Moje wspomnienia z lat okupacji . Bronisława Tytoń ps. Długa . zamieszkała Majdan Kasztelański

Moje wspomnienia z lat okupacji.
Bronisława Tytoń zd. Zawiślak ur. 1923r. zam. Majdan Kasztelański

W roku 1939, gdy wybuchła wojna miałam 16 lat i mieszkałam z rodzicami i rodzeństwem w Majdanie Kasztelańskim. Najbliższym miasteczkiem był Józefów, w którym z różnych okazji ( targ, święta itp.) spotykali się ludzie z okolicznych wsi. W 1940 roku w Józefowie powstała placówka konspiracyjna ZWZ, która obejmowała wsie Majdan Nepryski, Szopowe, Majdan Kasztelański, Górecko Stare, Górecko Kościelne, Tarnowolę, Brzeziny i Aleksandrów.
Byłam wychowana w rodzinie katolickiej, należałam do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej przy parafii Górecko Kościelne i chociaż nie znałam się na polityce, gdy w marcu 1940r. zaproponowano mi przynależność do konspiracji bez wahania zgodziłam się. Zostałam zaprzysiężona w szkole w Józefowie przez Konrada Bartoszewskiego ps.Zadora , później Wir. Obecny był przy tym również sekretarz gminy Ignacy Plata i nauczyciel Jan Trochimiuk. Poinstruowano mnie, jaką odpowiedzialność wzięłam na siebie i jakie zadania będę wykonywała w organizacji. Zostałam początkowo łączniczką. Ruch Oporu rozwijał się na naszym terenie bardzo szybko, dlatego też placówkę w Józefowie podzielono na mniejsze grupy, które miały swoich dowódców w poszczególnych wsiach. Ja podlegałam organizacyjnie bezpośrednio Czesławowi Mużaczowi ps. Selim z Brzezin a drużynowym był Jan Kołciuk ps Argus z Majdanu Kasztelanskiego. Działalność nasza sprowadzała się do przekazywania informacji pomiędzy placówkami, które swoje siedziby miały w okolicznych gajówkach oddalonych od siebie od 5-7 km takich jak Florianka, Karczmiska, Trzepietniak- Okno. Konspiracyjnie opatrzone one były numerami 1,2,3, 4 itd.. Nosiłam meldunki, nieraz krótka broń tam gdzie zachodziła potrzeba i jaki dostałam rozkaz. W 1940 roku zostałam również wraz z innymi dziewczynami przeszkolona na kursie sanitarnym w Józefowie, który prowadził doktor Białoszewski ps. Biskup. Kursy odbywały się nocą; sama więc musiałam chodzić 6 km przez las nie bacząc na niebezpieczeństwo jakie mogło mnie spotkać, ale byłam młoda i odważna. Po kursie dostałam torbę ze środkami opatrunkowymi i tak zostałam łączniczką-sanitariuszką.
Pod koniec sierpnia 1942r. dostałam rozkaz dostarczyć tajne dokumenty do Lwowa. Ojciec mój Jan Zawiślak w tym czasie był sołtysem we wsi i bardzo często wzywany był do Biłgoraja na zebrania. Pewnego razu wrócił z zebrania w towarzystwie sekretarza gminy pana Platy i kobiety której nie znałam. Była to Zofia Piotrowska . Z nią to właśnie miałam jechać do Lwowa. Nigdy wcześniej nie byłam tak daleko od domu i trochę się bałam, ale jak to się mówi rozkaz to rozkaz i trzeba wykonać. Dokumenty , które miałyśmy dostarczyć do Lwowa przekazywał doktor Pajasek , ordynator szpitala w Biłgoraju. Następnego dnia ojciec odwiózł nas na stację kolejową Krasnobród i wyruszyliśmy w tę niebezpieczną podróż. W wagonach było bardzo tłoczno , ponieważ ludzie masowo jeździli na handel. My również udawałyśmy