EGZEKUCJA RODZINY BARTOSZEWSKICH NA RYNKU W JÓZEFOWIE

Egzekucja Rodziny Komendanta AK w Józefowie Konrada Bartoszewskiego ps. Wir
„Kapitan Schupo podchodzi do rodziców i siostry Wira i ustawia ich na gruzach budek po-żydowskich. Równo pod rząd . Szybkim krokiem występuje pluton egzekucyjny Ukraińców i rozwija się w długą linię naprzeciw skazańców. Dzieli ich odległość może 10 metrów. Krzyk i płacz w tłumie kobiet i dzieci przeradza się w powszechny lament i ogólny szloch. Kapitan podnosi rękę do góry….. W ciszę padają słowa tłumaczone przez jednego z żandarmów:
…”skazani są dla przykładu. Za chwilę zostaną rozstrzelani za bunt, za gwałt na osobach niemieckiej policji… Jeżeli powtórzy się coś podobnego, nie będzie litości… Każdego bandytę spotka podobny los… Stary ojciec Wira drżącymi rękami obejmuje żonę i osiemnastoletnią córkę w ostatnim pożegnalnym uścisku. Całują się. Jeszcze znak krzyża na piersiach i prostują się patrząc prosto, nieugięcie w żołnierzy stojących naprzeciwko.
Kapitan ironicznym ruchem podnosi rękę do czapki, po czym pada komenda. Sprawnym, automatycznym ruchem podnoszą się karabiny do twarzy. W niebo biją lamenty i pisk dzieci i kobiet. Matki zakrywają dzieciom głowy i same odwracają oczy od tego strasznego widoku. Rosłe draby w zielonkawych mundurach płazują tłum kijami i każą patrzeć. – Feuer! Cichy trzask salwy. Trzy biedne, zmęczone życiem ciała prężą się gwałtownie, drgając przez sekundę i podrzucone jakąś straszną siłą do góry, w martwym półobrocie upadają ciężko na ziemię. Podchodzi kapitan z wyciągniętym pistoletem, nachyla się nad leżącymi ofiarami i kilka razy strzela im w głowę.
Zaległa straszna cisza, stokroć wymowniejsza i boleśniejsza niż niedawny lament. Tłum stoi w skupieniu czcząc zwłoki pierwszych bohaterów Józefowa.” – tak wspomina tamte tragiczne dni wojenny kronikarz dziejów Józefowa – Zbigniew Jakubik „Czapki na bakier”

Mija właśnie kolejna 68 rocznica rozstrzelania w dniu 26 lutego 1943r. w Józefowie rodziny miejscowego dowódcy Ruchu Oporu Konrada Bartoszewskiego ps. Wir: ojca Wacława , /lekarza weterynarii/ , matki Janiny z Rychterów i siostry Wienisławy. Zbrodnia ta była ostrzeżeniem i zemstą za masowy udział partyzantów rejonu józefowskiego w wydarzeniach lutowych 43r.zwanych także powstaniem józefowskim lub szerzej zamojskim, które to przyniosły im dumną nazwę Rzeczpospolitej Józefowskiej. Bezpośrednią przyczyną egzekucji była jednak wściekłość spowodowana rozbiciem posterunku policji w Józefowie przez oddział Czesława Mużacza ps. Selim i uwolnienie aresztowanych wieczorem 25 lutego 43r.: Wira i jego zastępcy Hieronima Miąca ps. Korsarz. / Ranny w tej akcji Czesław Mużacz odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari/ . Wezwane z Zamościa posiłki niemieckie nie puściły płazem uwolnienia aresztowanych; o świcie 26 lutego zwartym kordonem otoczyły miasto i przeszukują dom po domu spędzili mieszkańców do budynku gminy, gdzie dokonano selekcji, oddzielając rodziny uznane za bandyckie od pozostałych, grożąc im rozstrzelaniem. „Ostatecznie „ na oczach zgromadzonych na rynku mieszkańców rozstrzelano „tylko” rodzinę „Wira” i wywożąc do obozu w Zamościu 50 zakładników. Wydarzenia te żywe są w społeczności józefowskiej do dnia dzisiejszego i towarzyszy im legenda, że Konrad Bartoszewski, nie chcąc dopuścić do przelewu krwi i śmierci innych mieszkańców, nie dał pozwolenia na zaatakowanie miasteczka przez partyzantów i obserwował przez lornetkę przebieg egzekucji z pobliskich wzgórz kamieniołomów. Poświęcił swoja rodzinę dla dobra ogółu. Hitlerowcy podejmowali liczne próby powstrzymania rozwoju ruchu partyzanckiego i zajadle zwalczali oddziały partyzanckie.
