Eksterminacja ludności cywilnej i zagłada Żydów józefowskich

Niemal do końca października 1939r.tereny zajęte przez wojska niemieckie podlegały bezpośrednio pod dowództwo Werhmachtu, w przypadku Józefowa dowództwu 14 Armii.
Pośród zarządzeń wojskowych wymienić należy np.nakazujące rozstrzeliwanie 3 zakładników za każdego zabitego czy zranionego Niemca lub akt sabotażu, rozstrzeliwanie na miejscu schwytanych z bronią w ręku, ale także tych, którzy udzielali schronienia żołnierzom WP, dokonywanie rekwizycji aparatów radiowych oraz broni.
We wsiach wojsko dokonywało masowych rekwizycji żywności i paszy, dając niekiedy w zamian specjalne „kwity”. Zygmunt Klukowski w „Dzienniku z lat okupacji” pod datą 18.IX.
1939r. zapisał: „Jeżeli chodzi o samych Niemców, to ci szukają po domach przede wszystkim artykułów spożywczych, konfitur, nalewek, tytoniu, ale nie gardzą i srebrem stołowym, bielizną, dywanami, kilimami itp. w aptece nawet lekarze brali co chcieli              / morfina, aspiryna / nie płacąc nic, dając tylko czasem jakieś kartki bez znaczenia”
Zdarzały się i takie sytuacje jak np. opisana przez Edwarda Herca: „Po wkroczeniu Niemców do Józefowa wpadło do księdza Michała Całki kilku młodych żołnierzy niemieckich i zażądali od niego chleba, grożąc, że w przeciwnym razie go powieszą. Księdza ubawiła ta sytuacja, ale młodzi Niemcy poinformowali, że to przecież jest front. Naturalnie kazał dać im chleba, by sobie poszli.”/ Działania wojenne…/
26.X.1939r. z centralnych i wschodnich ziem polskich, utworzona została Generalna Gubernia, która podzielona została na 4 dystrykty. Józefów znalazł się administracyjnie w dystrykcie lubelskim. Pierwszym szefem dystryktu lubelskiego został Friedrich Schmidt.
Dystrykt, zwany także gubernią, podzielony był na powiaty i gminy, utrzymując na ogół podział przedwojenny. Niemcy także bardzo szybko dokonali odtworzenia administracji
na wszystkich szczeblach administracyjnych. W Józefowie wójtem został Giełczyk
Od października 1939r. uruchomiona została także kolej, poczta i urzędy gminne. Polecono uruchomić młyny i tartaki oraz sklepy i restauracje.
Także w październiku 39r.Niemcy przystąpili do rekrutacji do pracy na terenie Rzeszy.
Wprowadzono obowiązkową rejestrację bezrobotnych i aby zachęcić ociągających się,
początkowo dostawali oni zapomogę. Podstęp ten spowodował, że w stosunkowo krótkim
czasie na terenie gminy zarejestrowano niemal wszystkie osoby.
Zarejestrowani wykorzystywani byli początkowo do prac publicznych na terenie gminy
a potem do pracy w Niemczech.
Chociaż podkreślić trzeba, że początkowo wyjazdy te były dobrowolne i chętnych nie brakowało. „Niemcy nasilali agitację nawołującą do wyjazdów na roboty do Niemiec.
Przysyłali wezwania do zgłoszenia się do biura pracy Arbeitzamtu, trafiło też na mojego brata. Na początku lutego 1941r. brat mój Józek wyjeżdża do Niemiec. Wówczas to między bratem a ojcem powstała kłótnia o jedyną parę butów, którą brat zabierał ze sobą. Pożegnanie ich w związku z tym było zimne, jedynie matka żegnała go z czułością, płaczem, zakłopotana takim obrotem sprawy. Pożegnał się z rodzeństwem i wyjechał. Do Polski nie wrócił. Zaraz po wojnie ożenił się w Niemczech z Polką i wyjechali do Australii…”/ Wspomnienia Szczepana Matei z Górnik /
Od lutego 1940r. gubernatorem lubelskim został mianowany Ernst Zorner ; podporządkowane zostały mu także siły SS i Policji, nad którymi pieczę sprawował Odilo
Globocnik.
Posterunki policji powołano w każdej większej miejscowości. Ponieważ jednak niemieckie siły były zbyt szczupłe, włączono polską przedwojenną policję, werbowano także ukraińskich nacjonalistów. Grożąc represjami zarejestrowano wszystkich przedwojennych
policjantów, ci jednak bojąc się represji ze strony partyzantów, niechętnie uczestniczyli
w akcjach wymierzonych w polską ludność i najczęściej współpracowali z partyzantką.
Ponieważ Niemcy zdawali sobie sprawę, że mają z nich mały pożytek, podporządkowano ich żandarmerii, której posterunki zlokalizowane były w każdej gminie. Z józefowskich policjantów do służby wcielony został Michał Sroka, którego przeniesiono do powiatu kraśnickiego, gdzie został ranny i zmarł.
Jego brat Antoni, służył przed wojną w żandarmerii, najpierw w Równem a później na Helu, w obronie którego walczył w 1939r. Podczas okupacji służył w AK w rejonie Starego Zamościa w komórce wywiadu „Bohuna” / Bugaja Mieczysława /.Na początku lat pięćdziesiątych więziony przez PPUB w Zamościu, następnie wyjechał w olsztyńskie, gdzie zmarł w latach siedemdziesiątych. Jest autorem książek o Zamojszczyźnie w latach okupacji i po niej, miedzy innymi; Warmiak z pod Zamościa,
Komendant Bieliński nie został wcielony do policji. Podczas okupacji pracował w józefowskim leśnictwie. Po wojnie żona jego oraz żona Radzika prowadziły w Józefowie restaurację.                                                                                                                         Nowe kierownictwo dystryktu wydało ostrzejsze przepisy; wprowadzono godzinę policyjną, wydano nakaz oddania broni i umundurowania, rowerówi aparatów radiowych.
Wprowadzono ewidencję osób w wieku poborowym, żołnierzy i oficerów WP, zgłoszenia przez Żydów całego posiadanego majątku, a także zapasów smarów i olejów oraz urządzeń do ich wytwarzania.
Do realizacji swych celów hitlerowcy postanowili przysposobić także ludność polską pochodzenia niemieckiego, nadając im status tzw. Volksdojczów lub narodowość ukraińską. W gminie aleksandrowskiej zmianę narodowości zadeklarowało pod przymusem lub też dobrowolnie kilkadziesiąt osób, przystępując do narodowości ukraińskiej. Proporcjonalnie najwięcej ludzi uczyniło to w Hamerni oraz po kilkanaście lub kilka osób w pozostałych w tym także w Józefowie.
Postawa józefowskich „Niemców” podczas okupacji była raczej pozytywna. Wrośli oni na tyle w to środowisko, że czuli się polskimi patriotami. Na przykład Edward Herc był żołnierzem września, jeńcem oflagu a po powrocie żołnierzem AK, jego młodszy brat
Krystian, żołnierzem AK, uczestnikiem akcji na posterunek policji nacjonalistów ukraińskich w Łukowej oraz bitwy pod Osuchami, zginął w 1945r. zastrzelony przez UB.
Kleine, właściciel dużej masarni, odmówił podpisania Volkslisty mimo, że był nagabywany
i straszony przez Niemców. W konsekwencji cała jego rodzina dwukrotnie przebywała w obozie na Majdanku.
Spora grupa mieszkańców uległa jednak niemieckiej presji przyjmując obywatelstwo ukraińskie lub niemieckie. O ile wytłumaczenie znaleźć można dla mających korzenie niemieckie to na szczególne potępienie zasługują Polacy podpisujący Volkslistę dla korzyści czysto koniunkturalnych. Osób takich wprawdzie nie było nazbyt sporo ale występowali niemal w każdej wiosce i stanowili istotne źródło informacji dla Niemców. Pełna lista osób które zmieniły swą narodowość w okresie okupacji sporządzona zostało w 1945r. przez komisje gminną pod przewodnictwem wójta Osucha.
Najliczniejsza józefowska rodzina Martów, która podpisała Volkslistę do dziś jest w Józefowie oceniana różnie. Na jej negatywną ocenę wpływają na pewno fakty wykonania
przez partyzantów z Łukowej wyroków śmierci, pod zarzutem kolaboracji, na dwu członkach tej rodziny prowadzących w tej miejscowości restaurację. Pisze o tym także Klukowski w „Dzienniku z lat okupacji”. Mimo negatywnej opinii o kolaboracji, zarzuty takie nie zostały im oficjalnie przedstawione, a kierownictwo rejonu AK w Józefowie , które posiadało doskonały przegląd sytuacji o postawach ludzi było tolerancyjne.
Wyroki śmierci były wykonywane nawet na Polakach /np. na wójcie Giełczyku/ .

Początkowo miejscowe garnizony żandarmerii i posterunki policji zaopatrywały się w żywność w drodze rekwizycji. Od stycznia 1941r. wprowadzono jednak obowiązkowe
kontyngenty: mięsa, zboża, ziemniaków, kasz, mleka i tłuszczów roślinnych.
Obowiązek ściągania kontyngentów nałożono na wójtów, którzy realizowali je w oparciu
o przedwojenną spółdzielczość. Magazyn zbożowy w Józefowie zlokalizowano w żydowskiej bożnicy.
Dla lepszej kontroli wprowadzono ewidencjonowanie inwentarza żywego poprzez kolczykowanie. Bez zezwolenia nie można było prowadzić uboju zwierząt, groziła za to kara więzienia a niekiedy i śmierci. Dla koni wprowadzono dowody tożsamości, zawierające dane identyfikacyjne; wiek, płeć, maść itd.
Wykonanie obowiązkowych dostaw było niezwykle trudne, dlatego Globocnik wprowadził na gminy nie wykonujące pobieranie zakładników / księży, nauczycieli itp./ Przestrzegano wójtów, że niewykonanie kontyngentów traktowane będzie przez władze niemieckie jako akt sabotażu, ze wszelkimi tego konsekwencjami / rozstrzeliwanie/.
Wszystko powodowało, że ludność, żyjąca dotąd i tak bardzo biednie, popadła w nędzę.
„Ludność odżywiała się marnie, chleb w niektórych domach był rzadkością. Żywiono się ziemniakami, brukwią, nasionami lnu i konopi. Aby kupić kilka kilogramów zboża, udawano się pieszo do powiatów bogatszych – zamojskiego, tomaszowskiego, hrubieszowskiego. Tam za pieniądze trudno było coś kupić, raczej wymieniano tam towar za towar . Wymagany kontyngent trzeba było oddać bezwzględnie – zboże, mleko, mięso. Za nie wywiązanie się stosowano różne kary: bito, więziono, wywożono do Niemiec.” / Relacja Jana Guta mieszkańca wsi Aleksandrów/. Na początku 1941r. na Lubelszczyznę zaczęło napływać coraz więcej wojsk uderzeniowych, zaczęto robić przygotowania do inwazji na ZSRR.
Tempa nabrały prace przy remontach i budowie nowych dróg, bocznic kolejowych itp.
„ Od początku 1941r. na naszym terenie zaczęły się intensywnie gromadzić wojska niemieckie. W lesie między stacją kolejową Krasnobród a wsią Borowina budowano baraki drewniane. Było ich bardzo dużo. Obok baraków wybudowano wiele studni pompowych, zrobiono alejki między barakami i drogi dojazdowe. W szybkim tempie budowano drogi od Józefowa do stacji kolejowej Długi Kąt, w kierunku Tomaszowa Lub., Zwierzyńca i innych miejscowości. Na budowę szosy brano kamień z różnych kamieniołomów. Na niektórych odcinkach budowano drogę z okrąglaków drzewnych o średnicy 15- 20 cm. Wyglądało to jak położone tratwy. Taka droga wybudowana była od Józefowa przez Pardysówkę do Hamerni, do Suśca i nie tylko. Do pracy ściągano ludność polską pieszo i furmankami.
Niemcy zaczęli budować bocznicę kolejową przy torach między stacja kolejową Długi Kąt
a stacją Krasnobród, koło Majdanu Nepryskiego od strony Borowiny. Ludzie zastanawiali się na co ta bocznica kolejowa oddalona od stacji Długi Kąt około 3 km. Nikt nie przypuszczał, że będzie służyła ona Niemcom do napaści na Związek Radziecki, swego sojusznika od 1939r
W połowie czerwca Niemcy sprowadzili na bocznicę ogromne dwa działa. Miały to być
działa francuskie. Działa były na podwoziach wagonowych, a lufy tych dział opierały się na
dodatkowej oddzielnej przyczepie wagonowej.
Niemcy zaczęli pierwszy raz strzelać z tych dział w niedzielę rano 22 czerwca 1941r. w kierunku Związku Radzieckiego. Wystrzelono 6 razy. Wystrzały z tych dział robiły ogromny huk, tak , że z domów bliżej położonych wypadały szyby z okien, ludzie musieli zatykać
sobie uszy. Po paru wystrzałach, bocznica zaczęła ulegać uszkodzeniu, dlatego też działa zostały przetoczone w kierunku stacji Długi Kąt naprzeciwko wioski Majdan Nepryski, skąd wystrzelono jeszcze kilka razy.” / Szczepan Mateja – Wspomnienia /.

Od początku powstania dystryktu lubelskiego polityka okupanta na tym terenie miała w odróżnieniu od reszty kraju swój specyficzny charakter.
Józefów położony był bowiem na terenie dóbr Ordynacji Zamojskiej, która stała się w planach kierownictwa niemieckiej Rzeszy „poletkiem doświadczalnym” tzw. Generalnego Planu Wschodniego / Generalplan Ost / opracowanego przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy / RSHA/ pod patronatem Heinricha Himmlera.                Znaczenie tych terenów znacznie wzrosło z chwilą podjęcia przygotowań militarnych do napaści na ZSRR i bezpośrednio po niej celem zapewnienia spokoju na zapleczu walczących armii oraz pozyskania siły roboczej Niemcy przystąpili do realizacji swych planów.
Realizacja ich rozpoczęła się od planowej eksterminacji ludności żydowskiej.