handlarki. Ojciec przygotował nam dwie duże paczki z mąką. Gdyż dojeżdżaliśmy do Rawy Ruskiej, gdzie była przesiadka ludzie w pociągu podnieśli gwałt, że na stacji robią łapankę. Była to prawda. Gdy pociąg stanął żandarmi otoczyli go. Pani Zofia zbladła i bez słowa oddała mi swoją torbę z dokumentami a sama wzięła mąkę i skierowałyśmy się do przejścia. Gdy powiedziałam Zofii , że nie mam przy sobie żadnego dowodu osobistego i mogą mi Niemcy przeszukać torebkę pomyślała chwilę i kazała mi przechodzić przez przejście wyznaczone tylko dla Niemców. Nie wiem jakim cudem Niemcy nie legitymowali mnie, widocznie wzięli mnie za swoją. Zofia przeszła przez przejście dla Polaków. Zabrali jej mąkę i po sprawdzeniu dokumentów ( była pracownicą szpitala we Lwowie) puścili. Zofia była zadowolona z mojej postawy, tak, że strata bagażu nie miała znaczenia. Do Lwowa dojechałyśmy nocą i po długim marszu zaułkami miasta dotarłyśmy do jej mieszkania. Gdy w domu nie zastała syna , zabrała dokumenty i wyszła. Mnie kazała cicho siedzieć i czekać na nią. Wróciła bardzo zdenerwowana , bo dowiedziała się, że w czasie jej nieobecności były w mieście łapanki i bardzo się martwi co z jej synem. Po posiłku jaki mi przygotowała wyszła do pracy. Nie zdążyłam jeszcze zjeść gdy wróciła i kazała mi się ubierać, ponieważ jej mieszkanie było pod obserwacją a to było niebezpieczne. Zdecydowała , że położy mnie w szpitalu a ja mam udawać, ze bolo mnie brzuch. Ostrzegła mnie również, że większość lekarzy to Ukraińcy więc mam uważać co mówię. Wszystkie te wydarzenia miały miejsce w sobotę. W szpitalu została zapisana jak chora na wyrostek i w poniedziałek chociaż nie było to konieczne przeszłam operację. Po długiej podróży i operacji musiałam pozostać w szpitalu kilka dni, byłam otoczona bardzo dobra opieką przez Zofie i siostry zakonne. Ponieważ w domu wiedzieli, że mam zaraz wrócić, wszyscy byli bardzo zmartwieni moja przedłużającą się nieobecnością. Na domiar złego, ludzie , których nie puszczono dalej , wrócili następnym pociągiem i do ojca dotarła wiadomość, że wszystkich młodych zabrano do Niemiec. Ojciec pojechał do Józefowa do Platy sprawdzić te wiadomości. Ten nic na ten temat nie wiedział. Dowództwo placówki skąd miałam rozkaz podjęło decyzję aby wysłać kogoś do Lwowa. Ponieważ w tym czasie tylko kolejarze w miarę bezpiecznie mogli się poruszać, rozkaz wyjazdu otrzymał Gimel Bronisław , zastępca zawiadowcy stacji Krasnobród. Ucieszyłam się bardzo , gdy pewnego dnia wraz z Zofią pojawił się w szpitalu mój kolega Bronek. Pani Zofia opowiedział mu wszystko, wręczyła odpowiedź dla doktora Pajaska i kazała szybko wracać do domu. Po dwóch tygodniach wypisano mnie ze szpitala. Zofia kupiła mi bilet i wysłała do domu, nie chciała przedłużać mojego pobytu ponieważ Niemcy coraz częściej robili łapanki, było dużo aresztowań i zsyłek na roboty do Niemiec. Było to straszne przeżycie. Szczęśliwie wróciła do domu. Zofii Piotrowskiej więcej nie spotkałam choć obiecywała, że nas jeszcze odwiedzi. Nie zapisałam jej adresu, pamiętam tylko, że szpital znajdował się na ulicy Łyczakowskiej.
