Rzeczpospolita Józefowska. Partyzancka Stolica Zamojszczyzny.

Historia Józefowa w artykułach, relacjach , wspomnieniach i innych dokumentach opracowanych przez Zygmunta Puźniaka                                                                                                                                       Nazwa” Partyzanckiej Rzeczypospolitej” lub zamiennie” Rzeczpospolitej Józefowskiej” powstała w czasie okupacji hitlerowskiej i miała ścisły związek z rozwojem Ruchu Oporu i powstających coraz liczniej oddziałów partyzanckich, które chroniły się w otaczających Józefów lasach Puszczy Solskiej. Na terenie tym toczyła się w tym czasie ustawiczna walka podjazdowa Polski podziemnej, która tutaj zdążyła zlikwidować już niemal wszystkie posterunki żandarmerii / Stitzpunkty /, policji ukraińskiej i granatowej oraz zdezorganizować aparat administracyjno-gospodarczy przez zniszczenie takich placówek jak urzędy gminne, tartaki, mleczarnie itp. Leciały w powietrze mosty, szyny kolejowe, pociągi, samochody wiozące Niemców, ginęli „bez wieści” znienawidzeni szpicle, na błysk luf partyzanckich otwierały się bramy więzień pełnych „przestępców” politycznych. Duże tablice z napisem „Achtung! Bandengefahr. Nicht einzeln Fahrem. Schusswaffe bereitzuhalten” ostrzegały kolumny niemieckie jeżdżące tylko po głównych  szosach i pod konwojem.                                                                                           „Radwan” – naczelny lekarz Obwodu Biłgorajskiego AK we wspomnieniu „Szpital leśny 665” pisze;” …w lasach biłgorajskich jest wolna ojczyzna żołnierza partyzanta. Działają tu organizacje terenowe oraz biwakują stale lub przejściowo oddziały partyzanckie Groma, Podkowy, Sępa, Norberta, Lancy, Jaskółki, Antona, kompania specjalna Woyny i stałe obozy komendantów rejonów Corda i Wira spełniające rolę ośrodków szkoleniowych. Prócz tego znajdują się tu grupy AL. i oddziały sowieckie. Oddziały partyzanckie w znacznej większości rekrutują się z chłopów z okolicznych wiosek i stosunkowo w niewielkiej  ilości z elementu napływowego”.                                                                        W przypisie do tego tekstu z roku 1947 Zygmunt Klukowski pisze ; „ okolice Józefowa nazywano wówczas żartobliwie „Rzeczpospolitą Józefowską”.

Tak wielkie nagromadzenie oddziałów partyzanckich oraz liczba wykonywanych przez nich akcji dywersyjnych  niosła też za sobą rzeczy zwiększającą się liczbę rannych, których transport i leczenie w szpitalu w Biłgoraju lub Szczebrzeszynie stawała się niezwykle niebezpieczne. Dlatego też decyzja dowództwa AK Inspektoratu Zamojskiego na terenie tym zorganizowano wiosna 1944 roku także stały szpital partyzancki, noszący kryptonim „665”.

Początki  nazwy Rzeczpospolita Józefowska związane są jednak ściśle z wydarzeniami jakie rozegrały się w Józefowie w dniu 1 czerwca 1943 roku, kiedy to połączone oddziały partyzanckie Armii Krajowej przy współudziale Batalionów Chłopskich i rosyjskich, w biały dzień dokonały frontalnego ataku na zajęte przez Niemców miasteczko zmuszając ich do odwrotu i tym samym ocalając przed rozstrzelaniem jego mieszkańców.                          Bitwa o Józefów / opis niżej/ szerokim echem odbiła się na całej Zamojszczyźnie;               „… Odparcie Niemców i uwolnienie miasteczka od ostatecznej zagłady było niewątpliwie jednym z największych sukcesów miejscowego Ruchu Oporu” – pisze w swoich wspomnieniach Konrad Bartoszewski ps.Wir, dowódca józefowskiego rejonu Armii Krajowej / w zbiorach autora/.