ZAGŁADA JÓZEFOWSKICH ŻYDÓW

W dniu 29 września 1939r., kiedy wiadomym było, że Polska została definitywnie pokonana, na naradzie w Berlinie, Hitler rzucił myśl przeznaczenia obszaru Lubelszczyzny na rezerwat dla Żydów. Myśl ta została natychmiast podchwycona i gubernator F.Schmidt wraz z Odilo Globocnikiem zaczęli ją realizować.
Na początek władze niemieckie pozbawiły Żydów jakichkolwiek praw.
Od chwili powstania dystryktu lubelskiego sprawy ludności żydowskiej podległe były szefowi policji i SS Odilo Globocnikowi, który za pośrednictwem podporządkowanych Judenratów ściągał systematycznie kontrybucje.
Realizacją planu Hitlera na terenie Rzeszy kierował Reynhard Heydrich, który w końcu stycznia 1940r. na konferencji RSHA zapowiedział przesiedlenie z terenu Niemiec do dystryktu lubelskiego około 5 mln Żydów i użycie ich do budowy „wału wschodniego”,
czyli umocnień wzdłuż granicy z ZSRR
Dla przesiedlonych Żydów zaplanowano utworzenie wzdłuż linii Bugu 4 wielkich obozów pracy z centralą w Bełżcu.
Pierwszych deportowanych z Rzeszy Żydów zaczęto w lubelskie przywozić już w 1939r. tak, że do końca grudnia, mimo silnych mrozów, w lubelskie deportowano ponad 25 tys. osób.
Od koncepcji rezerwatu wprawdzie wkrótce odstąpiono / marzec 1940r./, represje wobec nich jednak nie łagodniały, lecz zaostrzały się.
Wszyscy Żydzi w wieku od 14 do 60 lat podlegali obowiązkowi pracy, ale rejestrowano praktycznie już 12 letnich chłopców a także dziewczęta i kobiety.
Przez cały 1940r. trwała „aryzacja” żydowskich sklepów i warsztatów, które konfiskowano, licytowano lub likwidowano. Musieli oni opuścić swoje domy w centrum miasta i przenieść się na jego obrzeża. Dążono do tego aby zarejestrowanych umieścić w obozach pracy, które w tym celu zaczęto budować.
Zakazana została działalność rad żydowskich a w ich miejsce powołano kontrolowane przez Niemców Judenraty, które stały się symbolem „nowych porządków”.
Przewodniczącym józefowskiego Judenratu został Boruch Goldsztajn a wśród jego członków znalazł się między innymi przedwojenny rabin Szymon Parzęczewski.
Żydzi wykorzystywani byli przez władze niemieckie jako darmowa siła robocza między innymi do prac leśnych, porządkowych oraz przy budowie i naprawach dróg.
Sposób wykorzystania józefowskich Żydów przy tego typu pracach przedstawił Zbigniew Jakubik , który przysłany został przez powiatowe władze w Biłgoraju, właśnie do nadzoru oraz organizacji prac przy naprawach i rozbudowie dróg na terenie gminy aleksandrowskiej:
„ Mój kontakt z żydowskimi robotnikami, którzy w okresie przełomu zimowo- wiosennego
zapełnili józefowskie kamieniołomy oraz zmobilizowani zostali do darniowania podmytych skarp, miał charakter bardziej naturalny. Stosunków towarzyskich nie utrzymywałem z nimi.
Na płaszczyźnie służbowej wyraźnie dominowała natomiast wspólna troska, by skąpe źródełko sezonowej pracy biło jak najdłużej dla jak największej liczby osób. W tej sytuacji
szew łączący fikcję z rzeczywistością szyty był bardzo grubymi nićmi.
W myśl nie pisanej, milczącej umowy skrupulatnie przestrzegaliśmy dwóch zasad: rozciągania każdego zajęcia w czasie i mnożenia specjalności. Pierwsze realizowaliśmy bez trudu dzięki maksymalnemu zwolnieniu tempa, drugie osiągnąłem, organizując liczne, wąsko wyspecjalizowane grupy, podgrupy i zespoły. W kilka dni po rozpoczęciu wiosennych robót drogowych dysponowaliśmy pełnym asortymentem specjalistów.
Mieliśmy więc specjalistów od kopania piasku i od nasypywania piasku na taczki, od transportowania piasku i od wysypywania piasku, poza tym posiadaliśmy fachowców od przynoszenia kamieni oraz od rozbijania tych kamieni na szuter. Dysponowaliśmy ponadto specami od wycinania darni, od strugania kołków, od przewożenia darni, od umacniania darni na skarpach i od polewania odarniowanych skarp wodą z pobliskiej rzeki. Ważkie i skomplikowane skądinąd problemy wizualnej synchronizacji i koordynacji poszczególnych robót rozwiązałem pomyślnie w trybie administracyjnym: wszystkich obowiązywały ruchy i czynności pracochłonne” / Zb. Jakubik – Czapki na bakier /.
Trwało nadał „oczyszczanie” terenów włączonych do III Rzeszy. Właśnie z tych terenów,
z Konina , włączonego do utworzonego przez Niemców tzw.Kraju Warty w dniu18 marca 1941r. przywieziono do Józefowa liczną, bo liczącą 1100 osób grupę Żydów.
Były to osoby przeważnie starsze i bardzo biedne. Osoby bogatsze dysponujące zasobami pieniężnymi zdołały się wykupić bądź opuścić Konin wcześniej.
Tak duża liczba nowych przybyszów stanowiła duży problem dla miejscowej społeczności, nie tylko żydowskiej.
Pamiętać bowiem należy, że znaczna część miasta, w tym całe żydowskie centrum, spłonęła we wrześniu 1939r. podczas nalotów oraz pod ogniem artyleryjskim, ostrzeliwujących się wojsk.
Gnieżdżący się w ocalałych budynkach, lub klitkach musieli pomieścić także przybyszów.
Według raportu Judenratu z października 1941r. w Józefowie przebywało 2147 Żydów.
Warunki ich życia były wręcz tragiczne. Obrazuje je po części korespondencja z 1941r. do Żydowskiego Zarządu GG w Krakowie:
„ Jesteśmy w małym miasteczku, zniszczonym przez wojnę pomiędzy bardzo biednymi ludźmi, praktycznie bez żadnej pomocy. Żyjemy w bardzo złych warunkach. Wyniszcza nas głównie brak pożywienia, ubrań i obuwia, ponieważ rzeczy tych zostaliśmy pozbawieni”.
W następnym liście do tej samej instytucji M.Firszt, pracownik żydowskiej kuchni i reprezentant konińskich przybyszów pisał:
„ Nie ma możliwości zarobienia i zdobycia czegokolwiek. Większość środków do życia pochodzi ze sprzedaży ubrań i materiałów odzieżowych, lecz i te rzeczy zaczynają się kończyć.”
W miasteczku, w którym i tak panował głód, oraz trudno utrzymać było podstawowe warunki higieny wkrótce zaczęły szerzyć się choroby, a na przełomie 1941/1942r. wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Fakt ten odnotował Zygmunt Klukowski w „Dzienniku z lat okupacji”. Pisze o tym także w korespondencji do Krakowa M. Firszt: „Należymy w całości do dystryktu lubelskiego w którym ludzie chorują na tyfus. Z głodu umierają w każdym domu. Strasznie jest patrzeć na dzieci wychudzone z bladymi twarzami, chodzącymi po domach i żebrzących o chleb”.
Pogorszyło to i tak nie najlepsze stosunki z mieszkańcami narodowości polskiej.
Część mieszkańców nie kryła zadowolenia, że ten ciężki los dotknął właśnie Żydów, dla części ich los był obojętny, inni zaś czuli się tylko zażenowani.
„ Kontaktów towarzyskich ze starszyzną żydowską, nawiązanych za pośrednictwem Nosowskiego, nie chciałem podtrzymywać. Było w nich coś żenującego. Kilka razy na przykład spotykałem na ulicy żonę wiceprezesa. Zawsze kłaniałem się jej pierwszy i z
ostentacyjnym szacunkiem. Odpowiadała mi czarującym uśmiechem. Po każdym takim spotkaniu czułem jednak niesmak. Ów szacunek bowiem był w istocie równie nietaktowny
jak rozmyślne odwrócenie głowy lub przejście na drugą stronę ulicy. Niezależnie od naszej woli i chęci byliśmy dla nich w tym czasie istotami z innego wymiaru”/Zb.Jakubik Czapki
na bakier /.
Nie był to jednak szczytowy moment ich upodlenia, zbliżał się rok 1942, a wraz z nim
drastyczne zaostrzenie polityki eksterminacyjnej.
Przystąpiono do realizacji „ Operacji Reinhard” czyli do całkowitego biologicznego ich wyniszczenia.
W miasteczkach Lubelszczyzny ale także i innych częściach Polski zaczęło dochodzić do jawnych, bezkarnych polowań na ludność żydowską, często, niestety, z udziałem Polaków.                                                                                                                                W ramach operacji Reinhard rozpoczęły się pierwsze aresztowania.                                 W dniu 1.V.1942r.przybyli z Biłgoraja gestapowcy aresztowali, według posiadanej wcześniej listy, 20 mężczyzn oskarżonych o działalność komunistyczną. / Przed wojna w Józefowie prężnie działała żydowska organizacja komunistyczna /. Operacja dowodził szef gestapo Columbus.                                                                                                        Do pierwszego poważnego i krwawego incydentu doszło w dniu 11 maja 1942r.
„ …w poniedziałek 11.V. po południu 3 gestapowców urządziło straszliwy pogrom Żydów
w Józefowie Ordynackim, zabijając sto kilkadziesiąt osób. Nawet Niemiec Becker, trauheder „Alwy”, który przypadkiem znalazł się wówczas w Józefowie, opowiadał potem w biurze, że to było coś potwornego coś, czego nie da się opisać i nie mógł ochłonąć z wrażenia, pomimo, że zawsze pienił się na Żydów i mówił, że należałoby ich wszystkich wytępić.”                                                                                                                       Zbigniew Jakubik napisał: „W pierwszej dekadzie maja wyjechałem na trzy dni do Biłgoraja, by się nieco przewietrzyć. Po powrocie nie poznałem Józefowa. Miasteczko było na pół wyludnione, ulice opustoszałe, Żydzi na pół żywi z przerażenia. Kilka godzin przed moim przyjazdem Niemcy urządzili w Józefowie łapankę i uprowadzili pod eskortą wszystkich żydowskich mężczyzn. Wszystkich, którzy dali się złapać. Tego samego dnia oglądałem obok mostku, przy wjeździe do miasteczka, zakurzone zwłoki dwóch brodatych staruszków w czarnych, poplamionych chałatach i zrudziałych kapeluszach, zatłuszczonych strzępkami mózgu.” / Czapki na bakier/.

Całkowita zagłada józefowskich Żydów nastąpiła 13 lipca 1942 roku.
W dniu tym, o świcie, Józefów został otoczony przez 101 Batalion Policji niemieckiej.
Niemcy przeczesywali miasteczko i na rynek spędzali ludność żydowską, stosując przy tym brutalną przemoc: „Ludzie z trzeciej kompanii, podobnie jak wszyscy inni, otrzymali bezpośrednio od dowódcy kompanii te same instrukcje, by „ w czasie ewakuacji rozstrzeliwać na miejscu starców, chorych, niemowlęta, małe dzieci i wszystkich Żydów, którzy stawiali opór”. Niemcy zachowywali się niezwykle brutalnie, wypełniając z nawiązką rozkazy, nie bawiąc się w transportowanie wielu ludzi do punktu zbornego na rynku, lecz rozstrzeliwując ich na miejscu. Widziałem trupy chyba sześciu Żydów, których moi koledzy zastrzelili, zgodnie, tam gdzie ich znaleźli. Miedzy innymi widziałem kobietę, która leżała zabita w łóżku”.
Kiedy Niemcy skończyli swoją robotę, zwłoki Żydów poniewierały się po całym getcie. Jak
określił to jeden z policjantów : „leżały wszędzie. Przed domami, na progach, na ulicach, aż do rynku”..„ Wiem także, że rozkaz został wykonany, gdyż idąc przez dzielnicę żydowską w czasie ewakuacji, żołnierze przeczesujący tę dzielnicę zabili wszystkich pacjentów żydowskiego szpitala” / powyższe opisy pochodzą z książki D.J. Goldhagena – Gorliwi kaci Hitlera. Zwyczajni Niemcy i Holokaust. W-wa 1999r./
Robert Kuwałek dyrektor muzeum obozu w Bełżcu, autor publikacji o józefowskich Żydach, pisze: „ Nie wiadomo, jak wielu ludzi zginęło wtedy we własnych domach i na ulicach. Z pewnością były ich dziesiątki, Niestety, zdarzało się także, że znaleźli się w Józefowie Polacy, którzy wskazywali hitlerowcom ukrywających się Żydów, ale byli też i tacy, którzy Żydów ostrzegali przed niebezpieczeństwem, co umożliwiło niektórym ucieczkę przed egzekucją. Wspominali o tych przypadkach D.J. Goldhagen oraz T. Richmond.
W czasie wypędzania Żydów na rynek , w soim własnym łóżku został zastrzelony ostatni rabin Konina Jakub Lipszyc. Jego ojciec Hillel Arie Lipszyc, pół wieku wcześniej piastował
urząd rabina w Lublinie”
Była to pierwsza, przeprowadzona na taką skalę akcja 101 Batalionu i Józefów był dla nich poletkiem doświadczalnym. Przed właściwą egzekucją przeprowadzoną za miastem, obok Winiarczykowej Góry, Niemcy dokonali selekcji zgromadzonej na rynku ludności, wybierając spośród zgromadzonych około 2000 ludzi, ponad 400 osób zdolnych do pracy, których oddzielono od reszty a następnie ciężarówkami wysłano do obozu w Lublinie. Pozostałe osoby ładowano grupami na samochody i wywożono do lasu ,gdzie po obu stronach drogi prowadzącej do Aleksandrowa, w pobliżu Winiarczyka Góry, dokonywano egzekucji. Ponieważ, jak już wspomniałem, była to pierwsza tak wielka akcja egzekucyjna 101 batalionu, policjanci zostali poinstruowani przez Dr.Schoenfeldera, jak należy celować i strzelać, aby jak najszybciej zabić człowieka. Była to dla nich akcja „szkoleniowa”.
Sposób egzekucji miał również spełnić zadanie uodporniające policjantów na wszelkie ludzkie odruchy, gdyż przygotowywani byli do udziału w masowych zagładach Żydów.
Dlatego też po przyjeździe na miejsce kaźni, każdy policjant samodzielnie wybierał
ofiarę spośród osób przywiezionych z józefowskiego rynku, odprowadzał ją przez las do miejsca, gdzie wykopane były już wcześniej doły i tutaj dokonywał egzekucji. Wszystko to działo się pod nadzorem przełożonych i było obserwowane przez kolegów, którzy po zastrzeleniu swojej ofiary pozostawali nad dołem, obserwując i oceniając postępowanie kolegów. Opisał to dokładnie Goldhagen
„ Sama kaźń była przerażającym doświadczeniem. Po spacerze przez las każdy z Niemców musiał przystawić pistolet do potylicy klęczącej teraz na ziemi ofiary, która jeszcze przed chwilą szła obok niego, pociągnąć za spust i patrzeć, jak ofiarą, czasami mała dziewczynką, wstrząsają konwulsje, by za chwilę zastygnąć w bezruchu. Niemcy musieli uodpornić się na krzyki ofiar, na płacz kobiet i pisk dzieci. Stojąc obok mordowanych, często byli spryskiwani ich krwią. Jak opowiadał jeden z nich, „dodatkowy strzał uderzył w czaszkę z taką siłą, że oderwana została cała jej tylna część, a krew, kawałki kości i strzępy mózgu opryskiwały strzelających”. Sierżant Anton Bentheim utrzymuje, że nie był to epizod, ale raczej zjawisko stałe: „Ludzie z oddziałów egzekucyjnych byli stale poplamieni krwią, kawałkami kości i mózgu. Przylgnęły do ich mundurów.”
„Żydów tych przyprowadzano do lasu z polecenia sierżanta Steinmetza. My szliśmy z Żydami. Po przejściu dwustu metrów Steinmetz zarządził, by Żydzi położyli się rzędem obok siebie na ziemi. Chciałbym wspomnieć teraz, że były tam jedynie kobiety i dzieci. Dzieci miały mniej więcej po dwanaście lat… Musiałem zastrzelić starą, ponad sześćdziesięcioletnią kobietę. Pamiętam, jak powiedziała mi cos o tym, bym zrobił to szybko… Obok mnie był policjant Koch… Musiał zastrzelić małego chłopca w wieku około dwunastu lat. Powiedziano nam wyraźnie, by trzymać lufę pistoletu dwadzieścia centymetrów od głowy. Najwyraźniej Koch tak nie zrobił, gdyż zanim opuściliśmy miejsce egzekucji, inni koledzy śmiali się ze mnie, ponieważ kawałki mózgu dziecka zabrudziły mi rękaw i nadal tam były. Kiedy zapytałem, dlaczego się śmieje. Koch odparł, wskazując na mózg na moim rękawie:” to mózg mojego Żydka”. Mówił to z wyraźną duma…” /Gorliwi kaci Hitlera /.
W wyniku opisanych wyżej egzekucji i wydarzeń w mieście zginęło łącznie około 1500
Żydów, w tym dużo przywiezionych z Konina.
Zygmunt Klukowski w „ Dzienniku” pod datą 17 lipca zanotował:” Przed kilkoma dniami Niemcy urządzili straszliwy pogrom Żydów w Józefowie. Miało tam zginąć przeszło 1500
osób, głownie kobiet i dzieci. Mężczyzn wywieźli.”
W tak wstrząsający sposób rzeź józefowskich Żydów opisał Christopher R. Browning, w książce wydanej w 1988r.w USA, a następnie przetłumaczonej na kilka zachodnich języków.
W tłumaczeniu na język polski, duże fragmenty tej publikacji umieszczone zostały w książce Daniela Jonaha Goldhagena „Gorliwi kaci Hitlera”. Jest ona ciekawa z tego względu, że przedstawia, józefowską rzeź oczami katów. 101 Batalion Policji „wsławił” się bowiem, w późniejszym okresie, egzekucjami w miejscowościach: Łomazy , Międzyrzec Podlaski, Łukowie i innych miejscowościach Podlasia.
To wstrząsające dla społeczności józefowskiej wydarzenie opisał również kronikarz wojenny tego miasteczka Zbigniew Jakubik w „Czapki na bakier”;
„Dwunastego lipca wyjechał Nosowski.
Wpadł jak po ogień. Prosił, bym zaopiekował się mieszkaniem, przede wszystkim, abym odesłał do Biłgoraja tyczki oraz aparat mierniczy. Przez całą noc nie zmrużyłem oka.
Zasnąłem dopiero nad ranem. Pół godziny później usłyszałem skrzypienie furtki, ciężki tupot racic, stłumiony trzask kuchennych drzwi i podniecony, piejący głos Marta. W popłochu skoczyłem do okna i ostrożnie uchyliłem rąbek papierowej zasłony. Nie zauważyłem nic podejrzanego: na dworze całkiem widno, przed lub tuż po wschodzie słońca, powietrze lekko
zamglone, ulica pusta, cicha, obejścia wymarłe, ptaszki ćwierkają…
Zastukałem do drzwi łączących mój pokój z kuchnią gospodarzy. Mart był blady, miał wystraszoną minę:
– Niemcy zawrócili pastuchów. Stoją na polach przed torem!
– Obława ? – naciągałem spodnie.
– Nie wiadomo jak jest od strony kamieniołomów … – Odwrócił się i wyszedł na podwórze.
Następna wiadomość – całkowicie ubrany paliłem teraz chciwie papierosa za papierosem – akcja na Żydów! Później środkiem pustej ulicy przemaszerował pierwszy patrol żandarmów.
Gdy uspokojony nieco piłem mleko, przyjechały cztery ciężarowe samochody. Następnie po żydowskich mieszkaniach zaczęli chodzić józefowscy policjanci z miejscowego posterunku.
Kolejny komunikat donosił: wypędzają Żydów na rynek! Akcja rozkręcała się. Głuchy bezkształtny, arytmicznie pulsujący, wielogłosy szum dochodził teraz aż do mego pokoju.
Odjazd pierwszych samochodów, zasygnalizowany kilka minut wcześniej spiętrzeniem bełkotliwego zgiełku, nastąpił niecałe trzy godziny po rozpoczęciu operacji. Dwie ciężarówki naładowane Żydówkami / w ostatniej, trzeciej siedzieli żandarmi / przekolebały się za oknem.
Przekradłem się na podwórze. Samochody minęły mostek. Potem buczenie silników zaczęło się przemieszczać, przesunęło się szybko na południe, zastygło na wysokości aleksandrowskiego gościńca, oddalało się stopniowo, zamierało, wreszcie ucichło. Po dwudziestu minutach ciężarówki wróciły puste.
Dalsze transporty defilowały wzdłuż ukrytego szpaleru widzów, przeważnie kobiet i dzieci, skupionych za parkanami, przylepionych do futryn, wychylonych ostrożnie z półotwartych okien lub stojących przed furtkami. Obecnie każdy samochód odjeżdżał w kierunku lasu,
Chaotycznie falując woskowymi łodyżkami wyciągniętych ramion, spowity kakofonicznym
welonem płaczu, śmiechu, śpiewu oraz pożegnalnych okrzyków. W powietrzu nad jezdnią
wirowały strzępy banknotów, na chodnik padały kolczyki, tanie pierścionki i odłamki pospiesznie niszczonych obrączek.
Z głębi pokoju obserwowałem perspektywę ulicy biernie i przezornie. Nie byłem miejscowym proboszczem, nie byłem lekarzem, nie byłem józefowskim policjantem. Byłem skromnym, tuzinkowym biuralistą, który się boi prywatnie i który wie, że po bezsennie prawdopodobnie spędzonej nocy zje jednak jutro śniadanie, zje obiad, zje nawet kolację, i któremu owa bierność, owa przezorność i lęk nie odbiorą chyba apetytu i nie przysporzą wyrzutów sumienia…”
Z opisanej rzezi, życie udało się ocalić tylko nielicznym, którzy feralnego dnia 13 lipca 1942r. przebywali poza Józefowem, zdążyli wcześniej wyjść do lasu zbierać runo leśne,
zbiec do lasu lub sąsiednich wiosek albo zostali ukryci przez mieszkańców.
Jak podaje T. Bernstein w opracowaniu „ Martyrologia, opór i zagłada ludności żydowskiej w dystrykcie lubelskim” los ich dopełnił się w dniu 23 września, kiedy to w Józefowie po ponownej łapance zastrzelono 70 Żydów zaś pozostałych wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu.
Kilku młodych Żydów dołączyło do oddziału partyzanckiego Miszki Tatara, który w większości składał się ze zbiegłych jeńców rosyjskich i działał w okolicach Józefowa.
W ten sposób z pogromu ocalenie znaleźli ojciec i syn Kallimachowie, jedni z najbogatszych józefowskich Żydów. Syn Kallimacha po wojnie widziany był w Lublinie, gdzie podobno pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa.                                                        Ponad 200 letni pobyt Żydów w Józefowie zakończył się definitywnie. Okupacje przeżyła i mieszka do dziś tylko jedna mieszkanka, wówczas młoda dziewczynka.