Na jesieni 1942 roku Niemcy rozpoczęli wzmożone działania wysiedleńcze, coraz częstsze były aresztowania i najazdy na wioski i coraz częściej Ruch Oporu odpowiadał na to walkami. Zasadzki jakie przygotowywali partyzanci z różnych ugrupowań w obronie ludności cywilnej przekształciły się w duże bitwy takie jak w Józefowie , długim Kącie czy Lasowych. Samo położenie Majdanu Kasztelańskiego wśród lasów i pół kilometra od stacji kolejowej Krasnobród nie było obojętna Niemcom. Wiedzieli oni bowiem, że w lasach okalających wieś jest bardzo dużo zgrupowań partyzanckich. Po częstych akcjach partyzantów w rejonie Zwierzyniec – Długi Kat i Zwierzyniec – Krasnobród – Józefów tj. zlikwidowanie wieży ciśnień, wysadzenie torów w długim Kacie, wysadzenie mostów, ludność cywilna wioski była szczególnie narażona na gniew Niemców.
Pierwszy najazd Niemców na wioskę miał miejsce w lutym 1943 r. o 3 –ciej nad ranem. W porę powiadomieni przez gońca ze stacji przebywający we wsi partyzanci zdążyli zabrać broń i uciec do lasu w stronę Górecka Starego. Niemcy słysząc strzały w lesie zdezorientowani wycofując się postrzelili Aleksandra Czusza, który z bronią uciekał przez pole. Został trafiony w rękę . Widzą to dobiegłam do niego założyłam opaskę uciskowa i prowizoryczny opatrunek zabrałam karabin i rannego zaprowadziłam na Brzeziny. Tam został opatrzony przez lekarza Białoszewskiego ps. Biskup i z uwagi na poważny postrzał odesłano go do szpitala do Biłgoraja.
Drugi najazd Niemców na wieś miał miejsce 30 marca 1943r. i nie był tak szczęśliwy jak pierwszy. Niemcy okrążyli wioskę o 2 -giej nad ranem i było wielkim zaskoczeniem, tak, że nikt nie zdążył się schować ani uciec. Niemcy a była to grupa wykonawcza z Biłgoraja rozwścieczeni wpadli do domów i wypędzili wszystkich bez wyjątku. Kobiety , dzieci, ludzi starych i chorych – wszystkich zegnali na koniec wioski. Krzyki, piski dzieci i wrzaski Niemców jeszcze bardziej potęgowały strach i przerażenie. W tym samym czasie druga grupa Niemców plądrowała i podpalała zabudowania. Nikt nie liczył na ocalenie. Wtedy to mój ojciec Jan Zawiślak, który jak pisałam był sołtysem i znał język niemiecki zaczął pytać dowódcę niemieckiego dlaczego zabierają wszystkich. Usłyszał, że w wiosce są partyzanci- bandyci. Ojciec zaczął mu tłumaczyć , że to nieprawda. Niemiec przyłożył ojcu pistolet do głowy i kazał jeszcze raz to powiedzieć. Ojciec przysięgał, ze to prawda i , że w wiosce nie ma żadnych partyzantów. Wtedy Niemiec wydał rozkaz wstrzymania podpalania zabudowań. Kazał ojcu wyznaczyć 10 chłopów do gaszenia. Z pożaru ocalało około dwanaście gospodarstw, do których pozwolono wrócić kobietom i dzieciom. Wszystkich mężczyzn a było ich 64 wywieziono do obozu w Zwierzyńcu. Już w obozie ojciec spotkał tego samego Niemca, który uczestniczył w akcji palenia wsi. Zaczął go prosić aby zwolniono chłopów do domu, gdyż idzie wiosna i nie będzie komu pracować na kontygent, jaki wieś musiała oddać Niemcom. Po przesłuchaniu zwolniono samych starych i chorych, czyli około 30-34 osoby. Resztę przewieziono do Zamościa na Rotundę, skąd kilku wróciło a resztę wywieziono do obozu w Majdanku. Mój ojciec wrócił do domu z obozu w zwierzyńcu. W czasie palenia wioski Niemcy zabili ; Tytonia Stanisława , Zawiślaka Józefa, Bździucha Michała – stawiali opór, a Kukiełkę Michała spalili żywcem. Wszyscy pochowani są w zbiorowej mogile żołnierskiej na cmentarzu w Górecku Kościelnym. Z obozu w Majdanku po przesłuchaniach, biciu i torturach oraz po interwencji mojego ojca do domów wrócili wszyscy.
