka. Niebawem opustoszała placówka. Poszedł nawet oczywiście pod „opieką” ułaskawiony jeniec, były policjant Łusiak, który dźwigając ciężką skrzynkę amunicji miał możność pierwszej rehabilitacji. Niedługo na „Czwórce” pozostał tylko wartownik i obozowy kucharz „Mikita”.                                                                                           W niespełna trzy godziny oddziały z „Czwórki” i „Dwójki” połączyły się przy kamieniołomach. Na prawym skrzydle byli już Sowieci. Bez chwili namysłu, gdy tylko przybył łącznik przyjechali furmankami i konno, po drodze zdążyli nawet dodać sobie animuszu zdobyczną wódką. Widząc oddziały polskie zajmujące stanowiska na lewym skrzydle nie czekając na uzgodnienia wspólnego ataku, rozpoczynają ogień karabinowy i nie kryjąc się brawurowo zbiegają  w dół. Odległość niewielka, 300- 400 m lecz nie zaszli daleko. Ostry ogień od strony miasteczka przyparł ich do ziemi, nie wystarczyła brawura i odwaga. Niemcy zajmowali doskonałe stanowiska, mieli dobrą broń, świetne pole widzenia. Atakujący oddział wycofał się, zabierając ze sobą dwu ciężko rannych żołnierzy.

Oddziały polskie na zajętych stanowiskach ustawili dwa CKM-y i kilkanaście RKM-ów. Teraz ostrzeliwanie niemieckich pozycji nabrało olbrzymiej siły. Najbardziej skuteczne okazały się CKM-y, wysunięte najbliżej „gór” placówki niemieckie umilkły bardzo szybko.

Niemcy dopadają koryta wyschniętego potoku, uciekając wloką za sobą dwóch zabitych czy rannych. Obrona niemiecka przenosi się do murowanych domów, na wysoki mur cmentarza i do piętrowego budynku niewykończonej szkoły.

Ze stanowiska na lewym skrzydle umiejscowionego obok cmentarza żydowskiego widać całe miasteczko i biały pas szosy Zwierzyniec- Józefów. Tu nowa niespodzianka. Szosą jedzie duży, kryty plandeką samochód ciężarowy. „Radykał” szybko ocenia sytuację i ustala odległość.                                                                                                                          – Celownik 2000, broń maszynowa ognia !                                                                    Strzela obsługujący CKM żołnierz z 39 roku Andrzej Zaśko, strzela z RKM-u Władek Puźniak, Paniak, strzelają inni. Samochód zatrzymuje się, skręca w las, ginie z oczu. Niedługo potem grupa „Radykała” otrzymuje nowe zadanie. Należy zaskoczyć Niemców od tyłu, zaatakować ich, względnie odciąć odwrót. Trzydziestu żołnierzy, wymijając od strony zachodniej osadę, brzegiem lasu udaje się na ustalone miejsce.                            Pozostali nadal ostrzeliwują Niemców. W połowie drogi pomiędzy kamieniołomamia Józefowem są niewielkie wzgórki i nierówności terenu i tam postanowiono się przenieść.  Na czele józefowskiej grupy biegnie z niedawno zdobytym pistoletem maszynowym „Korsarz” obok z nieodstępnym RKM-em wysoki „Butrym”, bardziej w prawo przed radzieckim oddziałem – „Miszka” i jego zastępca Waśka Połonin.