WYKAZ

Mieszkańców Józefowa wyznania mojżeszowego zamieszkujących osadę do końca 1942r.

 

  1. Aks Herszko
  2. Aks Gitla
  3. Auslander Jankiel
  4. Auslander Herszko
  5. Baumfeld Herszko
  6. Baumfeld Smill
  7. Baufeld Jozef
  8. Baumwolf Krandla
  9. Bergier Rechta
  10. Bergman Szmul
  11. Bin Mindla
  12. Bin Symcha
  13. Blicht Icek
  14. Blikeman Bajmus
  15. Boigiem Haim
  16. Borek Jonta
  17. Bristman Moszko
  18. Bronsztajn Azral
  19. Cober Jankiel
  20. Ceber Moszko
  21. Dach Chaja
  22. Dach Jankiel
  23.  Dach Szloma
  24. Dach Szyja
  25. Dach Szymon
  26.  Dosal Chaim
  27. Dyksztajn Majlach
  28. Dyksztajn Mola
  29. Elbaum Bojla
  30. Elbaum Jankiel
  31. Edelman Jokob
  32. Ferszt Choma
  33. Ferszt Lejzer
  34. Ferszt Moszko
  35. Ferszt Szmul
  36. Faingold Jankiel
  37. Fersztman Morko
  38. Fink Josef
  39. Fiszel Hejmoch
  40. Fiszel  Szprina
  41. Fiszer Grul
  42. Fecher Czarna
  43. Foig Moszko
  44. Fuchtel Choma
  45. Fuchtel Jankiel
  46. Fuchtel Ksyl
  47. Fuchtel Pesla
  48. Fuks Froim
  49. Flomenbbaum Pinkwas
  50. Gilf Icek
  51. Gnoschaim Judka
  52. Goldberg
  53. Goldsztajn Szymtza
  54. Goldgrober Chaim
  55. Goldsztain Boruch
  56. Gortler Fiszel
  57. Gortler Abram Gortler Golda
  58. Gortler Herszko
  59. Gortler Abram
  60. Goltrer Golda
  61. Graf Albus
  62. Graf Icek
  63. Graf Lejzer
  64. Grinberg Jura
  65. Grinberg Szura
  66. Grinberg Jozef
  67. Grinberg  Lejzer
  68. Gronschain Majew
  69. Grinberg Suna
  70. Greschain Majew
  71. Gupel Szymon
  72. Gupel Modke
  73. Herberg Majer
  74. Herman Mindla
  75. Hofman Moszko
  76. Hus Icek
  77. Honigsfeld Icek
  78. Katekgise Here
  79. Kaliksztain Lejba
  80. Kaliksztain Gawid
  81. Kalichman Pinkwas
  82. Kalichman szaja
  83. Kalichman Ita
  84. Kandel Herszko
  85. Karp Fiszela
  86. Karp Rejza
  87. Karp Mechel
  88. Karp Kochman
  89. Kelner szndla
  90. Kelner Dawid
  91. Kelner Jankiel
  92. Kechner Tewel
  93. Kesel Noach
  94. Klejner Szaja
  95. Klendl Frenc
  96. Klaner Wolf
  97. Klajner Szaja
  98. Kochan Zojwel
  99. Kopf Moszko

100.Korn Moszko

101.Korn Rywa

102.Kramer Froim

103.Kramer Serla

104. Kramer Majer

105.Krimer Kopf

106.Krygzmer Mechel

107. Krygzner Jankiel

108.Kornfeld Szymon

109.Kupferberg Chawa

110.Lagierbaum Jankiel

111. Lajter Chaja

112. Lajter Abram

113.Landau Josef

114.Lagier Lejba

115.Lechter Herszko

116.Lefler

117.Lejcher Herszko

118.Lerner Lajba

119.Lerner Szulim

120.Lerner Beniamin

121.Lder Icek

122.Lerer Icek

123.Listenberg Nesza

124.Listenber Israel

125.listenberg Szulim

126.Lobert Jankiel

127.Luchtfeld Abram

128.Majzels Awdja

129.Merensztajn Nuchim

130.Mile Dawid

131.Mile Szaja

132.Mitler Berko

133.Mitler Wolf

134.Mojman Josef

135.Morcen Gitla

136.Nadler Tewel

137.Nadler Icek

138.Nadler Feoga

139.Nadler Josef

140.Nnikielsberg Icek

141.Nysel Szyja

142.Nysel Lejba

143.Orbuch Chaim

144.Parzeczewski Szymo

145.Peich Berko

146.Polc Herszko

147.Peszer Moszko

148.Pozer cała

149.Porter Josef

150.Princ Mojer

151.Prezer Berko

152.Prezer Alfer

153.Prezer Josef

154.Paner Berko

155.Rejter Jankiel

156.Rychter Szmul

157.Rytman Dawid

158.Spodek Genandla

159.Spizajzen Gidola

160.Struc

161.Sichanfeld

162.Szachter Szmul

163.Szejer Beniamin

164.Szlajcher Herszko

165.Szlajcher Josef

166.Szlajcher Choma

167.Szlajcher Judka

168.Szlajcher Fejwel

169.Szlajcher Grud

170.Szlajcher Ksyl

171.Szlajcher Grul

172.Szlajcher Ira

173.Szlajcher Loja

175.szlajcher Jankiel

176.Szlajcher Ludwig

177.szlecher Szczepan

178.Szlejer Jan

179.Szpringier Lejba

180.Szpigler Nachinan

181.Szlajer szlema

182.Sznajdermesser Fewel

183.Sznajder Szulim

184.Szor Choma

185.Sztylfus Szmul

186.Sztemer Froim

187.Szyjer

188.Szyjer szefe

189.Szwalb Mejlach

190.Szwarc Fejga

191.Szwarc Lejba

192.Szwarc Gina

193.Szwarc Loja

194.Szwarc Choma

195.Szwarc szlema

196.Szwarc Berko

197.Szwarc Finkla

198.Szwarc Icek

199.Szwarc Moszko

200.Szwarc Lipa

201.Szwarc Motyl

202.Szwaicer Fejwel

203.Tajer Szaja

204.Unterbuch Lejba

205.Unterbuch Mariam

206.Unterbuch Jankiel

207.Unterbuch Abram

208.Unterbuch Lejzer

209.Unterbuch Josef

210.Unfasong Zebman

211.Unfanung Ela

212.Wajc Szloma

213.Waks Jankiel

214.Waks Mechel

215.waks Szura

216.Wagmajster Icek

217.Wakslich Ilerech

218.Waremstain  etla

219.Waldman Szloma

220.Welc Heja

221.welczer Sana

222.Werman Szulim

223.Wertman Beniamin

224.Wermszain Moszko

225.Weremsztain Icek

226.Weremsztain Fram

227.Wejber Lejba

228.Winder Moszko

229.Zecer Srul

230.Zecer Piwna

231.Zylbersztain Abram

232.Zylbersztain Herszko

233.Zylbersztain Szulim

234.Zylbersztain Jozef

235.Zysmilach Majer

 

II.HITLEROWSKI TERROR WOBEC LUDNOŚCI POLSKIEJ

Drugim celem, obok likwidacji Żydów, jaki postawił przed sobą Odilo Globocnik
była germanizacja dystryktu lubelskiego. Rozpoczynał się tym samym etap frontalnego uderzenia na Polaków.
Cel jaki postawił przed sobą Globocnik pokrywał się z założeniami kierownictwa III Rzeszy.
Opracowany już na początku 1940r. przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy
ściśle tajny plan, zwany Generalnym Planem Wschodnim / Generalplan Ost /, zakładał zagładę Słowian i germanizację obszarów Europy Wschodniej.
Przewidywał on eksterminację lub przesiedlenie na dalekie tereny Syberii 80% Polaków oraz całkowite ich wyeksploatowanie fizyczne i germanizację reszty.
Wytyczne Himmlera z maja 1940r. nakazywały, aby dzieci w wieku 6 do 10 lat zakwalifikowane jako „rasowo wartościowe” wysyłano do Rzeszy, do specjalnych domów,
będących pod opieką organizacji zwanej Lebensborn lub Deutsche Heimschule. Tam miała się dokonywać ich stopniowa germanizacja.
Już w roku 1942, podczas realizacji masowej zagłady Żydów, zaobserwować można było wzrastający terror wobec ludności polskiej, przejawiający się wzrostem ilości aresztowań i wzmożonym wywozem na tzw. roboty do Niemiec a także wykonywanych egzekucji, często z błahych powodów.
Przygotowywano w ten sposób grunt dla realizacji akcji wysiedleńczej, która rozpoczęła się wkrótce, bo już w listopadzie 1942r. w powiecie zamojskim, by następnie przenieść się i na teren powiaty biłgorajskiego.
Do pierwszych aktów terroru na terenie gminy aleksandrowskiej doszło już w 1940 r., kiedy to 27 stycznia przybyły do Aleksandrowa oddział żandarmerii najpierw dokonał rewizji, a następnie spędził ludność wioski / około 300 osób/ w jedno miejsce i na ich oczach rozstrzelał Franciszka Kukiełkę. Oficer dowodzący żandarmerią oświadczył, ze tak stanie się z każdym, kto nie zapłaci podatków, w tym także zaległych za 1939r.
W następnych latach zanotowano szereg aresztowań i wywózek do obozów koncentracyjnych osób nieposłusznych, nie oddających kontyngentów itp.
W 1940r.w obozach koncentracyjnych zginęli: Burda Józef z Borowiny / w Zamościu/, Jasina Władysław / z Majdanu Nepryskiego /- w Majdanku, Koziara Ferdynand i Kwiatkowski Tadeusz / z Hamernii / – w Zamościu, Podolak Franciszek i Ostasz Andrzej / ze Stanisławowa
Podobny los spotkał aresztowanych i wywiezionych do obozu w 1941r. mieszkańców Majdanu Nepryskiego ; Stanisława Balickiego , Głąba Antoniego, Gontarza Jana i innych. / pełny wykaz poległych i zamordowanych z terenu gminy w załączeniu /.
Represje niemieckie nasilały się i szły w parze, niestety, wraz z rozwojem ruchu oporu na Zamojszczyźnie i osiągnęły swą kulminację w 1943r.
W roku 1942. na naszym terenie doszło do dwu publicznych egzekucji:
– w dniu 29.08.1942r. we wsi Borowiec / leżącej na terenie gm.Łukowa, ale podlegającej strukturalnie pod rejon józefowski AK /, dokonano egzekucji 11 mieszkańców, pod zarzutem współpracy z partyzantami,
– w dniu 20.12.1942r. we wsi Długi Kąt rozstrzelano 4 osobową rodzinę Bilów. Zachował się opis przebiegu tego wstrząsającego wydarzenia, oto on: „20 grudnia 1942r. załoga tartaku Długi Kąt złożona z 4 żołnierzy pod dowództwem żandarma Niemca przybyła do sołtysa tutejszej wsi i wraz z nim udała się do chaty Andrzeja Bila W domu zastali żonę i córkę, gospodarz był nieobecny. Po chwili przyszedł syn Jan. Żandarm polecił sołtysowi sprowadzić natychmiast Bila Andrzeja.
Gdy ten nie zjawił się, kazano domownikom zdjąć odzież oraz obuwie i popędzono ich na miejsce stracenia odległe o 200 metrów od chaty. Tam aresztowani weszli do dołu. Niemiec oddał serię z maszynowego pistoletu trafiając Stefanię w serce, Karolinę raniąc w ramię, Janowi odrywając kość policzkową. Gdy padli kazał ciała zakopać ziemią,
która drgała od poruszania rannych. Wówczas morderca kazał deptać po nich, a gdy to nie pomagało, oddał jeszcze przez ziemię trzy strzały, które jednak nie były skuteczne, gdyż po odejściu zbrodniarzy ziemia poruszała się. Żandarm powiedział odchodząc, że o ile Andrzej Bil nie zgłosi się, to zostanie zabity sołtys i 50 gospodarzy. Wobec powyższego Bil został ujęty i doprowadzony do tartaku jeszcze tego samego dnia i tam rozstrzelany”
/ Głowna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich – syg.1082/z k.112 /.
Według relacji innego świadka Jana Ferenca, egzekucja ta została wykonana przez żandarmów jako kara za pomoc udzielaną przez Bila Andrzeja partyzantom.
W 1942 r. na terenie naszej gminy Niemcy dokonali jeszcze jednej zbrodni.
W dniu 7 sierpnia w nocy oddziały Schupo otoczyły wieś Aleksandrów i spędziły mieszkańców w jedno miejsce na polach wsi. Podczas akcji dochodziło do brutalnych ekscesów i morderstw. Rozdzielano dzieci od matek, by następnie załadować je / dzieci/
na furmanki wraz ze starcami. Do stawiających opór matek strzelano, zabijając je na miejscu.Zabito w ten sposób 17 osób. Akcja z niewiadomych przyczyn została przerwana i do zgromadzonych przemówił niemiecki oficer oświadczając, że z łaski gubernatora
dystryktu lubelskiego, mieszkańcy pozostaną nadal w swoich domach. Ponadto przerażonych mieszkańców poinformował, że winni mu być dozgonnie wdzięczni, gdyż wioska miała zostać spalona, mężczyźni i kobiety wywiezieni na roboty do Rzeszy, a starcy i dzieci wysiedleni . Oznajmił, że w przypadku stwierdzenia przez władze niemieckie nielojalności lub pomocy grasującym „bandom”, gubernator łaski już nie okaże. Po przemówieniu ludność polska została rozpuszczona do domów. Na miejscu zgromadzenia pozostało 36 osób narodowości żydowskiej. Wszyscy zostali na miejscy rozstrzelani. / G.K.B.Z.H. syg.1088 i 1096 /
Najtragiczniejszy dla mieszkańców Józefowa i całej gminy był rok 1943 i 1944r.,
wtedy to bowiem doszło do licznych akcji pacyfikacyjnych. Przeprowadzone przez hitlerowców akcje pacyfikacyjno – wysiedleńcze miały ścisły związek z działalnością
oddziałów partyzanckich.