Największą „daninę krwi” oddali jednak zwykli mieszkańcy gminy, przeciw nim skierowany został główny gniew hitlerowców. Liczne akcje pacyfikacyjne jak np. spalenie i wymordowanie ludności Pardysówki w dniu 28 marca 43r. i Majdanka Kasztelańskiego w dniu 30 marca, a także znane w całym kraju akcje specjalne o kryptonimach Wehrwolf i Sturmwird I i II, pustoszyły całe wsie pozostawiając zgliszcza i mogiły. Obozy przejściowe w Zwierzyńcu i Zamościu oraz koncentracyjne w Majdanku i Oświęcimiu zapełniły się po brzegi, stając się dla części z nich , w tym także dzieci, miejscem wiecznego spoczynku.
W wyniku hitlerowskiego terroru śmierć poniosło ponad 300 mieszkańców gminy. Zostali rozstrzelani, zakatowani lub zmarli z głodu i pragnienia w obozach i na przymusowych robotach. Zginęli z bronią w ręku lub spaleni żywcem w swoich domach
Bartoszewscy, i ich tragiczna śmierć przez rozstrzelanie w Józefowie pozostaną dla miejscowej społeczności symbolem walki i męczeństwa, zaś ich syn Konrad Bartoszewski ps. Wir, zwany także Komendantem, symbolem patriotyzmu .

19.02.2011r.
Tekst na nabożeństwo żałobne w dniu 26.02.2011r, oraz dla Tygodnika Zamojskiego.

WSPOMNIENIA SANITARIUSZKI JÓZEFOWSKIEGO ODDZIAŁU „WIRA”

Stefania Mirska zd. Nowak ps. „Sarna”

WSPOMNIENIA SANITARIUSZKI

6 lutego 1942 r., mając 16 lat wstąpiłam do organizacji. Marzeniem moim było być sanitariuszką, więc przydzielono mnie do sekcji sanitarnej. Byłam z tego bardzo dumna..
Pierwsze zebranie odbyło się w lutym 1942r. Odbyła się uroczysta przysięga i felczer S. Białoszewski ps. Biskup wprowadził nas w tajniki naszej pracy. Była nas spora grupka. Szkolenia przeciągały się do późnej nocy bo noc zapewniała nam zupełne bezpieczeństwo.
Po miesiącu kurs został przerwany z powodu przyjazdu Niemców na czas nieokreślony.
Więc uczyłyśmy się każda we własnym domu z książek zdobywanych różnymi drogami. Później zbierałyśmy się u którejś i jedna drugą egzaminowała.
W lipcu tego roku kurs znowu odżył, ale odbywał się już z przerwami aż do zimy.
W styczniu 1943r. wyjechałam z rodzicami do tartaku przy stacji kolejowej Krasnobród,
gdyż tam pracował ojciec. Szkolenie w dalszym ciągu było zawieszone.
W międzyczasie przez 3 miesiące byłam gońcem. Zadanie moje polegało na tym: – dostawałam druczki na których trzeba było wpisać każdą wizytę Niemców w tartaku, jaką mieli broń, numery samochodów i jakiej byli formacji. Tak wypełnione druki zanosiłam do Józefowa, a tam czekała druga łączniczka, zabierała je ode mnie i zanosiła do lasu do obozu.