Głośne rosyjskie „wpieriod” i polskie „hura” przerażają atakowanych Niemców nie mniej od jednocześnie gęsto sypiących się kul. Na upatrzonych stanowiskach żołnierze przypadają do ziemi, wykorzystują każdą nierówność terenu i strzelają ostro w pozycji leżącej.            Nie kryje się jednak ranny już w lewą rękę odważny „Miszka”. Jest to silny człowiek, z łatwością  utrzymuje w jednym ręku przewieszony przez ramię RKM i strzela w pozycji stojącej. Niedługo zagrzewa swą odwagą żołnierzy. Z za muru cmentarza , z okien niewykończonej szkoły plwają wściekłym ogniem karabiny maszynowe wrogów. Jedna taka seria przeszywa pierś nie uważającego na niebezpieczeństwo dowódcy. Ranny śmiertelnie „Miszka” czyniąc konwulsyjny skręt, pada twarzą ku ziemi. Niedaleko, ciężko ranny w brzuch Kudełka wzywa pomocy kolegów. Ranny jest także Andrzej Burda, lżej rannych coraz więcej. Ze strony przeciwnej także są zabici. Strzelający z za kamiennego słupa w bramie domu samego Kudełki Niemiec pada z rozkrzyżowanymi rękami. Z gmachu niewykończonej szkoły dwu czołgających się za mur cmentarza szwabów ciągnie za ręce swego kolegę.

Słońce chyli się ku zachodowi, przez zadymiony błękit nieba świeci coraz bardziej krwawym blaskiem tak czerwonym niemal, jak wsiąkająca w ziemię krew poległych.          Zbliża się zmierzch – walkę trzeba kończyć jak najprędzej.                                                    Ogień od strony „gór” zaczyna przeważać nad niemiecką obroną, gdzieś od strony Borowiny słychać długie serie i pojedyncze wystrzały.                                                                  Teraz, najbardziej odważni podrywają się do biegu i po chwili dopadają pierwszych zabudowań. Obrona Niemców przenosi się coraz bardziej na przeciwną stronę miasteczka, coraz więcej atakujących dociera do celu. Ostatni strzelający z niezajętego prawego skrzydła, za murem cmentarza karabin maszynowy milknie w pół serii. Niemcy, wykorzystując pierwsze cienie, kryją się poza domami i uciekają. Strzały ich słychać już tylko od północnej strony zdobywanej osady. Ukryty w zbożu niedawny więzień Niemców – Krzyżanowski patrzy z zadowoleniem i satysfakcją na uciekających w popłochu, dźwigających jedyny swój łup – ciała zabitych kolegów. Z satysfakcją, bo przecież uciekają także przed jego synem, który jest tam, na „górach”.

Pierwsze cienie nocy zacierają ostatni „pochód” niedawno tak pewnych siebie hitlerowców.                                                                                                                     Partyzanci są zbyt rozproszeni, nie gonią uciekających, zresztą zadanie jest wykonane, cel osiągnięty – Niemców przepędzono, uwolniono schwytanych. Ci ostatni zresztą, już w pierwszej godzinie walki, pozostawieni bez straty uciekli sami z cmentarza.

Tymczasem grupa „Radykała” za wsią Morgi spotkała gajowego Rorata, który oznajmił, że koło Borowiny Niemcy reperują samochód ciężarowy. Był to z pewnością ten, który niedawno ostrzeliwano z kamieniołomów. Marsz w tym kierunku opóźniają paniczne przepowiednie Droździela „Cały”, który przewiduje jakąś zasadzkę i w końcu zostaje w tyle z kilkoma podobnie odważnymi „cywilnymi żołnierzami”. Z za drzew wyłania się szosa i biała plandeka samochodu. Przy samochodzie kilku Niemców i kręcący korbą rozruchową kierowca. Długa seria, następne strzały z kabelków, przerażeni Niemcy oddają tylko kilka strzałów i czołgając się uciekają w głąb lasu.                                    Gdzieś od tyłu atakujących rozlega się kilka krótkich serii ktoś woła:                                      – To Niemcy !                                                                                                                            Przez pewien czas trwa zamieszanie – alarm jednak okazuje się fałszywy. Strzały już tylko dla dodania sobie odwagi i wszyscy są przy samochodzie. W zdobytym wozie poza sprzętem żołnierskim, kilkunastoma płaszczami wojskowymi jest dużo żywności i piwa – w butelkach, małych beczkach.