JÓZEFOWSKIE PRZEDWIOŚNIE 1943 ROKU

W listopadzie 1942r. rozpoczęła się akcja wysiedleńcza w powiecie zamojskim.
W obronie wysiedlanej ludności stanęły oddziały partyzanckie, w tym także z rejonu józefowskiego. Okres ten zapoczątkowany bitwami pod Zaborecznem / 1.II.43r. i Różą /2.II.43r./, w historiografii określany jest jako „Powstanie Zamojskie”.
Udział partyzantów rejonu józefowskiego w powstaniu omówiony zostanie w następnym rozdziale. Był on tak znaczący, że mjr Schwieger, dowódca I Zmotoryzowanego Batalionu Żandarmerii, skierowanego do jego tłumienia stwierdził, ze centrum powstania znajdowało się w Józefowie lub Aleksandrowie.
Na skutki takiego stwierdzenia długo nie trzeba było czekać i represje hitlerowskie skierowane zostały na gminę aleksandrowską
W dniach od 4 do 12 lutego Niemcy przeprowadzili w rejonie józefowskim wielką akcję,
pacyfikując szereg wsi i urządzając obławy na ludzi. Dokonano też pierwszych nasiedleń
ukraińskich osadników. Przebieg tych akcji wyglądał następująco:
– w dniu 4 lutego we wsi Hamernia Niemcy spalili 4 gospodarstwa chłopskie, i gajówkę tzw. Karczmiska. W ogniu spłonęła Agnieszka Bździuch, zastrzelono jej męża Wojciecha Bździucha oraz Adama Knapa, raniono 1 osobę
– w dniu 4 lutego we wsi Stanisławów, zastrzelono 9 mężczyzn, raniono 2 kobiety oraz 18 mężczyzn wywieziono do obozu w Zamościu,
– 4.lutego w Majdanie Kasztelańskim – postrzelono 2 osoby,
– 4 lutego w Pardysówce zabito 5 osób / Maria Naklicka, Anna Błaszkiewicz, Edward Szpinda, Jan Pikora i Andrzej Ostasz / zaś trzy osoby wywieziono do obozu w Zamościu
Po bitwie we wsi Lasowe koło Górecka Starego, podczas której zginęło 33 partyzantów, hitlerowcy doszczętnie spalili całą kolonię oraz zabili 6 mieszkańców,
– 7 lutego w Górecku Starym zastrzelono 4 osoby oraz 6 wywieziono do obozu w Zamościu.
Na pacyfikowanych terenach doszło do frontalnych walk z oddziałami niemieckimi.
Poza bitwami pod Zaborecznem i Różą oraz wspomnianą bitwą pod Lasowcami / 4 lutego/,
w tym samym dniu doszło do, równie krwawych, walk pod Długim Kątem i Hamernią, w wyniku których zginęło 14 partyzantów z kompanii „Kuby”/Górniki, Długi Kąt, Stanisławów/
Niemcy usiłujący na wszystkie sposoby zlikwidować ruch partyzancki, zaczęli przeczesywać także lasy, czego wcześniej nie czynili. Jednak mimo zimy i leżącego śniegu, ułatwiającego tropienie ściganych, nie udało im się tego uczynić, gdyż zgrupowanie partyzanckie „Wira” nie poszło na pełny las, a ukryło się w zagajnikach na przedmieściach Józefowa.
Niemcy, frustracje swą wyładowali w ten sposób, że w dniu 10 lutego dokonali ponownej pacyfikacji na terenie gminy, w wyniku której; w Aleksandrowie zastrzelono 5 osób a około 280 mężczyzn wywieziono do obozu w Zamościu, zaś z Hamerni wywieziono 20 mężczyzn.                                                                                                                      Koncentracja oddziałów partyzanckich rejonu józefowskiego, zarządzona przez Konrada
Bartoszewskiego w rejonie Winiarczykowej Góry a następnie ich udział w walkach Powstania spowodowały, że dotychczas tajna organizacja, zdekonspirowała się. Partyzanci idący na miejsce zarządzonej pośpiesznie koncentracji oddziałów , a szczególnie powracając po stoczonych bitwach do swoich miejscowości, jawnie obnosili się z bronią i nie kryli przynależności do zbrojnych organizacji powstańczych. Wszędzie zapanował triumfalny i podniosły nastrój. Cieszono się z odniesionego zwycięstwa. Partyzantom poległym w walce urządzano pogrzeby pełne patriotyzmu i z honorami wojskowymi.
Panujący nastrój triumfu został przez Niemców szybko przygaszony. Miejscowi szpicle,
głównie z rodzin Volksdeutschów, donieśli Niemcom nazwiska ludzi należących do konspiracji, co ułatwiło im aresztowanie przywódców organizacji.
W nocy 25 lutego, patrol niemiecki w sile 3 żandarmów i 3 policjantów aresztował Konrada Bartoszewskiego i jego zastępcę Hieronima Miąca ps. Korsarz i osadził w areszcie posterunku policji, którego siedziba mieściła się w domu Michała Puźniaka, przetrzymując ich tam do czasu przyjazdu większych sił z komendy powiatowej.
Przebieg aresztowania tak wspomina K.Bartoszewski: „Zwykle w nocy siedziałem przy książce lub robiłem notatki. Tym razem załatwiałem zaległe papierki organizacyjne. Karbidówka syczała wybuchając co pewien czas mocniejszym płomieniem, niedomknięta okiennica uderzała od czasu do czasu w ramy okna. W pokoiku było cicho i przytulnie. Za krzesłem stało rozebrane łóżko.
Była godzina około 11-ej. Za późno, iść na nocleg gdzie indziej. Rozebrałem się i położyłem do łóżka. Nie spałem dłużej jak godzinę, gdy obudziło mnie wejście matki. Weszła do pokoju z lampą naftową w ręku. Była blada, ale jak później rozpamiętywałem ten moment, to jestem przekonany, że nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.
– Policja stuka.
Głos jej drżał. – Zacząłem się szybko ubierać. Włożyłem spodnie, buty, marynarkę, chwyciłem pistolet do ręki i skoczyłem do okna. Otworzyłem je.
– Stój! Bo strzelam!
Dom był obstawiony i pod oknem stał wartownik. Stałem oświetlony w oknie nie widząc
w ciemnościach wartownika. Mogłem strzelać w kierunku głosu. Ale rodzina… matka…
– Zamknąłem okno, schowałem do skrytki pistolet i wyszedłem do przedpokoju. Matka, trzęsąc się nerwowo, wyszła za mną. Teraz już coraz bardziej zaczynała rozumieć okropność sytuacji. – Wolno podniosłem hak i t otworzyłem drzwi. Zobaczyłem mundury i broń skierowaną w uchylone drzwi.
– Hände hoch ! – Ręce do góry!
Wyszedłem na dwór. Policja granatowa i dwóch Schupowców.
Stało się! – Chaos dziwnych uczuć. Najmniej w tym wszystkim strachu. Raczej zaś żal do siebie, po prostu do siebie. Faktem jest, że mnie ten zespół nastroił dość optymistycznie.
… Za chwilę szliśmy w kierunku posterunku policji. Szedłem środkiem ulicy, policja i Schupowcy otaczali mnie półkolem. Było ich sześciu. Uporczywa myśl o ucieczce towarzyszyła mi przez cały czas marszu. Już wyznaczyłem sobie nawet punkty na trasie, w których miałbym uciekać. Szanse jednak były minimalne, zwłaszcza, że z sześciu policjantów co najmniej dwóch strzelałoby z chęcią trafienia. Niemcy szli z pistoletami w ręku. – Odległość do posterunku zmniejszała się z każdą chwilą. Na ucieczkę nie mogłem się zdecydować. Za chwilę wchodziliśmy na schodki posterunku.
W pierwszym pomieszczeniu siedział już „Korsarz” – Miąc. Został on aresztowany jeszcze przede mną i od pół godziny siedział już na posterunku.” / Wir – Jestem wolny. W „Niemcy i Zamojszczyzna”. Zamość 1946r. /
Wieść o aresztowaniu Wira i Korsarza dotarła do zamieszkałego w Brzezinach Czesława Mużacza ps.Selim, Wraga, / przyniósł ją mieszkaniec Józefowa – Młot / który natychmiast podjął decyzję o ich odbiciu.
Wspomina Selim: „ Natychmiast kazałem Młotowi budzić żołnierzy, a drużynowemu, który słuchał ze mną radia, uprzątnąć mieszkanie z radia i prasy….Nie upłynęło 10 minut, kiedy wpadli Mord, Miża, i Burza z rkm-em, dalej Krakus i Wojtuś. Dwóch ostatnich wysłałem zaraz po ręczne karabiny schowane na świerku – kilometr od wsi. Mord i Miża zaczęli czyścić maszyny. W międzyczasie przybiegli jeszcze Wąs i Boks.
Dochodziła godzina druga. Zrobiłem szybko zbiórkę na dworze i zapoznałem żołnierzy z czekającym ich zadaniem. Zorientowałem się, że mam 7 ludzi, a z broni maszynowej – dwa rkmy.”/ Selim, Wraga – „Odbicie Wira” w „Niemcy i Zamojszczyzna”
Po przybyciu do Józefowa, oddział Miąca otoczył posterunek policji w którym przebywało
7 policjantów / komendant Flisikowski / i 3 żandarmów i po krótkiej wymianie ognia, zmusił przestraszonych policjantów do wypuszczenia uwięzionych.
„ Była za pięć druga. W pewnej chwili ze dworu doleciał nas jakiś przytłumiony, nieokreślony hałas, który po chwili ucichł, niemniej jednak coś się tak musiało stać. Po krótkim czasie słyszę wyraźny szmer za ścianą szczytową domu, później kilka uderzeń tuż pod sufitem i brzęk tłuczonego szkła. Spojrzałem w tym kierunku i zorientowałem się. W tym miejscu wychodziły na zewnątrz przewodu telefoniczne. Tam za ścianą ktoś je przecina. Śmiała myśl przychodzi do głowy – czyżby. Za chwilę kilka uderzeń we drzwi frontowe. Mocny głos wzywa do otwarcia ich. Przestraszony policjant zrywa się z ławki, z sąsiedniego pokoju wpada Niemiec z pistoletem i strzela nerwowo we drzwi, pozostali policjanci gorączkowo chwytają za broń. Z zewnątrz padają strzały, policjanci strzelają z okna . Komendant posterunku każe nam przejść do trzeciej z kolei ubikacji, skąd drzwi prowadzą do prywatnego mieszkania gospodarza domu. Pytam jednego z policjantów o klucz, lecz ten odpowiada odmownie. Z dworu powtarza się wezwanie do poddania się i wypuszczenia uwięzionych. Komendant posterunku na polecenie lejtnanta krzyczy, że na posterunku nie ma żadnych aresztowanych.
Z tyłu padają strzały, Niemcowi zacina się pistolet. Znów słychać brzęk tłuczonego szkła w mieszkaniu gospodarza domu. Jeden policjantów schował się pod łóżko.
Jednak przy tym wszystkim sytuacja nieprzyjemnie się przedłuża. Wracam ponownie do poczekalni, a policja nie zatrzymuje mnie. Padają znowu strzały. Miąc idzie za mną. Podchodzę do komendanta posterunku, biorę go za rękę starając się, aby dzielił mnie od Niemca. Mówię mu, że uspokoję pozostających na zewnątrz, o ile pozwoli mi przemówić.
W tym czasie znów ktoś jest na schodach i nawołuje do otwarcia drzwi. Trzymając jedną ręką komendanta i manewrując nim tak, żeby oddzielał mnie od Niemca, który widząc moje zamiary nie wiedział jak ma na to reagować, – zbliżyłem się do drzwi i podniosłem hak. Drzwi się otworzyły. Stał w nich policjant, wyraźnie przestraszony, za nim stali już z bronią nasi chłopcy i Wraga [ Selim]. Policjant mówił coś niewyraźnie o wachmistrzu, który jest tam na ulicy, że go zabiją, jeśli nas – tu wskazał na mnie i na Miąca – nie wypuszczą. Sytuacja stała się z tragicznej komiczna. Niemiec stał blady z karabinem w ręku, ogłupiały i nie wiedział co ma właściwie robić. Komendant posterunku, blednąc i czerwieniejąc się na zmianę, zwrócił się do nas prosząc, żebyśmy opuścili posterunek” / Wir – Jestem wolny /
Podczas akcji ranny został Selim: – „Zagrzechotały moje karabiny. Z wewnątrz odezwały się pojedyncze strzały. W tym czasie, gdy ogień był skierowany do okien i drzwi, ja starałem się siekierą rozwalić główne drzwi wejściowe. Gdy uderzyłem drugi raz, uczułem szarpnięcie w prawym boku. Miałem wrażenie, że ktoś przeciągnął mi gorącym żelazem po ciele. Przemknęło mi przez myśl, że jestem ranny. Odruchowo pomacałem się po brzuchu, czy przypadkiem kiszki mi nie wyłażą. Ciemno mi się zrobiło przed oczami, chciało mi się usiąść
na ziemi, ale pomyślałem sobie, że zadanie nie wykonane i nie wolno mi upaść. – Dwaj żołnierze widząc, że wypuściłem siekierę z ręki i zachwiałem się, podbiegli chcąc mnie podtrzymać. Kazałem im odejść na swoje stanowiska.” / Selim – Odbicie Wira /.
Rannego Selima, po założeniu opatrunków przez żonę nieobecnego lekarza Lesiuka, wywieziono furmanką do Brzezin.
We wspomnieniach swoich Selim pisze, że w lesie tuż za Józefowem, oddział jego zatrzymał mężczyznę uciekającego z miasteczka, po usłyszeniu strzelniczej kanonady. Zatrzymanym okazał się inspektor zamojskiego rejonu AK mjr Jerzy Markiewicz ps.Głóg, Kalina : „ Dowiedziałem się potem, że inspektor uciekając z Józefowa, gdzie w tym czasie przebywał, natknął się na nasze ubezpieczenie pozostawione na szosie. Żołnierze ubezpieczenia nie znając go, w myśl rozkazu, zatrzymali. Inspektor niósł w ręku paczkę
z aktami inspektoratu, a wewnątrz niej „siódemkę”. Kosuń, który był dowódcą ubezpieczenia, udając „sowieta’ zabrał to wszystko, a samego inspektora trzymał na ziemi pod bronią, ponieważ ten chciał uciekać. Dopiero po pewnym czasie przypomniał sobie, że go widział na koncentracji w Karczmiskach, zwolnił, przeprosił i zapoznał z prowadzoną akcją.” / Selim – Odbicie Wira /.
Ranny Selim odznaczony został przez Kalinę krzyżem Virtuti Militari, a żołnierze Krakus
i Mord , Krzyżem Walecznych.
Zbrojne uwolnienie aresztowanych przywódców józefowskiej partyzantki, spotkało się niemal natychmiast z odwetem Niemców.
Trwała jeszcze noc w środku zimy i mimo, że wymiana ognia postawiła na nogi całe miasteczko, nie wszyscy zdecydowali się na opuszczenie swoich domostw.
Ludność cywilna Józefowa, mimo sporych doświadczeń, nie zdawała sobie do końca sprawy z prawdziwej brutalności Niemców.
Józefów opuścili partyzanci, którzy na polecenie Wira udali się do kryjówek po broń,
a następnie na miejsce zbiórki przy młynie Kraczka.
„ Wtem szosą zwierzyniecką zaczęły zbliżać się niemieckie samochody, niedostrzegalne jeszcze z naszego miejsca pobytu. W pomroce zimowego poranka wozy dojeżdżały już do Józefowa. Słyszeliśmy ponury pomruk przybywających stale maszyn. Zatrzymywały się przed mostem na Morgach. Z samochodów wyskakiwali żołnierze i drużynami obchodzili miasteczko z wyraźnym zamiarem otoczenia go kordonem. Do miasta nie miałem już powrotu. Była godzina wpół do piątej.
Chłopcy oczyścili broń i ruszyliśmy do lasu. Po drodze coraz to spotykaliśmy nowych ludzi uchodzących z Józefowa. Wszyscy cieszyli się z naszego uwolnienia. – Najmniej teraz cieszyliśmy się my. Niepewność o los rodzin niepokoiła nas coraz bardziej. Wyszliśmy na wzgórza biegnące wzdłuż Józefowa” / Wir – Jestem wolny /.
W tym czasie Niemcy otoczyli Józefów i wyznaczone patrole zaczęły przeczesywać miasteczko, spędzając mieszkańców na salę budynku Spółdzielni. Były to przeważnie kobiety z dziećmi, ludzie starsi oraz ci którym Niemcy uniemożliwili ucieczkę do lasu. Do takich pechowców należał między innymi Zbigniew Jakubik, na skutek czego zachował się plastyczny opis tamtych wydarzeń: „ Zabłocone oficerki. Wojskowe spodnie. Zielony szynel z wojskowego koca. Oficerski pas z mnóstwem sprzączek i skórzana czapka z daszkiem i futrzanymi nausznikami / dzieło starego Puźniaka /. Dwudniowy zarost, włosy na karku…
– Wsiąkłem !
Przechodzimy obok kościoła, mijamy remizę, potem urząd pocztowy i wychodzimy na rynek.
Wyloty wszystkich ulic są obsadzone uzbrojonymi posterunkami. Posterunki oraz luźne grupy szupowców wokół Domu Ludowego. Kilka jednostek formacji pomocniczych / czarno- brązowe szynele, czarne furażerki / rozlokowane po przeciwległej stronie rynku koło knajpy Marta. Ulica Piłsudskiego zatarasowana samochodami. Między Gminą a Spółdzielnią, koło pompy, grupa oficerów: żandarmi, szupowcy, SD. Kierujemy się w ich stronę. Lejtnant przeciska się do stojącego przy samej pompie niskiego, siwego hauptmana i coś mu cicho tłumaczy. Oficer potrząsa gniewnie głową, potem gwałtownym podrzutem podbródka wskazuje budynek Spółdzielni i nerwowo pochyla się nad mapą.
Dwóch żołnierzy prowadzi mnie na pierwsze piętro. Długa, wąska sala jest w tej chwili pusta. Wartownicy ustawiają mnie pod ścianą. Posłusznie unoszę ręce do góry i wodzę nosem po odrapanym tynku. Po kilku sekundach wprowadzają następnego mężczyznę. Lekko odwracam głowę. Jeden z wartowników mruczy ostrzegawczo i ostentacyjnie szczęka zamkiem karabinu. Po chwili przyprowadzają jakąś kobietę. Po niej dwóch mężczyzn. Następnie całą rodzinę. Niespostrzeżenie sala zapełnia się. Posterunki na Sali zostają wzmocnione. Po godzinie robi się ciasno. Ściany są oblepione. Żandarmi przy pomocy wartowników stłaczają w lewej części sali kobiety i dzieci, w przeciwległej części grupują mężczyzn. Obie grupy oddziela metrowa luka, w której spacerują uzbrojone posterunki. Mężczyźni na rozkaz szupowca formują trójszereg; kobiety i dzieci, których jest znacznie więcej, stoją zduszone w bezradnej gromadzie.
Stoję przy oknie rozpłaszczony, przylepiony do chropawej ściany. Początkowo jest mi przyjemnie ciepło. Po godzinie rozpinam płaszcz i zdejmuję czapkę. Przez następną godzinę kontempluję intensywny błękit nieba przez oślepłą z brudu szybę i bez przerwy ocieram czapką strumyki potu z twarzy i szyi.
Co pewien czas zmieniają się posterunki, ludzi nieustannie przybywa. Po kilku godzinach nie mam czym oddychać. Zapadam w półletarg. Z odrętwienia wyrywa mnie jakiś zagadkowy ruch przy drzwiach oraz szybko rozprzestrzeniająca się po sali atmosfera niezwykłego napięcia. Wychylam głowę: przy końcu sali, obok drzwi, stoi grupka szupowców. Jeden z nich trzyma w ręce kartkę papieru.
– Wszyscy wyczytani mają natychmiast wystąpić i zgłosić się przy wejściu. Gdy nie ma na sali wyczytanego, zgłosić się muszą natychmiast obecni na sali członkowie jego rodziny. Kto z wyczytanych albo z członków jego rodziny, którzy tu są, nie zgłosi się dobrowolnie, będzie rozstrzelany. Kto z obecnych na sali natychmiast nie wskaże władzom niemieckim każdego wyczytanego, który się nie zgłasza, lub nie wskaże natychmiast członków jego rodziny – będzie również rozstrzelany.
Pauza. Słyszę obok szybkie, urywane oddechy. / Cały niemal Józefów jest ze sobą spokrewniony /.
– Szanajca Tadeusz…
– Hajduk Stanisław…
– Sobczak Tadeusz…
Mój sąsiad z lewej / dawny rębacz z kamieniołomów, znam go z widzenia / szepce coraz bardziej podniecony: piąty… pią-ty, szósty… siódmy…
– Puźniak…
Jakieś zamieszanie w tłumie kobiet na końcu sali. Krótkie szamotanie. Nieartykułowane szepty, pojedyncze okrzyki oburzenia. Głos szupowca powoli zaczyna dominować nad wieloustnym szumem.
– Pardus Feliks… Droździel Jan… – Potem jeszcze jedno nazwisko. Ostatnie. Milczenie. Szupowcy przepychają się do drzwi. Wartownicy rozpoczynają obchód.
Teraz dopiero w pełni uświadamiam sobie niebezpieczeństwo, jakie mi grozi. Jeżeli mają szczegółową listę, to przecież nie żandarmi ja sporządzili. Większość wyczytanych, których znam, widziałem w lesie…
Po dwudziestu minutach znów ruch przy drzwiach, znów szupowcy i gestapowiec z kartka papieru. I znowu znane wszystkim nazwiska, przegradzane jak poprzednio, długimi pauzami upartego milczenia. Niemiecki pomysł jest w zasadzie prosty: odwrócenie kolejności wywoływanych osób oraz powiększenie listy o kilka nowych nazwisk.
Wciskam się głębiej za plecy sąsiada i łowię gorączkowo monotonny głos gestapowca. Gdy Niemcy opuszczają salę, jest chyba dwunasta. Przez nieuszczelnione okna przesącza się nieco świeżego powietrza z zewnątrz. Zbyt mało, by rozproszyć straszliwy zaduch, który zbija z nóg i odbiera resztę przytomności. Każda minuta rozciąga się jak guma. Nowa wizyta Niemców jeszcze raz galwanizuje salę. Jak poprzednio oczy obecnych śledzą uważnie każdy ruch szupowców, przewiercają zmięty arkusz papieru, przylepiają się do warg czytającego.
Pozornie lista zdekonspirowanych rośnie w zastraszającym tempie.
…. Na klatce schodowej, na dolnym podeście, w przedsionku, przy głównych drzwiach uzbrojone posterunki. Na rynku, zalanym jaskrawym blaskiem lipcowego niemal słońca, pojedyncze drużyny formacji pomocniczej rozlokowane wzdłuż jego obwodu: przy pompie
– sztab grupy operacyjnej, u wylotu każdej ulicy – kilkuosobowe posterunki. Na balustradzie okalającej murowany budynek urzędu gminnego, skuleni w swych grubych granatowych szynelach, policjanci z miejscowego posterunku. Mają zesztywniałe, pożółkłe twarze i spłoszone spojrzenia.
Po lewej stronie głównego wejścia, obok drzwi, na kamiennym słupku i dwu tłumoczkach
– trzy skurczone, nieruchome postacie, złączone ciasno dłońmi: dziewczyna i dwoje staruszków. Dopiero po dłuższej chwili poznaję rodzinę młodego Bartoszewskiego – moich pierwszych, po sprowadzeniu się do starego Puźniaka i jedynych – jak dotychczas – znajomych z ulicy Biłgorajskiej, byłych lokatorów mego obecnego gospodarza, z którymi zapoznał mnie kilka dni po zajęciu przeze mnie facjatki, i do których zachodziłem od czasu do czasu, głównie by poplądrować w małej lecz zasobnej biblioteczce starego pana domu.”
/ Zbigniew Jakubik – Czapki na bakier. /
Na sali wśród zatrzymanych znajdowała się także Wanda Puźniak, wyciągnięta nocą z domu, wraz z dwójka dzieci: 1,5 roczną Wiesią i 4 letnim Marianem, która tamte wydarzenia tak wspomina: „…Na sali robił się coraz większy zaduch. Było tak tłoczno, że nie było czym oddychać. Dzieci płakały coraz głośniej bo były głodne i chciało im się pić, a nie można było im dać ani jednego ani drugiego. Zapamiętałam, że najgłośniej płakał Jasiek Maśko, który stał z babką i matką. Ja już ledwie trzymałam się na nogach bo na rękach trzymałam Wiesię, która miała 1,5 roku. Maniek stał grzecznie chociaż był bardzo przestraszony i mocno trzymał się mnie za spódnicę.
Po pewnym czasie na salę wszedł jakiś oficer, w ręku trzymał papiery i zaczął mówić, że będzie czytał nazwiska „bandytów”, którzy mają wystąpić na środek sali, a jak ich nie ma , to mają za nich zgłosić się ich rodziny.
Wystraszyłam się porządnie; w domu naszym mieszkali sami „bandyci”: mój Jasiek, Władek, Józef i jeszcze Klawisz.
Niemiec z listy czytał kolejno nazwiska i rodziny wyczytanych zabierali do małej salki znajdującej się tuż obok dużej.
Nogi ugięły mi się kiedy wyczytał nazwisko – Jan Puźniak, ale nie odzywałam się. W naszej grupie kobiet i starych chłopów stał wraz żoną Jan Puźniak, nazywany „Janem z Bródką” od „koziej” siwej bródki którą nosił i on wyszedł na środek sali. Niemiec jak go zobaczył zaczął coś krzyczeć po niemiecku i Jan, który znał języki, cofnął się do grupy. Niemiec czyta jeszcze raz Jan Puźniak a Jan z Bródką znowu wychodzi na środek sali. Niemiec znowu w krzyk, pięścią przyłożył Janowi w głowę i kazał mu siadać w kącie sali.
Rada nierad wyszłam z Mańkiem i Wieśką na rękach na środek a wójt Giełczyk powiedział, że jestem żoną Jana Puźniaka i zaprowadzili mnie do małej sali.
Tutaj panował jeden lament. Ludzie płakali i żegnali się, bo ogłoszone było, że pójdziemy wszyscy na rozstrzał w zamian za chłopów. Dzieci widząc, że starzy płaczą, płakały jeszcze głośniej. Trzymali nas tak pewnie jeszcze z godzinę, w końcu przyszedł jakiś oficer i kazał wyjść Bartoszewskim. Trzęsących się staruszków wyprowadziła z salki córka, której trzymali się kurczowo po obu stronach.
Za jakiś czas wyprowadzono na dwór także i nas. Byliśmy pewni najgorszego”./ Relacja Wandy Puźniak /.
Z budynku Spółdzielni zaczęto kolejno wyprowadzać zatrzymanych. Najpierw wyprowadzono mężczyzn, których załadowano na podstawione samochody i pozostawiono pod strażą. / Łącznie wywieziono jako zakładników do obozu w Zamościu 50 mężczyzn/. Następnie wyprowadzono ludzi przetrzymywanych na dużej sali, których ustawiono po wschodniej stronie rynku, gdzie już stały tłumy spędzonych z całego miasteczka mieszkańców. Wysegregowanych i zatrzymanych na małej sali wyprowadzono na końcu i ustawiono przed zgromadzonymi w odległości kilku kroków.
„ Kapitan Schupo podchodzi do rodziców i siostry Wira i ustawia ich na gruzach budek po-żydowskich. Równo pod rząd. Dreszcz wstrząsa mnie całego. – Teraz rozumiem !
Szybkim krokiem występuje pluton egzekucyjny Ukraińców i rozwija się w długą linię naprzeciw skazańców. Dzieli ich odległość może 10 metrów. Krzyk i płacz w tłumie kobiet i dzieci przeradza się w powszechny lament i ogólny szloch. Matki zakrywają dzieciom głowy i same odwracają oczy od tego strasznego widoku. Rosłe draby w zielonkawych mundurach płazują tłum kijami i każą patrzeć. – „Nasz” żandarm wsadza kij pod pachę, wyjmuje bułkę z szynką i smakowicie zajada.
Kapitan podnosi rękę do góry.
– Ruhig ! Ruhig ! – ryczą schupowcy.
W ciszę padają słowa tłumaczone prze jednego z żandarmów: …” skazani dla przykład… Za chwilę zostaną rozstrzelani za bunt, za gwałt na osobach niemieckiej policji… Jeżeli w
dalszym ciągu powtórzy się coś podobnego, nie będzie litości… Każdego bandytę spotka podobny los…”
Stary ojciec Wira drżącymi rękami obejmuje żonę i osiemnastoletnią córkę w ostatnim pożegnalnym uścisku. Całują się. Jeszcze znak krzyża na piersiach i prostują się patrząc prosto, nieugięcie w żołnierzy stojących naprzeciw.
Kapitan ironicznym ruchem podnosi rękę do czapki, po czym pada komenda.
Sprawnym , automatycznym ruchem podnoszą się karabiny do twarzy. W niebo bije lament i piski dzieci i kobiet. – Beztrosko uśmiechnięty żandarm żre bułkę z różową szynką…
– Feuer !
Cichy trzask salwy. Trzy biedne, zmęczone życiem ciała prężą się gwałtownie, drgają przez sekundę i podrzucone jakąś straszną siłą do góry, w martwym półobrocie upadają ciężko na ziemię. Podchodzi kapitan z wyciągniętym pistoletem, nachyla się mad leżącymi ofiarami i kilka razy strzela im w głowę.” / Zbigniew Jakubik – Pierwsza egzekucja w Józefowie. W „Terror niemiecki na Zamojszczyźnie”. /
Ze wzgórz otaczających miasteczko, przebieg wydarzeń jakie się w nim rozgrywały, obserwował Wir wraz podległymi mu partyzantami: „… Ranek był mglisty, ale powoli mgła zaczęła opadać i leżąc na szczycie wzgórza widzieliśmy Józefów otoczony kordonem Niemców, a w samym miasteczku ożywiony ruch. Niemcy wypędzali ludność z mieszkań i
prowadzili w kierunku rynku. Trudno było określić charakter tych ruchów i nie wiedzieliśmy, co właściwie dzieje się w mieście. Ludzie chodzili grupami i gromadzili się na rynku. Mijały długie kwadranse, od czasu do czasu padał strzał. Przed nami na dole rozgrywała się jakaś tragiczna pantonima.
Nagle kilka serii z automatu… Któż przypuszczał, że to właśnie wtedy…
Upłynęło jeszcze trochę czasu i znów można było zauważyć jakiś ożywiony ruch w miasteczku. Lecz tym razem ludzie rozchodzili się do domów. Niemcy zaczęli ściągać kordon. Wyjeżdżały z Józefowa samochody i z ludnością cywilną. A równocześnie wąskimi
Uliczkami prowadzącymi w pola i dalej na okoliczne wzgórza i lasy wymykali się przerażeni ludzie.
Biegnie z miasteczka ścieżką w górę w naszym kierunku jakaś młoda kobieta. Śpieszą ku niej. Jest wystraszona , łzy spływają po policzkach. Poznała mnie. W kilku słowach opowiedziała wszystko…
Stało się… To co przez kilka godzin uporczywie cisnęło mi się do mózgu okropnym przypuszczeniem – stało się.
Rodzice i siostra nie żyli…” / Wir – Jestem wolny. W „ Niemcy i Zamojszczyzna”/
Pech nie opuszczał Bartoszewskiego bowiem 9 marca pod wioską Budzyń koło Niska został ciężko ranny i do Józefowa powrócił dopiero pod koniec 1943 roku.