W 1943r. 1 czerwca miałyśmy dużo roboty po walce odbytej z Niemcami na polach pod Józefowem. Rannych było dużo, zabitych 2 – Miszka Tatar i Józef Kudełka z Józefowa. I tak już było do końca roku, ciągle trzeba było uciekać, chować się i żyć pod strachem.
W lutym 1944r. wznowiono szkolenie. Trwało 3 miesiące. Wykłady prowadził dr„Biga”. To był naprawdę prawdziwy kurs. Wykłady były jak w szkole. Każda musiał umieć. Doktor był bezwzględny, wymagał od nas dużo. Anatomie i fizjologię trzeba było umieć na pamięć , więc uczyłyśmy się solidnie. Przyszedł czas na egzaminy.
Do egzaminu przystąpiły: Stasia Podolakówna ps. Palma, Hanka Sobczak ps.”Brzoza”, Heńka Rogalówna ps.”Zorza”, Danka Wójcikówna ps. „Danka”, Marysia Dźwinogrodzka ps.”Myszka”oraz Maria Drygas ps.”Malwa” no i ja „Sarna”. Byłyśmy wszystkie z jednego oddziału„Wira.
28 kwietnia 1944r. wyznaczono dom państwa Kleinach na egzaminy. Dom był duży, posiadał dużo pomieszczeń i piękne poddasze. Właśnie na tym poddaszu wybrano pokój od wschodu na nasz egzamin. Myśmy czekały na dole w jednym z pokoi, a cała komisja egzaminacyjna siedziała na górze.
Po chwili wezwano nas na górę. Na stole leżały koperty z pytaniami; trzeba było wybrać jedną z nich. W kopercie było po dwie kartki, jedna oddawało się doktorowi, drugą dla siebie.
W komisji było 10 osób. Każdy członek komisji / oprócz lekarzy/ miał po 3 pytań dowolnych dla każdej z nas. Głównymi osobami przy egzaminie byli lekarze. Przed nimi się człowiek bał. Było trzech lekarzy: dr „Biga”, dr „Radwan” i dr „Korab”
Ja zdawałam z Hanką Rogalówna. Trema była wielka. Poszło nam bardzo dobrze. Uciecha wielka. Pochwała lekarzy.
I tak kolejno szły dziewczynki do stołu i zdawały. Zdały wszystko. Po egzaminie oznajmiono nam, że świadectwa dostaniemy za 2 tygodnie, ale niestety nie dostałyśmy, coś tam przeszkodziło.
30 .IV. tego roku zostałyśmy z „Zorzą” przydzielone do obozu „Wira”, w którym leżeli chorzy. Stawiłyśmy się do obozu. Obóz jak to obóz. Namiotu w młodym lasku porozbijane, ognisko się pali, a chłopcy wszyscy młodzi jak ten las, czyścili broń.
Przywitali nas wesoło. Prawie wszyscy znajomi. Zameldowałyśmy się u komendanta, ten z kolei przekazał nas siostrze przełożonej ps. ”Nina”.
Wprowadzono nas do chorych. Co za niemiły widok uderzył nas w oczy. Cały ten „szpital” znajdował się w bunkrze. Długie okno w suficie rzucało marne światło na „salę”. Czuć było stęchliznę. Z lewej strony bunkra zbudowana była jedna długa prycza ciągnąca się wzdłuż ściany. Z prawej strony stały 2 łóżka, jedno żelazne drugie drewniane, wojskowe. Na środku stał długi stół „krzyżak” z lekarstwami. U sufitu wisiała lampa – latarka naftowa, a przy wejściu z prawej strony leżały worki pełne zboża i zwinięte spadochrony.
„Nina” przedstawiła nas chorym i oddała ich pod naszą opiekę. Zimno mnie przeszło gdy spojrzałam po chorych. Serce mi się ścisnęło i stanęły zły w oczach. „Nina” nas pocieszała, że nie jest tak źle jak to wygląda. Poleciła Heńce dać po 21 godzinach zastrzyk  choremu / pokazała któremu/ i o 5-tej rano drugi, ale te zastrzyki zrobiłam ja ponieważ ją obleciał strach / później jej przeszło /.