To wszystko pada łupem partyzantów – chłopcy raczą się piwem ubierając w płaszcze, Lutek Grzyb ubiera efektowny płaszcz z oficerskim galonami. Samochód jest tylko uszkodzony, należy go zniszczyć. Niełatwo jest znaleźć ukryty gdzieś zbiornik z benzyną, ktoś radzi granatem, lecz wreszcie Łasocha znajduje go z tyłu wozu i przedziurawia.         Do cieknącej benzyny Burdzik przytyka zapaloną zapalniczkę. Gwałtowny ogień obejmuje samochód, zapalając jednocześnie rękę podpalającego.

Od strony Józefowa strzałów już nie słychać, za późno na dalsze kontynuowanie zadania, Niemcy z pewnością są już wyparci. Domysły potwierdzają spotkani ludzie, a niedługo potem gwizd lokomotywy, pióropusz dymu i snop iskier obwieścił wszystkim, że bohaterzy spod znaku swastyki opuścili w pancernej twierdzy opanowaną przez „bandytów” okolicę.

Przybyli z niedalekiej Borowiny ludzie mówią, ze Niemcy uciekając przez ich wieś byli bez broni i mundurów, dla większego upozorowania, że są cywilami brali ze sobą spotkane dzieci i kobiety. Byli naprawdę bardzo przerażeni.

Odchodzącym partyzantom przyświeca dopalający się samochód. Przypadkowy łącznik Rorat dźwiga na ramieniu beczułkę piwa. Część oddziału udaje się bezpośrednio na placówkę, wielu idzie do oswobodzonego miasteczka. Chcą dowiedzieć się o losie swych rodzin, które były w domach gdy zajęli je Niemcy.

Po ucieczce przeciwników partyzanci opanowali osadę.                                                           Po wrogach zostały tylko sterty karabinowych łusek, pustych taśm i duże, kawowe plamy. Zabitych zabrali ze sobą a jak okazało się potem również  ukryli w piwnicach spalonego domu naprzeciw spółdzielni. Po tych, za kilka dni przyjechali samochodem, załadowali zwłoki i wynieśli się szybko.                                                                                                Okupanci zostali wypędzeni, nie było jednak istotnej potrzeby i możliwości dalszego utrzymywania zdobytej pozycji, to nie jest walka frontowa. W nocy oddziały wycofały się Do lasu zabierając ze sobą materiały ze spółdzielni i zboże z magazynów.     Akcją zabierania zdobyczy kierował Strzałka – „Zagłoba”. Zabrano także rannych i zabitych. „Miszka” pochowany został pod byłym harcerskim pomnikiem koło Hamerni. Ciężko ranni partyzanci radzieccy zostali na placówce polskiej, jeden – ranny w nogi wrócił do swego oddziału, drugi ciężko ranny w krzyż – zmarł.                                      Zmarł także młody Kudełka. Jego narzeczona, zrozpaczona Zosia K. zachowała na pamiątkę kosmyk czarnych włosów.

W nocy opuścili także swe domy tym razem już wszyscy mieszkańcy.                                Ciepła, czerwcowa noc i dzwoniąca w uszach cisza zapanowały nad opustoszałym i zniszczonym miasteczkiem.

= = = = = = = = = = =

Nie był to koniec ciężkich dla okolicy dni okupacji.                                                                        Za kilka tygodni nowa, obejmująca całe powiaty akcja pacyfikacyjna , potem jeszcze szereg innych, walki, śmierć, wysiedlenia i zniszczenie trwały do lipca 1944 r. Nawet radosny okres wyzwolenia nie obył się bez tragicznych wypadków, nieporozumień i niepotrzebnych ofiar.                                                                                                                       Niewielu pamięta tamte czasy a miejsca nieszczęść, walk, egzekucji i liczne masowe groby milczą. Ich milczenie ma swoją wymowę – przypomina grozę tamtych dni i budzi szacunek dla ludzi, którzy nie godzili się z przemocą, chcieli być wolni i kochali Polskę.

Stefan Puźniak ps. Kos.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s