Po zakończeniu opisanych akcji pacyfikacyjnych mjr Schwieger sporządził dla kierownictwa dystryktu raport zawierający bardzo trafne spostrzeżenia na temat organizacji ruchu oporu, uzbrojenia, sposobów łączności i postawy mieszkańców. / w załączeniu /                                                                                                                           Represje niemieckie spotkały się z odwetem ze strony oddziałów partyzanckich. Skierowany on został głównie na posterunki niemieckie pilnujące osadników niemieckich i ukraińskich / ranny został w takiej akcji Wir/ oraz na linię kolejową na lesistym odcinku Zwierzyniec – Susiec.
Wykolejenie pociągu wojskowego dokonane w dniu 27.III.43r. przez partyzantów pod stacją Krasnobród, stało się dla Niemców kolejnym pretekstem do przeprowadzenia następnej akcji pacyfikacyjnej na terenie józefowskiej gminy.
Bezpośrednio po tej akcji żandarmi niemieccy przyprowadzili do wiosek przylegających do tej linii kolejowej liczne oddziały złożone głównie z „własowców” i Ukraińców i rozpoczęli
karną akcje pacyfikacyjną na bezbronnej ludności, nie mającej z wykolejeniem pociągu nic wspólnego.
W depeszy do Naczelnego Wodza w Londynie, z kwietnia 1943r. tak pisano o tej pacyfikacji: „ …Potwornego aktu zbiorowej odpowiedzialności dokonano w pierwszym tygodniu bm. Na terenie pow. Biłgorajskiego i zamojskiego. W odwet za wykolejony w dn.
28.III br. Pociąg wojskowy na linii Zwierzyniec – Krasnobród spalono całkowicie 10 okolicznych wsi: Pardysówka, Różaniec, Majdan Kasztelański, Dzików Nowy, Wytłoczka, Bagno, Brzeziny, Tutka, Obrocz i Tereszpol. Ponad 300 osób rozstrzelano na miejscu, ponad 4000 wywieziono częściowo na roboty do Rzeszy / zdolnych do pracy /, resztę do obozów śmierci w Bełżcu i Sobiborze. Likwidacje przeprowadziły oddziały żandarmerii niemieckiej i specjalne oddziały „Turkmenów” / b. jeńców sowieckich / (…)’’ / Zamojszczyzna – Sonderlaboratorium SS. Zbiór dokumentów pod red. Czesława Madajczyka/.
Ta karna ekspedycja wykonana według zaleceń raportu mjra Schweigera, rozpoczęła się 28 marca 1943r. od potwornej zbrodni dokonanej w Pardysówce Dużej – wioski przylegającej do Józefowa.
Wioska została doszczętnie spalona / nie ocalał ani jeden budynek/.
32 osoby zostały zamordowane na miejscu a wszystkich mężczyzn wywieziono do obozu w Zwierzyńcu. Podczas pacyfikacji, własowcy i Ukraińcy dopuszczali się okrucieństw na bezbronnych dzieciach i kobietach. Kolbami karabinów zabito troje małych dzieci rodziny Kozyrów, kilka kobiet zgwałcono a następnie utopiono w wapnie. Magdalenę Kusiak spalono żywcem. W dole z wapnem utopiono także kilku mężczyzn. Podczas pożaru w schronach pod mieszkaniami spaliło się 7 osób a 9 uległo zaczadzeniu. / Szczegółowe informacje w Biuletynie G.K.B.Z.H nr.1082 oraz opracowaniu Klukowskiego – Zbrodnie Niemieckie w Zamojszczyźnie a także artykule Edwarda Herca w Kultura i Życienr.46 z 1966r., który umieszczam w załączeniu./
W dniu 30 marca 1943r.podobną akcję Niemcy zorganizowali w Majdanie Kasztelańskim, gdzie zastrzelono 4 osoby, spalono 32 gospodarstwa a do obozu w Zwierzyńcu wywieziono 64 mężczyzn.
Tego samego dnia we wsi Brzeziny spalono 6 gospodarstw i wywieziono do obozu wszystkich mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat. / Biuletyn nr 1082 i 1096/.