Józefów na ponad trzy tygodnie dostał się we władanie partyzanckie a sława tych wydarzeń obiegła całą Zamojszczyznę, przynosząc wspomnianą wyżej dumną nazwę Rzeczypospolitej Józefowskiej i stając się przykładem dla innych rejonów.                    Zygmunt Klukowski w „Dzienniku z lat okupacji” pod datą 7 czerwca 1943r.odnotował:        „ Opowiadano mi ciekawe szczegóły o Józefowie. Nie ma tam obecnie żadnych władz; ani żandarmerii ani policji, ani nawet władz gminnych. Kto mógł ten wyjechał. Opuścili swą parafię i księża. Do miasteczka przychodzą tylko z lasu różni „alianci”…”

Dzień 1.06.1943 roku poprzedziła, opisana wcześniej, niezwykła aktywność działań niemieckich zmierzających do stłumienia narastającego oporu partyzanckiego, którego centrum na Zamojszczyźnie Niemcy lokowali w rejonie gminy aleksandrowskiej.Działania te tylko na moment wstrzymały partyzancką ofensywę, gdyż już w miesiącu kwietniu na rozkaz „Orszy” józefowski oddział „Korsarza” zniszczył urzędy gminne, pocztowe i mleczarnie w następujących miejscowościach : Adamów, Cieplice, Dzików, Majdanie Sieniawskim i Woli Różanieckiej.Jak widać z nazw zaatakowanych miejscowości, akcja „Korsarza” miała na celu odciągnięcie uwagi hitlerowców od rejonu józefowskiego. Wspomniane wyżej gminy i miejscowości zamieszkałe były w znacznej mierze przez ludność ukraińską, wrogo nastawioną do Polaków, stanowiły one tym samym źródło zaopatrzeniowe dla oddziałów partyzanckich.

Z innych akcji partyzanckich wymienić należy dwukrotne zlikwidowanie oddziałów Schupoochraniających tartak w Długim Kącie i Krasnobrodzie / mowa o stacji kolejowej obok Józefowa/. / 8.03.43r. i 16.05.43r./ oraz zasadzkę na szefa biłgorajskiego gestapo Colba.  Zamach na Hauptsturmfurera Colba przygotował wywiad AK, zaś samą akcję wykonał w dniu 28.V.1943r. w zasadzce pod Panasówką józefowski oddział pod dowództwem „Biskupa”/Kazimierza Białoszewskiego /. W akcji uczestniczyli ponadto Stefan Gustaw Grodowski „Gutek”, Edmund Maśko „Jastrząb”,JanNaklicki „Dyplomata”, Tadeusz Nowak „Butrym”, Tadeusz Szanajca „Szum”, Józef Turczyniak „Spadochron”, Józefat Żmuda „Czarny”, ponadto do partyzantów józefowskich dołączyli: Michał Panas „Miszka”, Józef Wróbel „Grot” oraz żołnierz o pseudonimie „Wacek”- wszyscy z oddziału BCH „Burzy”.Zasadzka niestety zakończyła się niepowodzeniem i szef gestapo mimo odniesionej rany zdołał się z niej wydostać.W brzuch ranny został Edmund Maśko „Jastrząb”, który tak wspomina tamto wydarzenie:„…Gdy wykończyłem cały magazyn, liczyłem na to, że może mnie miną. RKM-y nie milkły.Serie sypały się, a echo rozlegało się po lesie. Sądziłem, że gestapowcy mogą mnie minąć. Sięgnąłem po granaty, które miałem za pasem uczepione. Nie mogłem od razu wyciągnąć granatu, bo łyżki były dobrze poprzypinane i musiałem zrobić skręt tułowia, co zmusiło mnie do uniesienia się, gdyż liczyłem, że zrobię to szybciej, jak wyjedzie magazynka z amunicją z zasobnika. Skutek był natychmiastowy. Jednakże w tym samym momencie uczułem, że tułówmój coś przeszyło. Usłyszałem jakiś syk i wówczas zobaczyłem, jak z mojego boku trysnąłstrumień krwi. Zrozumiałem, że jestem ranny…. W tym czasie taksówka zrobiła skręt i stoczyła się do rowu i zajechała do skraju zagajnika przechylając się na bok. Jeden gestapowiec w taksówce, drugi obok trzyma granat na trzonku i dogorywając czeka, może któryś z partyzantów zbliży się. Nie było na razie chętnych. Kierowca prosił o darowanie mu życia. Jest na razie dwóch, gdzie  trzeci ?                                          Koledzy krzątali się koło taksówki. Zabrano dokumenty, które gestapowcy wieźli w związku z prowadzona pacyfikacją na terenach południowej Zamojszczyzny. Jednak przeoczono bardzo ważny moment – jak Colb wydostał się z taksówki?  Właśnie ten gestapowiec, który wyskoczył ciężko ranny z taksówki, gdy samochód zwalniał po naszej stronie w lesie, uratował Colba. Gestapowiec ten, chociaż sam już kończył życie, to jednak z pełnąświadomością osłaniał swego szefa, aby ten mógł wydostać się żywy. Colb wysunął się z samochodu po przeciwnej stronie, a w ucieczce pomógł mu rów nad szosą, który zasłaniała taksówka. Obok miał zaraz zagajnik, w którego zaroślach ukrył się. Sam Colb ranny został w nogę i to dostał kilka kul, które przeszyły mu mięśnie. Za późno było organizować za nim pościg.”                                                                                                Niemcy widząc, że nawet brutalne akcje odwetowe, jaką było spacyfikowanie w dniu 28.03.43r. Pardysówki  nie powstrzymują działań partyzanckich, od początku miesiąca kwietnia, pozornie dali za wygraną i w Józefowie pozostała tylko policja granatowa. Ci jednak nie kwapili się do zwalczania partyzantki a nawet z nią współpracowali.                                                                                                             Dowództwo niemieckie zaczęło szukać innych, bardziej wyrafinowanych metod walki , poprzez rozpracowywanie wywiadowcze środowisk i oddziałów partyzanckich. Poza współpracą z kolaborującymi Volksdeutschami podjęli próbę rozpoznania we własnym zakresie.                                                                                                                                30 maja 1943 roku , po penetracji w rejonie wioski Sochy koło Zwierzyńca, zjawiło się trzech szpicli niemieckich przebranych za „grupę partyzancką”, którą dowodził, jak się później okazało, mjr Lange, jeden z największych i najbardziej okrutnych katów Zamojszczyzny; bezpośredni sprawca tragedii wioski Sochy.                                               Zadanie jakie postawili przed sobą Niemcy nie było łatwe, gdyż po likwidacji w 1942 roku żydowskiej części społeczności / stanowiącej ok.70 % mieszkańców/  Józefów był osadą niemal bezludną, budzącą się do życia dopiero w porze nocnej. Pojawienie się jakiejkolwiek obcej osoby budziło podejrzliwość i czujność najwyższego stopnia.                                                                                                                                                Na opanowanym przez partyzantów terenie „Rzeczpospolitej” , ruchy każdego obcego śledzone były już od chwili przekroczenia jej granic a nawet wcześniej. W scenerii tej doszło do zasygnalizowanych na wstępie wydarzeń.