Spałyśmy na tych workach ze zbożem. Twardo nam nie było, tylko coś nie dawało nam spać. Jak się rano okazało były to wszy. Okropne wszy. Musiałyśmy iść w krzaki i pozbierać z siebie to świństwo. Chyba wszystkie jakie były w bunkrze tej nocy nas oblazły. Poczuły świeżych, bo już następnej nocy były spokojne.
Po dniu przyglądałam się chorym. Mój Boże! – jakżeż byli godni pożałowania. Nieogoleni, brudni i pewnie też zawszeni, siedzieli i leżeli na tej pryczy. Każdy z nich miał na głowie chustkę z kolorowych klinów spadochronowych. Wyglądało to śmiesznie. Miało się wrażenie, że tu leżą sami Arabowie.
Rano przyszła „Nina”. Podeszła do tego chorego, któremu robiłam zastrzyk i przywołała nas do siebie. Odwinęła koc z chorego pod którym ukazała się noga zabandażowana od kolana aż do biodra. Była to prawa noga. Zręcznie odwinęła bandaż i ukazał się okropna cuchnąca rana na udzie. Wytłumaczyła stan jego rany. Wytworzyła się gliwana więc trzeba było wyciskać palcami ropę. Po wyjściu „Niny” wzięłyśmy się do roboty. Ropa pod ciśnieniem tryskała na wszystkie strony. Całą twarz miałam / i Heńka/ obryzganą ropą, fartuch tak wyglądał jakbym kogoś zarznęłam, a fetor taki był, że aż chorzy prosili, żeby już skończyć, bo nie mogą wytrzymać tego „zapachu”.
Ale na drugi dzień zabrali go do szpitala w Biłgoraju. Później się dowiedziałam, że nogę mu amputowano.
Tylko ten jeden był tak ciężko chory / ranny/. Reszta miała rany niegroźne. Był jeden niby zdrowy a chory – ślepy. Nie mam pojęcia / bo nigdy się do o to nie pytałam/ jak został postrzelony w oczy. Oczy były całe a niewidome. Żadnej blizny, żadnej rany, a nie widział. Pseudonim miał „Kuchnia” na imię Roman, nazwiska nie znałam. Pochodził z Tarnogrodu.
Z powodu tej ślepoty był bardzo nerwowy. Każdy mu współczuł. Raz mnie zbeształ, że mu ukroiłam za grubą kromkę chleba. Przeprosiłam go zawstydzona.
Był też na sali chory rosyjski kapitan. Piszę chory bo on nie był ranny. Miał oropienie nerek, więc mu doktór zrobił cięcie w boku i włożył dren na ujście ropy. On jeden leżał osobno na żelaznym łóżku i miał czystą pościel uszytą ze spadochronów. Miał żonę Polkę i pochodził z Kijowa. Żona była nauczycielką. Cięcie miał robione przed naszym przyjściem do obozu.
Tuż obok kapitana leżał osobno na osobnym łóżku wojskowym, drewnianym. Miał jedną nogę w gipsie. Pochodził z Radomia ps. Zięba, imię Zbyszek, nazwiska nie znam.
Przed Zielonymi Świętami 1944r. wyprowadziliśmy się z chorymi do nowego szpitala. Był to duży barak drewniany, wojskowy, rozebrany nocą Niemcom na stacji kolejowej w długim Kącie. Postawiono go 3 km od obozu „Wira”, no i za 4-5 km. Od obozu „Woyny”.
Wybrano piękne miejsce; las stary, jodłowy- przepyszny. Barak ten można było śmiało nazwać szpitalem. Był obszerny, widny i czysty. Posiadał trzy sale: jedna duża i dwie mniejsze. Na dużej Sali było 7 łóżek i 4 okna. Druga sala przeznaczona była na skład lekarstw, narzędzi chirurgicznych i wszelkich materiałów opatrunkowych. Okien było 2, pod jednym z nich stał stół, na którym stało radio i podręczne leki. Na środku tej Sali stał oryginalny stół operacyjny. Choć trochę za ciasno, ale jak na warunki wojenne było aż za dobrze. Sala trzecia przeznaczona była dla lekarzy. Była ona bardzo mała. Mieściły się w niej tylko 2 łóżka. Okien było dwa.