Niemcy nie rezygnowali z prowadzenia rozpoznania i polowania na przywódców ruchu oporu. W dniu 11 marca aresztowany został Piotr Wasilik ps.Kuba / d-ca wiosek Majdan, Górniki, Stanisławów i okolicznych /. W okrutny sposób torturowany, zamordowany został w dniu 18 maja1944r.na Zamku w Lublinie. O męczarniach jakie przeszedł przed śmiercią pisze Wacław Skuratowicz, lekarz i więzień obozu w Zamościu: „ Piotr Wasilik z Majdanu Nepryskiego należał do typowych żołnierzy. Mężczyzna herkulesowej budowy i siły, o kościstej męskiej twarzy, wytrzymał badania jedynie dzięki stalowym nerwom i jakimże
mięśniom. Przeszedł wszystkie rodzaje tortur i wreszcie zwalisty i gruby gestapowiec Wróbel próbował na nim metody własnego pomysłu skacząc ze stołu w podkutych butach na piersi leżącego i półprzytomnego na badaniach Wasilika. Pośladki wygniły mu prawie do kości i mimo starannie zmienianych opatrunków goiły się kilka miesięcy. Prowokowany przeze mnie
Opowiadał po żołniersku, zwięźle i treściwie, o potyczkach z Niemcami w lasach józefowskich. O sobie mówił zawsze z zażenowaniem, lecz od innych słyszałem o jego odwadze i wyczynach bojowych. W życiu codziennym uczynny, prawy, koleżeński i stale optymistycznie patrzący w przyszłość, należał do niezapomnianych i obok Józefa Rzeszutki najbliższych towarzyszy. W okresie masowych wysiedleń będąc barakowym dbał jak ojciec o
wysiedlonych i z najbiedniejszymi dzielił się własnymi zapasami żywności. Ostatni raz widziałem go na Majdanku. Gdy wyczytano moje nazwisko do zwolnienia, on nie zważając
na surowe przepisy obozowe wybiegł z szeregu i ze łzami w oczach wycałował mnie i uściskał jak brata. Z Majdanku przewieziono go później na ponowne badania na Zamek i tam rozstrzelano za udział w dywersji z bronią w ręku.” / Wacław Skuratowicz – Barak nr 13 – w „Niemcy i Zamojszczyzna 1939 – 1944.” Zamość 1946 /
Miesiące kwiecień i maj w rejonie józefowskim przebiegły w miarę spokojnie. Niemcy mobilizowali siły i opracowywali nowe strategie zdławienia ruchu oporu. Decyzję ich przyśpieszyły wydarzenia, jakie rozegrały się w Józefowie w dniu 1 czerwca 1943r. / Opisane w części Rzeczpospolita Józefowska /. Niemiecka odpowiedź była niezwykle krwawa i okrutna. Przeszła ona do historii polski pod nazwą akcji Wehrwolf lub Grossaktion.