Zlikwidowanie gestapowców

                 Tak wspomina je między innymi Czesław Mużacz ps.”Selim” : „ W mieście spotkałem „Barykę” / Ignacy Plata/ i „Zagłobę” / Józef Strzałka /. Zatrzymaliśmy się koło gminy dzieląc się nowinami. Już miałem pożegnać się z nimi, gdy wtem podjechał do nas „Hak” z Majdanu Kasztelańskiego; „Szukam pana wszędzie – zwrócił się do mnie – idzie tu trzech szpiclów”. „ Skąd wiesz, że to szpicle?”. „Gdy szli przez Majdanek poznała ich kobieta, która widziała ich w obozie w Zwierzyńcu. Mówi, że to gestapowcy, którzy strasznie katowali ludzi w obozie.”                                                                                                        Wkrótce potem spostrzegliśmy na szosie od Zwierzyńca trzech elegancko ubranych mężczyzn maszerujących równym miarowym krokiem. Byli w butach z cholewkami, w jesionkach, z teczkami pod pachą. Twarze mieli czerwone opasłe, od razu można było poznać Szwabów. Idąc ulicą bacznie rozglądali się na wszystkie strony. Gdy przechodzili obok nas, starałem się zapamiętać ich twarze. To się może przydać. Skierowali się do restauracji Volksdeutscha Marta” Przybysze po suto zakrapianym spotkaniu z wójtem Giełczykiem, którego przywołali z gminy postanowili w restauracji zanocować.

Dowództwo partyzantki józefowskiej, którym pod nieobecność Bartoszewskiego kierował porucznik Hieronim Miąc ps. ”Korsarz”, podjęło kontrowersyjną decyzję o likwidacji szpicli. Żeby nie ściągnąć zemsty Niemców na mieszkańców miasteczka, postanowiono tego dokonać poza jego granicami i w tym celu już o świcie obstawiono wszystkie drogi wylotowe. Rano, po zaleczeniu kaca, Niemcy udali się na dalszą penetrację terenu gościńcem w kierunku Hamerni.Na Małej Pardysówce, za bramą gospodarstwa Nieściorowej oczekiwała na nich grupa partyzantów pod dowództwem Kazimierza Białoszewskiego PS.Biskup, w skład której wchodzili: Józefat Żmuda ps. Czarny, Jan Puźniak ps. Czort, Edmund Maśko ps. Jastrząb, Jan Naklicki ps. Dyplomatat , Józef Turczyniak ps. Spadochron i Jan Żmuda ps. Burza.  Wspomina Edmund Maśko Ps. Jastrząb: „Grupa nasza stała w bramie u Nieściora. Niemców przepuściliśmy obok siebie aby nie robić zamętu we wsi, a szpicli zlikwidować na polach między Hamernią a Pardysówką. Niestety jakaś kobieta ostrzegła ich o naszej zasadzce.Niemcy cofnęli się do miasta. Wtedy otworzyliśmy ogień, ale uciekli pomiędzy budynki Józefowa co uniemożliwiło nam prowadzenie skutecznego ostrzału.”  / w zbiorach autora/.