Zaczynał się rok 1944. W styczniu mój ojciec przyprowadził trzech chłopów, których maszynista przywiózł pod węglem. Ze względu na to, ze mój ojciec był sołtysem dostał rozkaz zaopiekowania się nimi. Zamieszkali u nas. Nie mieli dokumentów, ale pamiętam ich imiona ; Olek, Rajmund i Robert. Pochodzili z okolic Lwowa. Mieszkali u nas do akcji pod Osuchami. Dostali broń i poszli walczyć pod Osuchy. Żaden nie wrócił. Wszyscy zginęli. Jak już wspomniała się akcja wysiedleńcza , jak i też wzrastał opór ludności i ugrupowań partyzanckich a co za tym idzie przybywało rannych. Szpital w Biłgoraju nie dość, że był daleko to jeszcze był przeludniony. Zaczęto wtedy myśleć o szpitalu leśnym. Zaczęto budowę szpitala leśnego w kompleksie lasów Puszczy solskiej, niedaleko trzepie tniaka, w okolicy bunkra. W bunkrze tym leżało kilku rannych z Józefowa, między innymi porucznik Bartoszewski ps. Wir. W tym samym czasie na trzepie tniaku powstała szwalnia, którą kierowała Halina Wójcik ps. Halina i Aniela Nowakówna ps. Agnieszka. Ponieważ szwalnia nie była dobrze wyposażona dostałam rozkaz od Czesława Mużacza ps Selim, abym dostarczyła maszynę do szycia na Trzepietniak. Rozkaz wykonałam i stawiłam się z maszyną w szwalni. Ze względu na to, że szpital był bardzo potrzebny jego budowała przebiegała w zawrotnym tempie. W dzień zielonych Świąt 1944r. nastąpiło uroczyste poświęcenie i otwarcie leśnego szpitala . W dniu tym przy szpitalu zebrały się wszystkie ugrupowania partyzanckie z całego obwodu biłgorajskiego i zamojskiego. Odprawiona została Masza polowa, którą prowadził ks.Świś. do mszy służyli Stanisław Małysiak ps. Sęp ( obecnie prałat w Krakowie) i Władysław bury ps. Burza, obaj z oddziału Wira. Pamiętam do dziś słowa kazania, jakie wygłosił wtedy ks. Świś – „…musimy wytrwać do końca, już niedługo” Potem nastąpiło odśpiewanie pieśni; „Boże coś Polskę…”. Była to chwila tak podniosła i pełna patriotyzmu, że trudno opisać słowami. Trzeba to przeżyć . Radość była tym większa, że był to nasz szpital. Było już gdzie położyć rannych , których codziennie przybywało . Szpitalem opiekował się lekarz ps. Radwan i pielęgniarka Janina Roguska-Bartoszewska ps. Nina. W tymże szpitalu wraz z grupa dziewcząt z pobliskich wiosek zostałam po raz drugi praktycznie przeszkolona na kursie sanitarnym a także pod kierunkiem Czesława Góry ps Rzut przeszłam szkolenie obronne. Jak już pisałam na Trzepietniaku była szwalnia, gdzie szyłyśmy bieliznę dla szpitala i reperowałyśmy mundury partyzantów. Ze zrzutów które miały miejsce na Floriance dostałyśmy mundury i broń krótką i pełniłyśmy warty przy szpitalu i szwalni.