WEHRWOLF / Wilkołak /

Za datę jej rozpoczęcia przyjmuje się dzień 17 czerwca 1943r., kiedy to samoloty niemieckie zbombardowały Józefów.
Rozpoczęcie akcji poprzedziło szereg istotnych przygotowań organizacyjnych i personalnych.
Na polecenie Himmlera powołano specjalny sztab przeciwpartyzancki, na czele którego postawiono osławionego okrucieństwem generała von dem Bach-Zelewskiego. W połowie czerwca na Zamojszczyznę przerzucono specjalne siły odwodowe, w tym dwa zgrupowania wyłonione ze 154 i 174 rezerwowej dywizji piechoty, siły lotnicze, zmotoryzowane bataliony policji i SS , oddziały Schupo, a także oddziały tzw. Ostlegionów i ukraińską dywizje SS –Galicja. Łącznie Niemcy do trwającej miesiąc czasu akcji zaangażowali ponad 30 tys. żołnierzy i policjantów.
Poza zniszczeniem ugrupowań partyzanckich podjęta akcja pacyfikacyjna miała za zadanie kontynuację kolonizacji i prowadzenia nasiedleń, oczekujących w Łodzi kilku tysięcy rodzin Volksdeutschów.
„ Kierując się tymi koncepcjami Himmler, Krüger i Globocnik zaplanowali całkowitą „ewakuację” ludności polskiej w liczbie „ co najmniej”30 tys osób…a na ich miejsce osiedlenie Volksdeutschów i Ukraińców. Przy tym powrócili oni ponownie do koncepcji otoczenia obszaru zasiedlonego przez Niemców ubezpieczającym pasem wsi ukraińskich / „Ukraineraktion”/.”- / Zygmunt Mańkowski- Między Wisłą a Bugiem 1939 – 1944/.
Dla kierownictwa niemieckiego akcja Wherwolf miała prestiżowe znaczenie, świadczy o tym termin jej rozpoczęcia zbiegający się z terminem rozpoczynania się żniw. Przy kolosalnych brakach żywnościowych , było to świadectwo dużej determinacji, tym bardziej, że na front
wschodni nie wysłano, mimo toczonych tam krwawych walk, zaangażowanych tutaj tak znacznych sił wojskowych.
Główne uderzenie niemieckie rozpoczęło się w nocy na 24 czerwca od pacyfikacji gminy aleksandrowskiej. Niezwykle realistyczny obraz tej pacyfikacji zawierają wspomnienia „Stara”:
„ W nocy z 23 na 24 czerwca cała gmina Aleksandrów jest otoczona, patrole rozstawione są na wszystkich przejściach. Od wczesnego ranka 24 VI słyszę warkot samochodów na drodze Zwierzyniec – Józefów. To dalsze posiłki. Idą wojska zmotoryzowane. Na pozycje środkowe ciągną czołgi dla likwidowania „nieprzyjaciela” w kotle. Ubezpieczone przednimi i bocznymi patrolami, przeszukującymi najbliższe zarośla, wkraczające do wiosek. Krążą samoloty wywiadowcze. Czuwają nad sytuacją, obserwują ruchy wyludniających się w pobliskie lasy wiosek. Wróg kolejno zajmuje prawie puste wsie.
Ludność uprzedzona kryje się w lasach, wąwozach i specjalnych schronach przygotowywanych do tego celu. Część ludności, nie wierząc jeszcze w brutalność i
bezwzględność Niemców, pozostaje na miejscu, mianowicie starcy, matki z małymi dziećmi i po kilkunastu mężczyzn w sile wieku.
Rozpoczyna się szczegółowe poszukiwanie „bandytów”. Przede wszystkim ludność , jaką zastano po wsiach, spędzono do kościołów, względnie na plac, otaczając ich silną wartą i przystąpiono do rewizji domów, aby – jak mówiono – sprawdzić, czy nie ukrywają się gdzieś bandyci. Cokolwiek znaleziono w zabudowaniach mniej lub bardziej wartościowego, znikało bezpowrotnie. W ogóle wszystko stawało się pastwą rozwścieczonej tłuszczy niemieckiej. Po przeprowadzonej rewizji każde gospodarstwo przedstawiało obraz całkowitej ruiny. Inwentarz żywy, puszczony luzem, tratował pola z wyjątkowo pięknymi w tym roku zasiewami. Żołdactwo na koniach, motocyklach i pieszo, szukając ludzi po polach, dopełniało zniszczenia.
Od czasu do czasu słychać było wybuchy pocisków armatnich. To działa ustawione w okolicy Biłgoraja wspomagają idącą naprzód „dzielną armię zbrodniarzy”. Ustawiczna strzelanina z karabinów maszynowych, warkot motorów, ryk bydła, krzyki i nawoływania żołnierzy, płacz dzieci i kobiet pędzonych na miejsce zbiórki, stwarzały obraz trudny do opisania. – To nie jest XX wiek kultury. To czasy krzyżackich napadów na bezbronnych mieszkańców wsi, porywanie niewiast i dzieci. To rzeź ludzi, którzy ośmielają się myśleć i mówić po polsku”. / Star – Wysiedlenie i pacyfikacja gminy Aleksandrów w 1943r. w Terror niemiecki w Zamojszczyźnie.1946r./
W czasie miesięcznej akcji hitlerowcy wywieźli z terenu gminy ponad 3000 ludzi, którzy osadzeni zostali w obozach przejściowych w Zwierzyńcu i Zamościu a potem przetransportowani do obozu zagłady na Majdanku.
Obozy w Zamościu i Zwierzyńcu były zapełnione do absolutnych granic. Zgromadzono w nich łącznie ponad 36000 ludzi. Warunki w nich panujące były wręcz przerażające. Panował taki ścisk, że trudno było znaleźć miejsce do spania, nawet na gołej ziemi. W tym przerażającym ścisku, ludzie prażyli się na słońcu, bez wody i pożywienia. Nie sposób było zachować jakichkolwiek warunków sanitarnych i higienicznych. Już z daleka czuć było fetor a wszy wędrowały swobodnie z człowieka na człowieka.
Obóz przejściowy w Zamościu w dniu 5 lipca 1943r. osiągnął swój szczytowy stan12000 osób i pełny był aż do końca miesiąca./ Z.Klukowski – Niemcy i Zamojszczyzna.- UWZ Lager /
Według Czesława Madajczyka podczas pacyfikacyjnej akcji Wherwolf wysiedlono na Zamojszczyźnie 171 wsi, z tego aż 89 z powiatu biłgorajskiego.
Podczas akcji ujęto 36000 ludzi, których po umieszczeniu w obozach przejściowych, poddano następującej klasyfikacji:
– przeznaczono do zniemczenia – 264 osoby,
– do pracy w Niemczech i obozów koncentracyjnych – 26000,
– do pracy w GG – 3000,
– do Rzeszy deportowano 4500 dzieci, które skierowano do ośrodków Lebensbornu celem
zniemczenia.
Najcięższy los dotknął ludzi skierowanych do obozu w Majdanku. W lipcu 1943r., według danych wywiadu AK stan więźniów osiągnął swoje maksimum wynoszące 21000 ludzi, stłoczonych podobnie jak w obozach w Zamościu i Zwierzyńcu w barakach i na „gołym polu”.
Ponieważ w swej przeważającej mierze więźniami były osoby starsze, kobiety i dzieci, słońce, brak żywności oraz trudności z dostępem do wody, powodowały masowe zgony z
wycieńczenia oraz chorób zakaźnych w tym tyfusu i czerwonki oraz awitaminozy. Według niektórych danych , dziennie umierało 12 dzieci./ Zeszyty Majdanka t.V.s.148 /
W obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu gestapo poddawało zatrzymanych
wymyślnym i okrutnym przesłuchaniom w celu zdobycia informacji o członkach ruchu oporu. Okrutnym gestapowskim torturom poddany został w Zwierzyńcu np. mieszkaniec Józefowa – Józef Klawisz, któremu , aby skłonić go do mówienia, zmiażdżono genitalia,
zaś Wacławowi Żmudzie, w trakcie przesłuchania w obozie w Zamościu złamano rękę a następnie zamordowano w obozie na Majdanku.
W obozie w Zwierzyńcu zakatowano także innych członków ruchu oporu, poddanych uprzednio okrutnym przesłuchaniom: Krzaczka Czesława i Ludwika Droździela
W równie okrutny sposób zginął inny mieszkaniec Józefowa , Andrzej Zaśko . Schwytanego w lesie / 3.VII.1943r./ , Niemcy najpierw ciągnęli na lince za samochodem, a potem przywiązali do drzewa, oblali benzyną i podpalili. Rzecz działa się w pobliżu józefowskich kamieniołomów, obok gospodarstwa Momotów na tzw. Posznurkach.
24 czerwca 1943r., przy pomocy dużych sił policyjnych i wojskowych, dokonano pacyfikacji wsi Górecko Stare. Po zgromadzeniu mieszkańców dokonano na ich oczach egzekucji Franciszka Torbiaka oraz Katarzyny Korona z trojgiem dzieci. Budynki, do których wrzucono zwłoki zamordowanych, spalono.
Tego samego dnia Niemcy otoczyli Aleksandrów. Mieszkańców wioski załadowano do podstawionych samochodów i wywieziono do obozów w Zwierzyńcu i Zamościu.
5 lipca 1943r. akcję w wiosce przeprowadzono ponownie. Tym razem z dymem puszczono ponad 100 gospodarstw. W trakcie pacyfikacji urządzono prawdziwe polowanie na ukrywających się mieszkańców, zabijając 25 osób. Pozostałych schwytanych wywieziono do obozu w Zwierzyńcu.
Wioska Aleksandrów w czasie okupacji doznała szczególnych okrucieństw. W samym tylko 1943 roku hitlerowcy dokonali w niej 5 pacyfikacji , w wyniku których śmierć poniosło
290 osób, 43 zostały ranne, aresztowano i osadzono w obozach zagłady 822 osoby, z tego na roboty do Rzeszy wywieziono 434. Ponadto wioska była kilkakrotnie palona. Ocenia się, że spalono 113 gospodarstw, z tego ponad 100 w strasznym dniu 5 lipca 1943 roku.
Opuszczone wioski zajmowali sprowadzeni przez Niemców osadnicy, głównie Ukraińcy.
„Przywieziono 320 rodzin. Zasiedleni Ukraińcy umieszczeni zostali we wsiach Stanisławów, Długi Kąt, Hamernia, Aleksandrów i w osadzie Józefów. Największą ilość, bo 200 rodzin, przydzielono do Aleksandrowa i tam przez kilka tygodni geometrzy wprowadzali je na poszczególne skomasowane gospodarstwa. – Zasiedlonymi przeznaczonymi do innych miejscowości mniej się interesowano, toteż po bezskutecznym oczekiwaniu na przydział gospodarstwa po kilku dniach rozjechali się w swoje strony zabierając część inwentarza i zboże. Tak było np. w Długim Kącie.
Ukraińcy zasiedleni w Aleksandrowie otoczeni byli specjalną opieką. Osadzono tu silną załogę policji niemieckiej i ukraińskiej. Policja ta w dalszym ciągu patrolując tereny wyłapywała ludzi, którzy nie zdążyli przenieść się do sąsiednich wsi, dotychczas jeszcze nie wysiedlonych, a równocześnie wraz z zasiedlonymi czyniła dalsze spustoszenie w gospodarstwach, brała udział w masowym uboju bydła, wywożeniu zboża i reszty inwentarza.” / Star – Wysiedlenie i pacyfikacja gminy Aleksandrów /.
2 lipca 1943 roku stał się także sądnym dniem dla mieszkańców Józefowa. W dniu tym wyłapano i wywieziono do obozu w Zwierzyńcu wszystkich schwytanych mężczyzn / 60 /, którzy nie zdołali ukryć się w schronach lub w lesie. Zostali oni poddani brutalnym przesłuchaniom /o czym wyżej/, a następnie wywiezieni do obozów koncentracyjnych na Majdanku i Oświęcimiu.
Do obozu w Zwierzyńcu ponownie trafiły schwytane kobiety i dzieci, które po kilkudniowym pobycie i dokonanej selekcji, wywożone były także do obozów koncentracyjnych lub na roboty do Niemiec a także do osadników niemieckich.
„Podejrzanych wywożono przeważnie do Zwierzyńca. Tu podczas badania wielu ludzi poniosło śmierć wskutek pobicia za to, że „ nic nie wiedzieli o różnych bandach leśnych”, czy też o osobach biorących udział w pracy niepodległościowej. – Zakwalifikowanych do wysiedlenia, względnie na roboty, kierowano do Zamościa lub do Lublina, skąd po kilkotygodniowym znęcaniu się wywożono do puławskiego i lubelskiego.” / Star – Wysiedlenie i pacyfikacja gminy Aleksandrów.
Właśnie w taki sposób do pracy w gospodarstwie rolnym niemieckiego nasiedleńca w rejonie Kurowa trafiły 3 mieszkanki Józefowa : Hołys Katarzyna, Laszczak Maria i Wanda Puźniak.
W gospodarstwie tym pracowały do jesieni 1943 roku ; miały z sobą małe dzieci.
Pomimo wywiezienia z terenu gminy blisko połowy mieszkańców, Niemcy kontynuowali akcję, poszukując ukrywających się ludzi w schronach, ziemiankach oraz lasach. Kierujący akcją obstawiali wojskiem ciągle nowe obszary leśne i przeczesywali je.
„ Przez trzy dni i trzy noce ludność przedzierała się poprzez patrole i linie niemieckie usiłując w ten sposób ratować swe życie i często pod gradem kul z ręcznej broni maszynowej i z granatników kierowała się na tereny już spacyfikowane. Niekiedy w nocy ostrożnie skradające się grupki ludzi natykały się na gniazda karabinów maszynowych. Oświetlano wówczas las rakietami świetlnymi i z różnych stron zaczynały odzywać się kaemy. – Często trzeba było zmieniać kierunek ucieczki, żeby ominąć snujące się patrole. Dużo mężczyzn ratowało życie ukrywając się w lesie na gęstych jodłach, gdzie siedzieli po kilka dni, dla bezpieczeństwa przywiązując się do drzewa.” / Star – Pacyfikacja … /.
Schronienie to nie było jednak nazbyt bezpieczne. Szkielety wiszące na drzewach odnajdywano jeszcze w kilka lat po wojnie.
Ukrywano się także w przemyślnych schronach zrobionych w wioskach. Właśnie o takiej kryjówce wspomina mieszkaniec Górnik Szczepan Mateja:” Niemcy na początku lipca 1943r. sprowadzili tu wojsko aby stłumić ruch oporu na terenie Zamojszczyzny. Zaczęli ściągać w te strony wojska Wehrmachtu, obsadzać nimi główne szlaki, miasteczka, wioski, okrążając teren według ich rozeznania, gdzie są zgrupowania partyzantów polskich, a szczególnie tereny przylegające do Puszczy Solskiej w odległości około 15 – 20 km z trzech stron okrążając Puszczę Solską. Nie było wątpliwości, że szykuje się następna obława niemiecka na tych terenach. Dowódca Jan Senderek ps.” Orzeł” chciał przed tą akcją przeprowadzić nas do Puszczy Solskiej, ale zamierzenia te były już spóźnione. Przechodząc lasem między Szopowym a Senderkami, dochodząc do szosy łączącej Zwierzyniec – Józefów, koło stacji kolejowej Krasnobród, natknęliśmy się na Niemców, którzy zauważyli nasze czoło. Krótka wymiana strzałów, na szczęście nikt z nas nie odniósł obrażeń. Biegiem wycofaliśmy się w głąb lasu, który chronił nas. Po odskoczeniu paru kilometrów od Niemców, nastała chwila odpoczynku. Krótka wymiana zdań między dowódcą Janem Senderkiem ps.”Orzeł”, a zastępcą Janem Żmudą ps.”Hugon”. Zapadła decyzja, że wracamy do Górnik i każdy szuka schronienia na własną rękę, po drodze broń chowamy w lesie. Kilku kolegów idzie ze mna. U nas w domu za stodołą była drewniana studnia. Ściany jej od dna do wierzchu zbudowane były z drzewa. Przy tej studni z boku od strony południowej zbudowaliśmy wcześniej duży schron około 3 m długi, 2 m szeroki i wysoki, że swobodnie można było siedzieć. Wejście do schronu ze studni wymagało pewnej zręczności, by nie wpaść do wody, ale jakoś dawaliśmy sobie radę. Z kobietami mieliśmy umówiony znak, hasło jak winny nas informować, czy są Niemcy, przychodząc do studni po wodę. Żuraw przy studni zlikwidowany został celowo, żeby utrudniało nabieranie wody, by było jak najmniej korzystających z niej. Tu właśnie postanowiliśmy przesiedzieć tę niemiecką obławę na partyzantów. W czasie wchodzenia do schronu przyszedł do nas starszy kawaler Jan Momot umysłowo trochę odchylony od normy, musieliśmy go przyjąć do schronu , bo nie było innego wyjścia, choć do nas nie należał.
W schronie czekamy cierpliwie. Nie pamiętam kto przyszedł po wodę i oznajmił, że Niemcy zbliżają się do Górnik od strony Majdanu Nepryskiego i Szopowego. Słyszymy strzały. Nastała cisza, żeby się nie zdradzić, niestety co pewien czas przerywana przez Jaśka Momota. Zaczynał na przemian głośno sapać, charczeć, bo brakowało powietrza, siedziało nas przecie w tym ciasnym pomieszczeniu dziewięciu mężczyzn. A był w schronie ze mną : Jan Berdzik ps.”Jaskółka”, Michał Berdzik ps.”Kania”, Jan Szopa, Szczepan Malec, Piotr Momot, Franciszek Podolak ps.”Kruk”, Szczepan Berdzik i ten nieszczęśnik Jan Momot.
Mówimy do niego, żeby się uspokoił, przestał głośno stękać, charczeć, bo to nas zdradzi i wówczas wszyscy zginiemy. Nie skutkuje ta nasza mowa. Wyciągamy koc i mówimy do niego: „Jak się nie uspokoisz, to cię udusimy”. Uspokoił się. Ile siedzieliśmy czasu, trudno powiedzieć. Po jakimś czasie dają nam znać, że Niemców już nie ma, przeszli przez wioskę i udali się w kierunku Stanisławowa i Długiego Kąta. Kontrolowali domy, podwórza i odeszli. Po wyjściu ze schronu dowiedzieliśmy się o takim wydarzeniu. Sąsiadki czepił się Niemiec, szwargocąc po niemiecku i pokazując na studnię, przestraszyła się, myślała, że nas Niemcy wykryli, że już po nas. Ale później zorientowała się, że Niemiec chciał wody do umycia.
Tak przeżuliśmy tę niemiecką akcję ze strachem ale szczęśliwie. Nie obyło się bez ofiar w ludziach. W Koloni Pastuszków Niemcy zabili dwóch Torbów, ojca i syna. Podczas akcji niemieckiej w domach pozostawały tylko dzieci, kobiety i starcy. Mężczyźni, gdzie kto mógł chowali się.” / Szczepan Mateja – Wspomnienia żołnierza AK /.
Inny mieszkaniec gminy – Paulin Borys z Józefowa wspomina :” 2 lipca ja z kolegami z mojego plutonu; Tytoniem Andrzejem, Stanisławem Świstem, Janem Puźniakiem, Franciszkiem Zaśko i innymi z Józefowa i okolicznych wiosek schroniliśmy się do lasów , aby połączyć się z resztą józefowskiego oddziału, który niestety już wcześniej opuścił lasy józefowskie. My natomiast znaleźliśmy się w kotle pod Hamernią, okrążeni przez kilka dywizji wojsk niemieckich, którzy otoczyli lasy Puszczy Solskiej od wschodu od Tomaszowa i zachodu po Biłgoraj, od północy od Józefowa i od południa od Łukowej. W kotle znalazło się kilkuset ludzi. Usiłowaliśmy się z matni wydostać małymi grupkami. Niektórym się to udało inni szukali kryjówek i schronienia w lesie: w lisich jamach, pod wykrotami, na wysokich jodłach, na bagnach i innych niedostępnych miejscach. Przy wydostawaniu się z kotła zostało zabitych ponad 160 ludzi.
Brak było dowódcy, który potrafiłby zorganizować jeden oddział i uderzyć w jedno miejsce, wtedy straty byłyby na pewno mniejsze.
Okrążenie lasów Puszczy Solskiej trwało ponad 5 dni. Po zakończeniu akcji wojska niemieckie odjechały a my wyleźliśmy z kryjówek i powrócili do domu.
Za tydzień nastąpiło jednak ponowne wysiedlenie ludności polskiej z Józefowa i okolicznych wiosek do obozów i na roboty do Niemiec. Do Józefowa zaczęto przywozić nasiedleńców, Ukraińskich nacjonalistów, zaczęły się dla Polaków bardzo ciężkie czasy.”
Gorzkie słowa pod adresem ówczesnych dowódców obwodu biłgorajskiego, padały dosyć często od dowódców niższego szczebla, takich jak plut. Borys. Uchwycił je także kronikarz wojenny Józefowa Zbigniew Jakubik :”Podczas akcji w 1943 roku władze podziemne nie dopisały na naszym terenie. Wszystko było dobrze, gdy panował względny spokój. Sypały się wskazówki, nakazy, rozkazy i pouczenia. Precyzyjnie zbudowana maszyna konspiracyjna szła doskonale. Potem przyszła akcja. Garść piasku, tryby wyłamane, machina stanęła. Na próżno oglądali się ludzie na tych, co zawsze chętnie udzielali dawniej rad i wskazówek. Teraz – żadnego rozkazu, ani słówka o tym, co robić, jak postępować. Wir leżał w szpitalu.
Ludzie zrozumieli, że zdani są na własne siły. Wszczął się popłoch, zamieszanie, panika i tyle ofiar, tyle niepotrzebnych ofiar.” / Zbigniew Jakubik – Czapki na bakier /
Bilans Grossaktion był przerażający. Poza stratami ludzkimi gmina została niemal zrównana z ziemią: „Gdy się przejeżdża przez wsie zniszczone podczas pacyfikacji i
wysiedlenia, wszędzie widzi się straszliwą pustkę. Tam, gdzie rok temu kwitło życie, – człowieka, – dawniej uśmiechniętego, dzisiaj ponurego i mało mówiącego. W olbrzymiej wsi Aleksandrów o długości 8 klm, posiadającej 3500 mieszkańców- pustki.
Nie lepiej w innych miejscowościach.
Józefów! Ruchliwe miasteczko, nie dające się wyprzedzić w żadnych poczynaniach, przedstawia widok przejścia największego zniszczenia. Głusza całkowita, rynek i ulice zarosły trawą. Prócz wałęsających się psów nie widać nikogo. Czasem tylko szybko przebiegnie bocznymi uliczkami, jak gdyby gonione, widmo człowieka rozglądające się na
wszystkie strony. Po Aleksandrowie wywieziono stąd największą ilość mieszkańców. Pozostali tylko ci, którzy ukryli się lub wyjechali poza obręb pacyfikowanych miejscowości.
I tych pozostałych i powracających ogarnia teraz jedno wspólne uczucie: – chęć zemsty i odwetu! Uczucie to się wzmaga, gdy się spojrzy na bilans całej tej barbarzyńskiej akcji wysiedlania i pacyfikacji. Oto cyfry:
Zabitych – 192 mężczyzn , 32 kobiety, 29 dzieci. Razem 253.
Wywiezionych – 424 – // – 695 – // – 212 – // – – // – 1331.
Zaginionych – 9 – // – – – // – – – // – – // – 9
Rannych – 3 – // – – – // – – – // – – // – 3.
Spalonych domów mieszkalnych 191, budynków gospod. 188.                             Zrabowano inwentarza :
Drób – 8.952 szt.
Konie – 947 – //-
Krowy – 1.997 – // -
Świnie – 71 – // -
Owce – 4 – // -
/ Star – Wysiedlenie i pacyfikacja gminy Aleksandrów w 1943 r. /

Mimo tak potwornych zbrodni i zniszczeń dokonanych na ludności polskiej, cele jakie sobie wyznaczyli Niemcy przed rozpoczęciem pacyfikacji Wherwolf I oraz Wherwolf II nie zostały osiągnięte. Pisze o tym dowódca plutonu żandarmerii w meldunku do dowódcy żandarmerii w dystrykcie lubelskim z dnia 15.XII.43r. :”… Można z całą pewnością przyjąć,

Że w czasie akcji ujęto najwyżej 50%, i to przeważnie ludzi starszych, kobiet i dzieci, natomiast ludzie w sile wieku, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, uciekli do lasów. Ze wsi, które później określano jako szczególne ogniska niebezpieczeństwa i które szczególnie ucierpiały na skutek wysiedlenia, należy wymienić: Aleksandrów, Łukowa, Chmielek, Bukowina, Różaniec i Hedwiżyn.
… To, co się działo bezpośrednio w następnych dniach, można określić jako spustoszenie, gdyż miejscowości te przez wiele dni były zupełnie opustoszałe, a pozostawione bydło w pierwszych dniach pozostawało bez opieki, zdane na siebie. W konsekwencji bydło błądziło po terenie, wyrządzając szkody na polach, częściowo pozdychało, a częściowo zostało złapane przez Polaków ukrywających się w lasach i zarżnięte. Ponadto przebywająca w lasach ludność zakradała się w nocy do opuszczonych miejscowości i brała wszystko, co było do wzięcia. Domy, jak po kilku dniach sam mogłem się przekonać w Aleksandrowie i Łukowej, zostały doszczętnie splądrowane.” / Zamojszczyzna . Sondenlaboratorium SS. Dokumenty. pod red. Czesława Madajczyka /.

Wojna trwała. Trwały represje okupanta. Nie były one już tak dotkliwe jak w okresie pacyfikacji, ale były, a ponadto szybkimi krokami zbliżała się zima. Powracający do
domów ludzie z obozów w Zwierzyńcu i Zamościu, a także ukrywający się dotychczas w lasach i sąsiednich wioskach, zastawali domy spalone bądź zrujnowane. Ukryte przed pacyfikacją resztki dobytku lub pieniędzy na „czarną godzinę” okazywały się być przeważnie wykopane z ziemi, zagrabione lub rozkradzione.
Zbiory zbóż rozpoczęto ze znacznym opóźnieniem a nadto w niektórych gospodarstwach nie miał kto tej pracy wykonywać, gdyż mężczyźni przebywali w obozach lub zostali zamordowani.
Wiele kobiet, które w 1943 roku zostały wdowami musiało samodzielnie wychowywać i utrzymywać nieraz liczne potomstwo. Ciężar prowadzenia domów a właściwie
zabezpieczenia egzystencji całych rodzin spadał na barki kobiet i dotyczyło to praktycznie całego okresu okupacji. Znaczenie ich i rola jaką odegrały w tamtym okresie jest niestety traktowana do dziś marginalnie, niesłusznie, zasłużyły na więcej. Np. mieszkanka Józefowa Słupska , której męża zamordowano w Majdanku w 1943r. ze spłachetka ziemi samodzielnie utrzymywała ośmioro dzieci, najstarszy jej syn Stefan miał w tym czasie 16 lat.
Rodzin takich były setki.
Ponadto zdać trzeba było należny kontyngent. Ludzie żywili się żołędziami, lebiodą i czym popadnie.
W szczególnie ciężkim położeniu były rodziny, których gospodarstwa zajęte zostały przez nasiedlonych Ukraińców / wysiedlonych z kolei ze swoich domostw w hrubieszowskim i tomaszowskim/. Rodziny te pozostawały na utrzymaniu krewnych mieszkających w innych wioskach, a często u obcych ludzi.
Jeszcze raz zacytuję meldunek d-cy plutonu żandarmerii: „ We wrześniu nastąpiły już wędrówki powrotne z obozów. Powracający zaopatrzeni byli w bilety do Biłgoraja. W konsekwencji osoby te zostały bez dachu nad głową i musiały przypatrywać się, jak w ich zagrodach mieszkają Ukraińcy. Mimo, że powracający byli bezdomni i nie posiadali żadnej gospodarki, to jednak w niewielu tylko wypadkach Polacy zgłaszali się do pracy w swych dawnych gospodarstwach będących teraz w posiadaniu Ukraińców. Inni prawdopodobnie woleli ukryć się i nawiązać kontakt z Polakami znajdującymi się w lasach, a później niepokoić okolicę napadami rabunkowymi. Już około połowy września doszło do wielu napadów rabunkowych, dokonywanych przez 2 – 10 bandytów, którzy atakowali nie tylko osiedla ukraińskie, lecz także polskie.                                                              Niepowodzenia na froncie wschodnim spowodowały powstrzymanie ofensywy niemieckiej w wysiedlaniu Zamojszczyzny oraz walki z ugrupowaniami partyzanckimi, które z miesiąca na miesiąc rozrastały się i stawały coraz aktywniejsze.