W miasteczku rozpętała się piekielna bezładna strzelanina i indywidualne polowanie na uciekinierów, którzy rozproszyli się szukając ratunku, każdy na własną rękę. Jakie temu towarzyszyły emocje niech świadczy relacja Stanisława Hajduka PS.Chomik:„… biegnę zobaczyć co się dzieje. Dochodzę do studni, a ten skurwesyn już przeskakuje przez płot. Wprost na mnie z parabelką w garści. Ledwie zdążyłem kucnąć za słupkiem. Szczęście, że miałem Visa. Prawie się o mnie otarł. Kiedy mnie mijał rąbnąłem z boku. Patrzę a facet – skok i już na podwórku Grochowicza. Nawet nie zdążyłem poprawić! Pierwszy raz w życiu z pięćdziesięciu centymetrów do takiej tarczy i pudło! Żeby choć ręka mi drżała…” / Zbigniew Jakubik – Czapki na bakier/.

Ściganemu, wśród huku salw karabinów- opistoletowów, klucząc pośród opłotków udało się przedostać na Morgi a stamtąd do zbawiennego lasu i umknąć pogoni.                         Drugi z uciekających Niemców zastrzelony został tuż za obejściem Raka przez Władysława Puźniaka ps. Pasek: „ Biegł ogrodami, przez płoty, ja biegłem ulicą. Dogoniłem go już za chałupami. Krzyczę: Stój! Odwrócił się. Chciał strzelać ale mu się pistolet zaciął albo nie miał już amunicji. Strzelam- nic. Rzuciłem granat. Nie wybuchł. Wreszcie rąbnąłem go z pięciu kroków z „siódemki”. / Zb. Jakubik – Czapki na bakier oraz wspomnienia w zbiorach autora/.   Dla usprawiedliwienia obydwu wyżej wymienionych wspomnieć trzeba, że mieli wówczas po dwadzieścia lat, nie brali udziału w wojnie obronnej 1939r., że strzelali z zamiarem zabicia człowieka po raz pierwszy w życiu. Nawet po 30 latach, w trakcie rozmowy przy kieliszku, „Pasek” wspominał, że trup Niemca oraz scena pogoni za nim przewijała mu się w snach jak natręctwo jeszcze przez kilka lat. A kiedy pokpiwałem z celności jego strzałów, przyznawał, że emocje połączone ze strachem tak owładnęły jego ciałem, że nie był w stanie nad nimi zapanować. Tymczasem trzeci ze ściganych Niemców schronił się w obejściu Kolaszyńskiego, gdzie w piwnicy murowanego z piaskowca chlewiku zabarykadował się wraz z porwanym z podwórka 12–to letnim synem gospodarza, Władziem Kolaszyńskim.                               Pomiędzy zabarykadowanym Niemcem a oblegającymi go partyzantami wywiązała się kilkugodzinna, prowadzona z przerwami, wymiana ognia.                                          Kronikarz wojenny Józefowa Zbigniew Jakubik pisze: „ Żołnierze wysuwają różne „zbawienne”koncepcje; może dostać się przez dach, a może podpalić budynek i dymem wypłoszyć oblężonego, może wreszcie wrzucić do środka wiązkę granatów. Wszystkie pomysły maja jedną zasadniczą wadę: nie uwzględniają bezpośrednio młodego zakładnika. Niemiec zresztą – przyznać należy szczerze – jest wyjątkowo odważny i … przezorny. Z jednej strony pragnie jak najdłużej przeciągnąć obronę, z drugiej – czyha nieustannie i cierpliwie na najmniejszą nieostrożność oblegających. Strzela wówczas jedynie, gdy któryś z partyzantów wychyli się nieopatrznie, a strzela – należy dodać – diablo celnie.  Wśród ospałej strzelaniny mijają godziny. Żołnierzy ożywia na moment przyjazd „Spadochrona” na koniu z workiem amunicji która była już na wyczerpaniu. Potem wszystko wraca do poprzedniego stanu. Granat – wyrzucony z reguły w tej samej sekundzie przez oblężonego na zewnątrz, nieszkodliwa seria, ostrzegawczy, zawsze niebezpieczny strzał Niemca i znowu wyrzucony i eksplodujący pod oknem lub pod drzwiami granat, ślepa seria, strzał Niemca…”                                                         Podczas tej wymiany ognia ranny w brzuch zostaje „Kobylas”. W końcu po kolejnej próbie granat wybucha wewnątrz piwnicy, zaś partyzanci znajdujący się najbliżej chlewiku usłyszeli chłopięcy głos nawołujący do zaprzestania ognia.                                                   „ Po dosyć długim wahaniu żołnierze weszli do środka. Wewnątrz znaleźli dwa ciała: konającego Niemca z rozwalonym bokiem, a w przeciwnym kącie – Jasia z brzydko poharatanymi nogami i ze „zdobycznym” parabellum w kurczowo zaciśniętej ręce. / Jakubik/                                                                                                                              Czesław Mużacz „Selim” scenę tą opisuje następująco: „Rzucił mi się w oczy wstrząsający widok, którego nie zapomnę do końca życia. Rozszarpany Niemiec leżał w gnoju. Oparty o jego zwłoki wił się młody chłopiec z poharataną nogą. W ręku trzymał parabellum gestapowca. Nie zważając na poszarpaną nogę podczołgał się do szpicla i ze stygnącej ręki odebrał mu pistolet. „ To mój – nie odbierajcie mi go”.                        Rannego Kolaszyńskiego odwieziono furmanką do szpitala w Biłgoraju, gdzie amputowano mu nogę. Jaś Kolaszyński to właściwie Władysław Kolaszyński, dziś emeryt z ponad 40 letnim stażem pracy w józefowskim Nadleśnictwie. Pracowity, skromny i niezwykle uczciwy człowiek, który nigdy nie zabiegał o sławę i kombatancki splendor, a który mu się niewątpliwie przed wieloma innymi należał i należy. Odkąd sięgnę pamięcią, kojarzy mi się z mundurem leśnika i motocyklem, którym poruszał się wszędzie z racji wojennych kontuzji.