Na Sali chorych jak i na Sali lekarzy, na każdym łóżku był nowy, wypchany słomą siennik. Koce były wojskowe z powłoczką biała uszytą ze spadochronów. Poduszki wypychaliśmy sianem a zarówno poszewki jak i prześcieradło uszyto także ze spadochronów. Chorzy też mieli bieliznę osobistą tego samego pochodzenia co bielizna pościelowa. Wszystko to było uszyte przez dziewczęta z Trzepietniaka.
Tak naprawdę to się nie spodziewałam takiego bogactwa w lesie.
Po przygotowaniu szpitala rozpoczęła się przeprowadzka z bunkra. Podjechały furmanki wymoszczone słomą. Na każdą z nich ulokowało się po kilka osób i noga za nogą ruszyliśmy w kierunku szpitala. Było bardzo ciepło, był cudny maj. Chciało się żyć, ale szkopy nie dawali.
Gdy dojechaliśmy na miejsce już czekały na nas dziewczęta: Hanka „Brzoza”, Danka i Stasia”Palama”. W sumie łącznie z „Niną” było nas 6. Lekarzy było 3 : „Biga” , „Radwan” i „Korab”. Mieliśmy także bardzo dobrze wyposażony magazyn, którym kierowała Halina Wójcikówna.
Powolutku ułożyliśmy chorych przy pomocy chłopców z obozu na łóżka. Na pierwszym łóżku, pod jednym z okien, leżał Piotr Rozwadowski z Zamościa pseudonimu nie znam. Miał postrzał w nerki. Kał wychodził mu bokiem – paskudna rana- ale się wylizał, po przewiezieniu do Biłgoraja. Obok niego leżał fryzjer z Tomaszowa lub.. Znałam go bardzo dobrze ale nazwiska w tej chwili nie pamiętam. Obie nogi miał w gipsie.
Po drugiej stronie leżał ten ślepy „Kuchnia”, dalej Paweł Pisarczyk, ranny w udo i łydkę. Tuz obok Pawła leżał Łotysz, nazwisko Wład Zyłajtis, postrzał w nogę, chodził o kuli. Był bardzo wesoły, mówił po polsku, tylko był bardzo dziobaty. Wszyscy go lubili. Obok niego leżał Zbyszek „Zięba”, pochodził z Radomia, obie nogi ciężko ranne, jedna w gipsie. W samym rogu koło drugiego okna leżał rosyjski kapitan, jego chorobę opisałam poprzednio.
Obok baraku w krzakach stała kuchnia. Tam królowała Hanka. Myśmy jej pomagali, przeważnie obierać kartofle. Nieco dalej zbity z okrąglaków stał magazyn. W głębi lasu stały 2 namioty; jeden dla nas drugi dla chłopców z ochrony szpitala. A było ich 12 -tu: Kazik Bornecki ps.”Kruk”, Tadzik Studnicki ps.”Czapla”, Jasio Kołtun ps.”Pniaczek”, Władek Brygas ps.”Żbik”, Cypian Łyś ps.”Bocian”, Bronek Kozłowski ps.”Zając”, Czesiek Mazurek ps.”Czajka”, Zygmunt Wolski.”Wolak”, Marian Witkowski ps.”Witek”, Podolak Jan ps. Skowronek”, Maśko Michał i Franciszek Kierepka pseudonimów nie pamiętam.. Jeszcze było dwóch, ale nie pamiętam nazwisk.
Na drugi dzień po ulokowaniu chorych na łóżkach, przyjechał ksiądz Świś z Aleksandrowa , który odprawił mszę polową i poświęcił szpital. I od tej chwili dla nas zaczęła się solidna praca.
Doktór „Biga” wyznaczał dyżury. Kartka wisiała na ścianie, z której wiedziałyśmy o kolejności swojej pracy. Były dni, że nie było co robić, ale były i takie dni, że wszystkie miałyśmy pełne ręce roboty.