Duże straty osobowe na froncie wschodnim zmusiły dowództwo do ich uzupełnienia, poprzez ściągnięcie z głębi kraju sił wojskowych zaangażowanych do walki z partyzantką i realizacji planów wysiedleńczych. To z kolei powodowało, że nasiedleńcy zarówno niemieccy jak i ukraińscy pozostawieni zostali bez dostatecznej ochrony, a praktycznie zdani na własne siły.
O konsekwencjach tego stanu rzeczy pisze w swoim meldunku cytowany już d-ca plutonu żandarmerii:
„Coraz bardziej wzrastająca nienawiść narodowa pomiędzy Polakami i Ukraińcami spotęgowało dodatkowo wprowadzenie policji ukraińskiej do akcji ujmowania bandytów lub ich popleczników. Po ujęciu bandytów przez ukraiński posterunek policji w Łukowej w której wówczas było także 2 niemieckich żandarmów, posterunek ten był wielokrotnie atakowany.
Po ponownym ataku na posterunek Łukowej w nocy na 24 X, w czasie którego bandytom nie udało się, mimo kilkugodzinnej wymiany ognia, zmusić posterunku do kapitulacji. Zastosowali oni miny lub inną ciężką broń, podpalając budynek, w którym spaliło się 2
żandarmów i 11 ukraińskich policjantów. Tej samej nocy zaatakowano również ukraiński posterunek policji w Księżpolu. W obu wypadkach bandyci w sile ponad 100 ludzi byli uzbrojeni w liczne ciężkie karabiny maszynowe.
Po tej zbrodni w Łukowej zauważono wśród ukraińskiej ludności powiatu powszechną psychozę strachu, którą potęgowały jeszcze listy z groźbami, wzywające Ukraińców do opuszczenia świętej polskiej ziemi, gdyż w przeciwnym razie zostaną wymordowani i czeka ich druga Łukowa. Zaraz po tym nastąpił odpływ ludności, który nie ustawał mimo wydanego przez starostę zakazu.
… Stan bezpieczeństwa w powiecie biłgorajskim, jak i w innych powiatach może być określony jako niekorzystny. Jedynie i wyłącznie użycie oddziałów zmotoryzowanych, zaopatrzonych w niezbędną broń i pojazdy, przyczyniłoby się do pewnego uspokojenia.
Z dniem 10.XII.1943 zostanie wycofane wojsko stacjonujące na obszarze całego powiatu
w10 bazach wojskowych, istniejących częściowo również w miejscowościach nie mających placówek policyjnych. W związku z tym można się obawiać większego nasilenia napadów rabunkowych na tych niestrzeżonych teraz terenach.”
Podsumowując swój meldunek kapitan żandarmerii pisze: „ Ogólne uspokojenie powiatu biłgorajskiego nie może nastąpić według mnie przez przeniesienie kompanii policji do powiatowego miasta Biłgoraj. Proponuje założyć w powiecie biłgorajskim 5 do 6 silnych policyjnych punktów oparcia, które przeprowadzą dokładny wywiad wraz z żandarmerią i policją niemiecką, w porozumieniu z policją bezpieczeństwa, ustalą miejsca pobytu jeszcze istniejących band i ich popleczników. Będzie można wówczas przeprowadzić większą akcję, gdyż tylko w ten sposób można wyłapać i zniszczyć bandy’’ Zamojszczyzna- Sonderlaboratorium SS lub CA MSW – Żandarmeria Lublin t.68 /.

Wzrastająca w siłę partyzancką „Rzeczpospolita Józefowska” doprowadziła do tego, że Niemcy praktycznie utracili kontrolę nad tym terenem i aby ją ponownie odzyskać postanowili przystąpić do realizacji sugestii zawartych w powyższym raporcie oraz raporcie mjra Schwiegera. Wiosną 1944 roku przystąpili do opracowania i realizacji wielkiej operacji wojskowo- pacyfikacyjnej pod kryptonimem STURMWIND / Wicher / .

S T U R M W I N D / W I C H E R /

Od czasu zwycięskiej bitwy pod Kurskiem ofensywa rosyjska nabrała tempa i front wschodni zbliżał się do terenów polskich. Wzmożona działalność oddziałów partyzanckich, w tym także radzieckich oddziałów rajdowych, na bezpośrednim zapleczu frontu powodowała coraz większą irytację w dowództwie niemieckim.
Ciosy zadawane przez partyzantów były niezwykle dotkliwe, gdyż uderzały pośrednio w odwody operacyjne, zakłócając ich przegrupowania, poprzez niszczenie komunikacji wojskowej i sieci urządzeń tyłowych. Szczególne znaczenie dla działań na froncie miała sprawna komunikacja kolejowa. Ta jednak narażona była na ciągłe ataki ze strony partyzantów i zachodziła obawa, że z chwilą rozpoczęcia letniej ofensywy, może zostać całkowicie sparaliżowana, a tym samym utrudnione zostanie zaopatrzenie oraz sprawne wycofywanie oddziałów z frontu.
W miesiącach kwiecień i maj 1944r. partyzanci wykonali na Lubelszczyźnie kilkaset akcji.
W drugiej połowie maja wykonano 94 akcje na transporty kolejowe, zdarzały się dnie, że dziennie wykonywano po 10 takich akcji.
Linia kolejowa Rejowiec – Lwów, począwszy od miesiąca maja została praktycznie unieruchomiona.
Niemcy aby zmienić tą niekorzystną dla siebie sytuację, w końcu maja podjęli próbę oczyszczenia z partyzantów lasów Puszczy Solskiej, będącej ich matecznikiem.
W tym celu w rejon ten zaczęto przerzucać już w miesiącu maju 1944r. znaczące jednostki wojskowe i policyjne.
Jako pierwsza pojawiło się zgrupowanie kawalerii kałmuckiej w sile około 4000 ludzi pod dowództwem majora Dolla. Na linii rzeki Tanew utworzył się front, gdyż zgrupowane oddziały AK, BCH i partyzantki radzieckiej, nie pozwalały Kałmukom linii tej przekraczać
i zagłębiać w puszczańskie ostępy.
Po oddziałach kałmuckich w rejon akcji ściągnięto jednak dalsze siły, w tym: 154 dywizję pod dowództwem gen. por Altrichtera; 174 dywizję pod dowództwem gen. por. Eberharda; 213 dywizję pod dowództwem gen. por. Goeschena; 4 pułk SS – policji pod dowództwem mjra Dauza, batalion żandarmerii, oddziały łączności, wszystko wspomagane artylerią oraz jednostkami samolotów rozpoznawczych i bombowych.
Łącznie do akcji Wicher I oraz Wicher II Niemcy użyli około 30000 ludzi. Nigdy i nigdzie w Polsce w okresie okupacji tak wielkich sił do akcji pacyfikacyjnej Niemcy nie użyli.
Według założeń dowództwa akcji, na terenach nimi objętych utworzone zostały dodatkowe stałe obozy w Biłgoraju i Tarnogrodzie, a wszyscy mężczyźni w wieku od 16 do 60 lat zlikwidowani. Według sekretarz stanu w rządzie GG Koppe: „ Wchodzące w rachubę wioski są tak zarażone bandytyzmem, że należy przyjąć, iż większa część męskiej ludności bierze w tym czynny udział. Kobiety i dzieci należy odtransportować do Rzeszy.
Nie da się uniknąć tego, że niektóre miejscowości w tej okolicy pójdą z dymem, gdyż pozostaną one nadal centralą bandytyzmu”. / Dziennik Hansa Franka t.36 /
Operacja Wicher I objęła swoim zasięgiem lasy lipskie, janowskie i sąsiadującą z nimi część Puszczy Solskiej rozpoczęła się 9czerwca i zakończyła się 14 czerwca wielką bitwą pod Momotami, zwaną w historiografii jako bitwa na Porytowym Wzgórzu.
Niemcom nie udało się osiągnąć głównego celu akcji , gdyż oddziały partyzanckie wyrwały się z okrążenia i przeniosły się w ostępy Puszczy Solskiej.
Rozpoczęła się druga część operacji, akcja Wicher II, która swym zasięgiem objęła tereny Puszczy Solskiej w tym także gminę aleksandrowską / józefowską /.
Operacja ta trwała w dniach 15 do 25 czerwca 1944r. i zakończyła zamknięciem w kotle oddziałów partyzanckich pod Osuchami.
Zamykanie kotła Niemcy rozpoczęli od okrążenia dosyć rozległego obszaru, które pierwszej fazie wyglądało następująco: od południa biegło wzdłuż rzeki Tanew od Markiewicz do Suśca, przy czym Niemcy zajęli miejscowości Osuchy i Borowiec na prawym brzegu rzeki: od północnego zachodu linia niemiecka rozciągała się miedzy wsiami Rakówka – Lipowiec –
skrajem wsi Aleksandrów – Margole – Bukownica – Tereszpol: od wschodu między wsiami Tereszpol – Górecko Stare – Górecko Kościelne – Józefów – Hamernia i wzdłuż toru kolejowego do Suśca.
Tym razem Niemcy postępowali metodycznie, bez pośpiechu przesuwając swą linię okrążenia i zaciskając kleszcze. / O działaniach zbrojnych w innej części/.
Jednocześnie z działaniami przeciwpartyzanckimi Niemcy przeprowadzają pacyfikację wiosek, które znalazły się w rejonie działania. Najbardziej ucierpiała wieś Borowiec, która praktycznie cała puszczona została z dymem, a ponad 30 osób zostało zamordowanych.
Podobny los spotkał wioskę Osuchy, która została doszczętnie spalona a 30 osób zamordowanych
We wsi Łukowa zastrzelono 13 osób i spalono 24 gospodarstwa. Podczas pacyfikacji wioski Kałmucy dopuszczali się gwałtów na kobietach i dzieciach.
O ich barbarzyńskich poczynaniach najwymowniej świadczy „Raport oficera informacji OK. NR V do dowództwa Obw. O barbarzyństwa faszystów i kontrakcjach partyzanckich w pow. biłgorajskim”, oto jego fragment: „… Zadaniem tych oddziałów jest wyniszczenie ludności polskiej – spalenie wiosek – rabunek wszystkiego co tylko spotkają.
Fakt 11.VII. w godzinach rannych / piątek / w Aleksandrowie oddziały te otoczyły wioskę i rozpoczęły pastwić się nad ludnością. Kobiety gwałcono, przywiązywano ręce i nogi krępując wszelkie ruchy. Nie wybierano, począwszy od dwunastoletnich dziewcząt do staruszek nawet osiemdziesięcioletnich. W szpitalu w Biłgoraju jak również w Tarnogrodzie znajduje się około 50 – 60 kobiet ciężko chorych po gwałtach.”
Najazd oddziałów kałmuckich przeżyła także wioska Górecko Stare, gdzie rozstrzelano 5 osób.
O bestialstwach oddziałów kałmuckich pisze również Jerzy Markiewicz w „odpowiedzialność zbiorowa ludności polskiej powiatu biłgorajskiego” : „ … przez cały czas trwania akcji i po jej zakończeniu plagą były gwałty dokonywane przez Kałmuków na terenie powiatu.
Dopuszczali się oni nieprawdopodobnych ekscesów. Często jedną niewiastę gwałciło po kolei kilku Kałmuków, a następnie mordowali ja w perfidny sposób. Gwałty przybrały nie spotykane wręcz rozmiary.”
Akcja pacyfikacyjna nie ograniczała się tylko do terenów zaryglowanych niemieckim kotłem, ale dotknęła także przylegające doń miejscowości, w tym także Józefowa.
Wieści o walkach w Lasach Janowskich, pacyfikacjach i okrucieństwach niemieckich docierały do miasteczka początkowo nie wywołując większej paniki.
Mieszkańcy jednak nauczeni poprzednimi doświadczeniami chowali resztki dobytku w przemyślnych kryjówkach, odnawiali bądź budowali nowe schrony i kryjówki.
Niektóre rodziny po ukryciu i zamaskowaniu kryjówek zabierały dzieci i udawały się szukać schronienia u znajomych lub krewnych w innych wioskach, które jak przypuszczali nie zostaną objęte akcją pacyfikacyjną.
Czarny dzień dla Józefowa nadszedł ponownie w dniu 20 czerwca 1944 roku, kiedy to Niemcy po otoczeniu miasteczka, spędzili zaskoczonych lub wyciągniętych z kryjówek mieszkańców miasteczka do kościoła a następnie załadowali na samochody i wywieźli do obozu koncentracyjnego na Majdanku koło Lublina.
W dniu w 22 czerwca we wsi Majdan Kasztelański spędzili także wszystkich mieszkańców wsi i podczas prowadzonego przesłuchania, biciem wymusili informacje, że część mieszkańców ukrywa się w pobliskim lesie w przemyślnie zrobionych kryjówkach.
Wysłane do lasu patrole gestapo, przy użyciu psów, odnalazły kryjówki i ukrywających się ludzi. Jedną osobę zastrzelono na miejscu. Od zgromadzonych oddzielono mężczyzn / 21 osoby / zapakowano ich na samochody ciężarowe i wywieziono do obozu na Majdanku.
We wsi pozostali starcy i kobiety, toteż kiedy następnego dnia zjawił się tam oddział złożony z 30 Kałmuków , nie miał kto stanąć w ich obronie.

Łącznie z terenów przyległych wywieziono i osadzono w obozach przejściowych w Biłgoraju i Zamościu oraz Tarnogrodzie ponad 3000 ludzi, część z nich trafiła do obozu koncentracyjnego na Majdanku.
W sumie obie akcje Sturmwind były równie tragiczne dla ludności jak akcja Wilkołak:
Zabito 509 osób cywilnych oraz 860 partyzantów, zgwałcono a następnie zamordowano 20 kobiet, zrównano z ziemią 8 wiosek, a ponad 12000 ludzi osadzono w obozie na Majdanku , z liczby tej część trafiła na roboty do Niemiec.

Zygmunt Puźniak

TAM  JUŻ  NIE  MA  ŻADNEJ  RZEKI  –  HANNA  KRAL  / fragment /

Niemcy tworzyli Rezerwowy Batalion Policji nr 101.Było ich pięciuset. Byli za starzy, by iść na front. Przed wojną mieszkali w Hamburgu. Pracowali w domach, warsztatach, sklepach, gospodarstwach rolnych i urzędach. Mieli żony i dzieci. Wierzyli w Boga. W czterdziestym drugim roku przyjechali do Polski, na Lubelszczyznę.                                Nad ranem przywieziono ich do miasteczka Józefów. Ustawili się w półkole i dowódca powiedział, że będą rozstrzeliwać Żydów.                                                                                   Prosił, by strzelając, pamiętali o niemieckich kobietach i dzieciach, zabijanych przez alianckie bomby.  Spytał, czy czują się na siłach, by podołać zadaniu. Jeden policjant nie czuł się na siłach i wystąpił z szeregu. Za nim wystąpiło jedenastu.                                    Lekarz batalionu narysował patykiem na ziemi sylwetkę ludzką i pokazał miejsce u nasady czaszki, w które należy celować. Wywiązała się dyskusja – strzelać z bagnetem na karabinie czy bez bagnetu. Doszli do wniosku, że z bagnetem.                                          Zawieźli Żydów ciężarówkami na skraj lasu. Każdy policjant podchodził do nich, wskazywał jedną osobę i szedł z nią między drzewa. Celował w nasadę czaszki i strzelał. Wracał, wskazywał następną osobę i prowadził między drzewa. Wspólne przejście trwało parę minut. Mogli zobaczyć twarze ofiar, usłyszeć prośbę, płacz albo modlitwę                        Był długi lipcowy dzień. Strzelali do wieczora. Podczas tej pierwszej akcji, w Józefowie, zabijali przez siedemnaście godzin. Robili przerwy na papierosa. Ich mundury pokryły się strzępami mózgów i krwią. Nie chcieli jeść, w nocy dręczyły ich koszmary senne. Dowódca nie brał udziału w strzelaniu, został w sztabie i płakał (…).

Policjanci batalionu 101, wrócili do Niemiec przy końcu wojny. Wrócili do dawnego, zwyczajnego życia. Do doków, sklepów, warsztatów i biur. Do żon i dzieci. Do Pana Boga. Dlaczego zwyczajni mieszkańcy Hamburga, za starzy, by iść na front, stali się mordercami?                                                                                                                          Bo byli Niemcami, a nienawiści do Żydów uczono w Niemczech przez setki lat – odpowiedział w swojej książce Daniel Goldhagen. Bo byli ludźmi, a z każdego człowieka można zrobić mordercę – odpowiedział Christopher Browning.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s