Po całodziennej kanonadzie w miasteczku zapanowała grobowa cisza. Przyszedł czas na refleksję. Mieszkańcy zdawali sobie sprawę, że zabicie dwu niemieckich oficerów, w tym osławionego majora Langego, nie pozostanie bez odpowiedniej odpowiedzi z  ich strony, tym bardziej, że trzeciemu ze szpicli udało się zbiec i powiadomić swoich zwierzchników.  Dlatego też, tuż po zapadnięciu zmroku rozpoczął się wzmożony ruch. Cale rodziny opuszczały miasto, kierując się do pobliskich wiosek / głównie na Górniki/ lub do lasu. Partyzanci w większości udali się na wyznaczone wcześniej „placówki”.               W mieście pozostały tylko osoby posiadające swoje schrony, pilnujące skromnego ocalałego  z poprzedniej pożogo dobytku lub odkładające ucieczkę na poranek.

Bitwa o Józefów

Uderzenie niemiecki rozpoczęło się nazajutrz 1 czerwca 1943roku. Około godziny 9 rano nad Józefów nadleciało 9 samolotów „:sztukasów”, które w potwornym ryku, wydawanym podczas lotów nurkowych, rozpoczęły bombardowanie i ostrzał z broni pokładowej, resztek ocalałych z wrześniowej 1939r. pożogi. Bombardowania doznali również mieszkańcy przyległej Pardysówki.                                                                      Około godziny pierwszej po południu na torach kolejowych za wioską Majdan Nepryski  /1,5 km od Józefowa/ zatrzymał się pociąg pancerny z którego wysiadło ponad 300 niemieckich  żołnierzy, którzy ruszyli tyraliera na Józefów. Szosą od strony Zwierzyńca podjechały pod Borowinę samochody wojskowe. Miasto zostało zajęte i otoczone pierścieniem.  Mieszkańców wywlekano z domów i kryjówek, spadając ich na przykościelny cmentarz, zabudowany dookoła wysokim kamiennym murem, ustawiając ich przy jego najwyższej części obok dzwonnicy, z zamiarem rozstrzelania. Jeden z oficerów, łamana polszczyzną przypomniał, że obietnicę taką otrzymali w dniu 26 lutego 1943r. i oświadczył, że czeka ich taki sam los jak bandycką rodzinę Bartoszewskich, że najwyższy czas skończyć ze świńskimi polskimi bandytami. Zrozpaczeni ludzie, w liczbie około 100 osób widząc, że zbliża się ich ostatnia chwila, zaczęli się miedzy sobą zegnać, a wszystko to wśród ogólnego płaczu i lamentu.                                                                                                          O wydarzeniach tych opowiadała mi często matka, Wanda Puźniak, dla której dzień ten utkwił w pamięci w każdym szczególe, z tej racji, że w dniu tym życie ocaliła przynajmniej dwukrotnie: – raz około godziny 9 rano kiedy nadleciały samoloty i rozpoczęły bombardowanie oraz ostrzał wszystkiego co było ruchome, znalazła się na tzw. piaskach, gdzie w dole pod wierzbą rosnącą na polu Martowej, ukryła dwoje swoich dzieci / Mariana lat 4 i Zofię lat 2 /, osłaniając ich własnym ciałem przed kulami strzelającego i nadlatującego na nich kilkakrotnie samolotu, – drugi raz popołudniu kiedy zostali ocaleni przez atak partyzantów. / relacja Wandy Puźniak –w zbiorach autora/.                          