22 czerwca kiedy okrążenie Niemców zacieśniło się w kompleksie lasów puszczy Solskiej, wszyscy czekali na rozkazy. Po odprawie z doktorem Białoszewskim ps Biskup wyruszyłyśmy z trzepie tniaka w kierunku Józefowa. W Sigłach dostałyśmy rozkaz aby zawrócić i furmanką, która dostałyśmy , zabrać resztę broni i środków opatrunkowych, które zostały w gospodarstwie Bździucha. Wróciłam ja i koleżanka Janina Bździuch ps. Malinka i dwóch partyzantów. Gdy jechaliśmy nadleciały samoloty zwiadowcze. W popłochu zaczęliśmy uciekać w stronę krzaków. Wtedy nadleciał drugi samolot i zrzucił bomby. Od ich wybuchu zginęły konie. Jedna bomb rozerwała się niedaleko mnie. Gdy mnie znaleziono okazało się, że zostałam ogłuszona i ranna w głowę. Zaprowadzono mnie na Trzepietniak, gdzie zostałam opatrzona.Dzieki Bogu rany okazały się niegroźne. Wróciłam na Sigły lecz tam byli tylko partyzanci, którzy szukali oddziału Wira. Ponieważ odgłosy strzelaniny były bardzo blisko kazali mi iść w stronę Górecka Kościelnego, gdyż było tu już bardzo niebezpiecznie a ja byłam jeszcze oszołomiona. Dotarłam do Górecka Kościelnego i na plebani u księdza Mroza / patrz fotografia / zdjęłam mundur, schowałam go i udałam się do Majdanu Kasztelańskiego do domu. W domu dowiedziałam się o aresztowaniu ojca i kilku mieszkańców wioski. Ponieważ aresztowania jeszcze trwały udałam się na stację kolejową, gdzie w zabudowaniach Błażeja Watraka ukrywałam się kilka dni. Chcę jeszcze dodać, że jako łączniczka , będąc na placówce na Trzepietniaku dostałam rozkaz dostarczyć meldunek do komendanta Makucha w Chmielku a by nie wszczynał akcji w czasie palenia przez Niemców miejscowości Różaniec. Poinformowano mnie , że Makuch jest ze swoim oddziałem na Szarajówce. Udałem się tam i dostarczyłam meldunek. Widziałam jak Niemcy otoczyli wieś Różaniec i podpalali domy. Słyszałam krzyki i piski dzieci. To było przerażające.
Po bitwie pod Osuchami brałam udział w zbieraniu zabitych partyzantów, którzy byli następnie przewożeni na cmentarz w Łukowie. Była tam ze mną koleżanka Łojek Apolonia, która niestety już nie żyje. Zginęła tragicznie postrzelona przez partyzanta z Tarnowoli.
Dwie pierwsze akcje w naszej wsi widziałam, ponieważ byłam w tym czasie w domu. Podczas trzeciej akcji przebywałam na Trzepietniaku i znam ją z opowieści mojego ojca. Dzięki opatrzności Bożej wszyscy wywiezieni na Majdanek po wyzwoleniu Lublina przez armię radziecką w lipcu wrócili do domów.
Gdy tragiczna wojna zakończyła się cieszyliśmy się ze zwycięstwa i wolności. Ta radość nie trwała długo. Przyszła druga jakże okropna okupacja Polaków przez Polaków. Zaczęły się prześladowania AK-owców. Dla tych narażających życie za wolność Polski nie było teraz miejsca w tym wolnym kraju. Musieli wyjeżdżać, ukrywać się przez co traciliśmy kontakt ze sobą. Ja mając 21 lat również doświadczyłam tego na własnej osobie. Brak zamiłowania do ziemi i niechęć do pozostania na gospodarstwie ojca zrodził pomysł zdobycia jakiegoś zawodu. Wyjechałam więc do Biłgoraja do pana Józefa Zańki, u którego uczyłam się szyć. Mieszkałam po sąsiedzku u pani Lange. Była szczęśliwa, że się czegoś nauczę, że do czegoś w życiu dojdę. Szczęście nie trwało długo, bo około po dwu tygodniach u krawca pojawiło się trzech mężczyzn ze służby bezpieczeństwa pod pretekstem uszycia spodni. Po ich wyjściu żona pana Zańki powiedziała, iż w jakiś szczególny sposób przyglądali się mi. Za kilka dni znów się pojawili i w rozmowie z panem Zańko okazało się, że zostali aresztowani moi znajomi z