Poranne bombardowanie Soch a następnie Józefowa poderwało do akcji, pozostające od dnia poprzedniego w pogotowiu, oddziały partyzanckie.Liczebność ich oraz rozlokowanie na tzw. „placówkach” wyglądało następująco; – na placówce „dwójka” znajdującej się najbliżej Józefowa stacjonował 50 –cio osobowy  oddział dowodzony przez Józefa Droździela ps. Radykał i Juliana Futomę ps. Fiat;                                                                  – na placówce „czwórka” nad rzeką Niepryszką 100 –tu osobowy oddział józefowski dowodzony  przez Hieronima Miąca ps. Korsarz oraz Włodzimierza Hascewicza ps. War, w skład którego  wchodziły plutony z Aleksandrowa / Wara /, Józefowa i Pardysówki / Piasta – Feliksa Pardusa/ oraz Górecka i Brzezin / Selima – Mużacza/.                            W bezpośrednim sąsiedztwie oddziału Korsarza stacjonował oddział BCH dowodzony przez Antoniego Wróbla ps. Anton , Burza. Najdalej, bo za rzeką Sopot znajdował się współpracujący z józefowską partyzantką rosyjski oddział utworzony ze zbiegłych jeńców, pod dowództwem Michajła Atamanowa ps.  Miszka Tatar.                                                   Na polecenie „Korsarza” do oddziałów tych pchnięto gońców z propozycją wspólnej akcji przepędzenia Niemców i odbicia zakładników. „Korsarz” pod nieobecność rannego Konrada Bartoszewskiego sprawował w jego zastępstwie dowództwo rejonu.                 Po uzgodnieniach partyzanci zajęli pozycje do ataku na wzgórzach kamieniołomów otaczających od południa osadę. Trwał wyścig z czasem, gdyż Niemcy w każdej chwili mogli przystąpić do masakry spędzonej na cmentarz ludności, głównie kobiet, starców i dzieci. Nie było więc czasu do opracowania szczegółowych planów akcji.

Sama akcja rozpoczęła się też dosyć niespodzianie, gdyż przybyły na miejsce oddział partyzantki rosyjskiej pod dowództwem „Miszki Tatara”, przystąpił do ataku prosto z marszu i bez opowiadania się polskiemu dowództwu. Wykorzystując element zaskoczenia, rozwinięci w tyralierę z okrzykiem „hura” i „wpieriod” na ustach, wśród jazgotu broni maszynowej usiłowali pokonać 300 – 400 metrowy odcinek otwartej przestrzeni i dobiec do zabudowań dających większą osłonę.

Posterunki niemieckie okazały się jednak bardzo czujne i w chwile później przykryły nacierających ogniem broni maszynowej. Animusz Rosjan, według świadków zbyt duży i wywołany alkoholem został wygaszony. Partyzanci najpierw zalegli w polu a następnie wycofali się na pozycje bardziej dogodne. Ostrzał niemiecki był celny; ciężko rannych zostało dwu partyzantów.

Tymczasem oddziały józefowskie zajęły dogodne stanowiska ogniowe ustawiając na wzgórzach dwa cekaemy i kilkanaście erkaemów. Rosjanie postąpili podobnie, wystawiając na prawej flance ckm i kilka erkaemów. Rozpoczął się systematyczny ostrzał niemieckich pozycji obronnych. Siła ognia partyzanckiej broni maszynowej była tak ogromna, że zmusiła zaskoczonych takim obrotem sprawy Niemców do likwidacji wysuniętych na przedpole stanowisk ogniowych i przeniesienia ich poza mury cmentarne oraz do budynku niewykończonej murowanej szkoły oraz inne zabudowania miasteczka       Zajęci obroną, zdezorientowani Niemcy, przestali zwracać uwagę na zgromadzonych i przeznaczonych do rozstrzelania mieszkańców, którzy wykorzystując powstałe zamieszanie zaczęli wymykać się najpierw pojedynczo a później rozbiegli się wszyscy po miasteczku, gdzie się da szukając schronienia i tym samym unikając najgorszego.       Dowodzący akcją porucznik Hieronim Miąc „Korsarz”, doskonale zdawał sobie sprawę, że samą wymianą ognia nie zmusi hitlerowców do wycofania się i zaprzestania pacyfikacji, dlatego też po krótkiej naradzie z dowódcami kompanii, wydał rozkaz zajęcia miasta.

„ W połowie drogi pomiędzy kamieniołomami a Józefowem są niewielkie wzgórki i nierówności terenu. Tam postanowiono się przenieść. Na czele józefowskiej grupy biegnie z niedawno zdobytym pistoletem maszynowym „Korsarz”, obok z nieodstępnym erkaemem wysoki „Butrym” /Nowak Tadeusz /, a bardziej w prawo przed radzieckim oddziałem „Miszka” i jego zastępca Waśka Połonin. Głośne rosyjskie „wpierod” i polskie „hura” przerażają atakowanych Niemców nie mniej od gęsto sypiących się kul. Na upatrzonych stanowiskach żołnierze przypadają do ziemi, wykorzystując każdą nierówność terenu i strzelają ostro w pozycji leżącej. Nie kryje się ranny już w lewą rękę odważny „Miszka”. Jest silny i z łatwością utrzymuje w jednym ręku przewieszony przez ramię rkm i strzela w pozycji stojącej. Niedługo zagrzewa swą odwagą żołnierzy. Zza muru cmentarza, z okien nie wykończonej szkoły biją wściekle ogniem karabiny maszynowe. Jedna taka seria przeszywa pierś „Miszki”, który czyniąc konwulsyjny skręt, pada twarzą do ziemi. Niedaleko ciężko ranny Kudełka wzywa pomocy kolegów. Ranny jest także Burda Andrzej, lżej rannych coraz więcej. Ze strony przeciwnej także są zabici. Strzelający zza kamiennego słupa w bramie domu do rannego Kudełki Niemiec pada z rozkrzyżowanymi rekami. Z gmachu nie wykończonej szkoły dwu czołgających się za mur cmentarza Niemców ciągnie za rękę swego kolegę. Słońce chyli się ku zachodowi, przez zadymiony błękit nieba świeci coraz bardziej krwawym blaskiem, tak czerwonym niemal, jak wsiąkająca w ziemię krew poległych. Zbliża się zmierzch – walkę należy kończyć jak najprędzej.  Najbardziej odważni podrywają się do biegu i dopadają pierwszych zabudowań. Obrona Niemców przenosi się coraz bardziej na przeciwna stronę miasteczka, coraz więcej atakujących dociera do celu. Ostatni strzelający z nie zajętego skrzydła za murem cmentarza, karabin maszynowy milknie w pół serii. Niemcy wykorzystując pierwsze cienie i kryjąc się za domami uciekają, dźwigając jedyny swój bagaż – ciała zabitych kolegów” – tak opisuje te wydarzenia ich uczestnik Stefan Puźniak     ps.”Kos” ./ kierunki nr 24 z 1958r./.

Inna grupa partyzancka w sile 30 osób zaatakowała samochody niemieckie stojące na szosie   pod Borowiną od strony tzw. okopiska / cmentarza żydowskiego/. Wspomina Władysław Puźniak ps.”Pasek”: „Dowódca mojej grupy Józef Droźdiel „Radykał” krzyknął: „ celownik 2 tysiące w kierunku Borowiny”. Wykonaliśmy rozkaz i tam zobaczyliśmy uciekający samochód niemiecki. Posłaliśmy serię z cekaemu i erkaemu. Samochód stanął a Niemcy zaczęli zwiewać. Poszliśmy pod Borowinę. Samochodem jechało zapewne 17 Niemców, bo tyle było w środku płaszczy i furażerek. W samochodzie znaleźliśmy ponadto latarki, 3 beczki piwa i wiele innych rzeczy które zrabowali w Józefowie. Po oczyszczeniu z dobra samochód podpaliliśmy” / w zbiorach autora/.

Zbliżał się wieczór. Wyparci z Józefowa Niemcy cofnęli się do stojącego za Majdanem Nepryskim pociągu pancernego, osłaniani jego ogniem z dział i ciężkich karabinów maszynowych. Straty jakie ponieśli Niemcy nie są znane. Wiadomo jedynie, że ranny został szef gestapo z Biłgoraja – hauptman Waldemar Tretwein. Po stronie partyzanckiej poległo 3 żołnierzy a 17 zostało rannych. Polegli w walce to: „Miszka Tatar” oraz żołnierz o nieustalonym nazwisku z jego oddziału a także Józef Kudełka ps. Czarny, mieszkaniec Józefowa, pełniący funkcję łącznikową pomiędzy Rosjanami a partyzantką miejscową.