Brzezin tj. bracia Jan Droździel ps. Szumiłko i Stanisław Droździel oraz partyzanci z Łukowej z ugrupowania Makucha i z Aleksandrowa z ugrupowania Józefa Mazura ps. Skrzypik. Dowiedziałam się, ze siedzą oni w Biłgoraju. Mój brat w obawie przed aresztowaniem wyjechał do Elbląga. Zrozumiałam wtedy cel wizyty u pana Zańko. Chociaż bałam się postanowiłam kontynuować naukę. Panowie ci znów mnie odwiedzili, tym razem pokazując zdjęcia i pytając czy znam znajdujące się na nich osoby. N a fotografii był między innymi Stanisław Droździel z Brzezin. Powiedziałam, ze znam te osoby gdyż razem chodziliśmy do kościoła w Górecku kościelnym. Zaczęli nachodzić mnie coraz częściej. Trwało to około 3 miesięcy. Bałam się coraz bardziej. Wróciłam do rodziców. W tym czasie wrócił z Niemiec po 5 latach przymusowych robót Tytoń Jan – mój obecny mąż. UB-owcy znaleźli mnie również w mojej rodzinnej wsi. Wypytywali dlaczego już się nie uczę u krawca, gdzie jest mój brat i gdzie byliśmy podczas okupacji. Tłumaczyłam im jak mogłam i chyba uwierzyli. Nie wiedziałam co mam robić, więc poradziłam się księdza Mroza. Ksiądz stwierdził, ze chyba najlepszym wyjściem będzie wyjazd gdzieś daleko. Posłuchałam się i z Tytoniem Janem wyjechaliśmy do Białogardu, gdzie byli moi znajomi z Tarnowoli i Józefowa., którzy z obawy przed prześladowaniami wyjechali tam. Uznaliśmy z Janem, że kłopoty skończą się kiedy się pobierzemy. Wróciliśmy więc w rodzinne strony i pobraliśmy się. W czasie małżeństwa nas i naszą wioskę bardzo często odwiedzała milicja. Słyszeliśmy o aresztowaniach Akowców z okolicznych wsi. Żyłam w ciągłym strachu. Miałam już dwoje dzieci i chociaż było mi ciężko opuszczać rodzinną wieś dla bezpieczeństwa rodziny zdecydowaliśmy się w 1952 roku przenieść do Zamościa, gdzie mieszkam do dzisiaj. W 1977r. kiedy można było ubiegać się o przyjęcie do ZBWi D postanowiłam złożyć dokumenty. I tu znowu zaczęły się problemy. Gdy powiedziałam, ze należałam do AK, usłyszałam, że to będzie trudna sprawa. Po roku oczekiwania nie miałam żadnej odpowiedzi, czy jestem czy nie jestem przyjęta do ZBoWiD-u. Po zapytaniu w zarządzie usłyszałam, ze moje dokumenty zostały wysłane do świadka, aby je potwierdził. Następnie gdy po raz drugi interweniowałam dowiedziałam się, ze dokumenty zaginęły i musze jeszcze raz wszystko od nowa złożyć w zarządzie. Napisałam skargę do Zarządu Głównego w Warszawie. Po trzykrotnej interwencji zarządu głównego jakims sposobem moje dokumenty odnalazły się. Dowiedziałam się również od znajomych, ze były przeprowadzane wywiady na mój temat w Józefowie, Aleksandrowie i w mojej rodzinnej wsi. Wywiady te były bardzo dla mnie korzystne . I tak po trzech latach walki o swoje prawa zostałam przyjęta w szeregi ZBoWiD –u. Z chwilą gdy powstał Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej natychmiast przeniosłam się do niego.
Dziwie się bardzo, że tak tragiczne wydarzenia jakie przeżyła moja wieś Majdan Kasztelański nie są nigdzie opisane.
Wiersz Pani Tytoniowej:
Było to w marcu dnia 30-tego 1943
Pamiętam dobrze gdy rano wstałam
I zaraz na wsi szwabów ujrzałam.
Otoczyli wioskę zewsząd dookoła
A wpadłwszy do domu raus każdy woła.
Ludzi spędzili na koniec wioski
Starców i dzieci jak na Sąd Boski.
Kobiety z dziećmi pooddzielali
A wszystkich mężczyzn do samochodów zapakowali.
Wywieźli do Zwierzyńca dali im kwatery
Było ich wszystkich 64
I ze zwierzyńca poszło do domów z radością
A nas 30 wywieźli na Rotundę do Zamościa

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s