Słynący z odwagi  „Miszka Tatar” był ponoć autentycznym Tatarem pochodzącym z Krymu, który w 1941r. pod Orszą ,dostał się do niewoli niemieckiej i przewieziony do obozu jenieckiego pod Częstochową , skąd zbiegł i utworzył oddział partyzancki składający się z takich jak on zbiegów i ukrywających się po lasach Żydów. Oddział jego wchodził w skład Lubelskiej Brygady AL dowodzonej przez Grzegorza Korczyńskiego i stacjonował głównie w rejonie wiosek ukraińskich, na styku z rejonem józefowskim obejmującym swym zasięgiem także obecną gminę Łukowa i Susiec.Zawarte w trakcie walki ze wspólnym wrogiem przyjaźnie z partyzantami józefowskimi, jego śmierć w obronie ludności miasteczka, oraz polityczna sytuacja powojenna, utrwaliły w miejscowej legendzie jego bohaterstwo. W domniemanym miejscu jego  śmierci w latach siedemdziesiątych ustawiono kamień / przy tzw. drodze skarbowej/ a w miasteczku jedną z ulic nadano jego imię.                                                                                                          Sprawa ta do dziś budzi wiele kontrowersji, gdyż splendorów takich nie doczekało się wielu bardziej zasłużonych józefowskich bohaterów, również poległych w walce z okupantem np. Hieronim Miąc „Korsarz” Do dziś nie przywrócono przedwojennej nazwy ulicy Piłsudskiego jak i nie odbudowano zburzonego przez sowietów jego pomnika stojącego pierwotnie przed ratuszem.

Prestiżowe znaczenie zwycięstwa w bitwie o Józefów było ogromne i odnotowane zostało we wszystkich meldunkach Armii Krajowej obwodu zamojskiego. Już podczas wojny, z racji udziału w walce oddziału AL. Im. Kotowskiego dowodzonego przez Miszkę Tatara, dowództwo AL, walkę tą wskazywało jako swój sukces.                                         Po wojnie we wszystkich opracowaniach i kalendariach walk GL i AL. wymieniany jest wprawdzie jeszcze udział w tej walce oddziały BCH „Burzy” ale miejscowe oddziały AK pomijano., przy czym, w niektórych opisach tej bitwy zawarte są istotne błędy faktograficzne a nawet przekłamania. Największe przekłamania propagandowe znalazłem w książce Stanisławy Sowińskiej- „Rozszumiały się wierzby” / Warszawa 1964r./ Autorka jako dowodzącego całą akcją wymienia Grzegorza Korczyńskiego a relacje zawarte w książce pełne są przekłamań i absurdów, np.: „ Kogo dopadli rozstrzeliwali natychmiast”lub dalej: „Kiedy zajęliśmy miejsca do natarcia Niemcy właśnie otworzyli ogień do uciekającej ludności. Gnając ją w kierunku lasu wysunęli się śmiało jakieś dwieście metrów w pole, pewni że wykurzyli nas już bombami. Jest ich z siedemdziesięciu. Daję „Kotowskiemu” rozkaz aby ich zdmuchnąć”. Zarówno książka jak i zawarte w niej „wspomnienia” to oczywista propagandowa konfabulacja gdyż Grzegorz Korczyński nie uczestniczył w bitwie.

Partyzanckie zwycięstwo w bitwie o Józefów miało olbrzymie znaczenie, przede wszystkim moralne. Niemcy na pewien czas pozostawili miasteczko w spokoju przygotowując się do akcji o większym zasięgu, do akcji pacyfikacyjno-wysiedleńczej pod kryptonimem Werhwolf. O Józefowie zaczęły krążyć legendy a rejon ten nazywać Rzeczpospolitą Józefowską.

W  opracowaniach dotyczących Armii Krajowej w Okręgu Zamojskim nazwy tej używa się już wcześniej, od czasu udziału partyzantów rejonu józefowskiego w wydarzeniach lutowych 1943r.                                                                                                                             Dla józefowskiego kronikarza czasu okupacji Zbigniewa Jakubika termin Rzeczypospolita Józefowska posiada  znaczenie inne;- środowiskowe. Zawarł  je  w następującym cytacie:  „ Trzeci wreszcie okres, okres mych intymnych stosunków z Józefowem, zaczął się przy końcu lata, w momencie mej przeprowadzki z ulicy Piłsudskiego na ulicę Biłgorajską. Od młodego Marta do starego Puźniaka. Z parteru na facjatkę. Z Józefowa urzędowego do środowiska, które kształtowało niepowtarzalną fizjonomię Rzeczypospolitej Józefowskiej.”

Zygmunt Puźniak

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s