Z różnych oddziałów przychodzili partyzanci na opatrunki, surowicę i inne dolegliwości.
Ci nie zostawali, odchodzili po udzieleniu im pomocy do swoich oddziałów. Byli lekko ranni.
Po kilku dniach, wyjechali do Biłgoraja na dalsze leczenie szpitalne „Kuchnia” i Piotr Rozwadowski” z nimi było źle. 2 łóżka były wolne.
Później zachorował doktór. Nic groźnego. Po prostu obsypały go czyraki na siedzeniu i musiał leżeć na brzuchu. W pierwszym dniu jego choroby, przywieźli rannego Rosjanina.
Och jak okropnie on wyglądał! Pół twarzy było wydarte, szczękę i przełyk było widać głęboko, tylko skóra naokoło wisiała postrzępiona. Lewego oka nie było widać, było bardzo opuchnięte. Drugie oko było całe. Okropnie jęczał. Doktor z wielkim wysiłkiem wstał i zabrał się do operacji. Ale nim przystąpił do niej, zapytał kto go tak urządził i gdzie?./ Dr. Umiał po rosyjsku, był ze Lwowa / . Podał mu kartkę i ołówek by napisał odpowiedź, bo przecież nie było mowy o rozmowie. Odpisał, że bili się z Niemcami w Krasnobrodzie na Podzamczu i tam został ranny. A gdy już miał zaszytą twarz , dr. zapytał znowu czy może coś chce. Odpisał, ze chce „kuszać”. Dr. Pokiwał głową z politowaniem i wydał nam rozkaz ugotowania kaszy manny, tylko wodnej i nakarmić go przez rurkę gumową, dobrze wyjałowioną. Gdy już wszystko było gotowe z wielkim trudem nakarmiliśmy go i położyły na łóżko po Rozwadowskim. Na drugi dzień dostał silnej gorączki, pomimo zastrzyku jaki dostał zaraz po operacji. Zrywał się uciekał do lasu, rozbierał się do naga i która się do niego zbliżyła to bił. A na ostatek dostał torsji i uspokoił się. Już posłuszny dałe zaprowadzić do łóżka. Żal mi go było bardzo. Był bardzo młody i tak daleko od swojego domu i rodziny. Na czwarty dzień już się zupełnie uspokoił. „Nina” zapytała jak się czuje – odpowiedział „charaszo”. Za trzy godziny później już nie żył. Prze śmiercią się nie odezwał. Pochowaliśmy go z honorami.
Niedaleko szpitala chłopaki wykopali grób, owinęli w koc i złożyli do grobu. Z pe-panca wystrzelili 3 salwy honorowe. Usypali mogiłę , ja uwiłam wieniec, nazbierałam leśnych kwiatów i złożyłam na grobie. Krzyż miał brzozowy, jak Polak, bo zginął na polskiej ziemi. Pomodliłam się za jego duszę i tak się zakończyło czyjeś życie na obczyźnie.
Po śmierci „Sowieta” nastąpiło bombardowanie gajówki „Okno” od szpitala niecałe 1 km. Powstała w szpitalu panika, bo samoloty nad szpitalem okrążały, by później z większym rozpędem rzucić bomby na gajówkę. Nasz szpital był widoczny z góry, bo połowa jego stała na polanie nie zamaskowana. Dlatego powstała panika. Nikomu nie przyszło do głowy, ze to bombardują gajówkę. Każdy myślał, że „macają” szpital. Całkiem na to wyglądało. Pruli Szwaby z działek po lesie, aż gałęzie leciały. Bomb na las nie zrzucali.
Który z chorych mógł chodzić to łapał koc na siebie i uciekał na pełny las. Niewielu ich uciekło Bi i niewielu ich było. Uciekło 4 a 3 zostało. Doktór też uciekł. Na Sali chorych została tylko „Nina” i ja. Reszta była w lesie. Z chorych zostali: „Zięba”, kapitan radziecki i fryzjer z Tomaszowa. Inne sanitariuszki też uciekły do lasu , na czele z doktorem. A nie powinni.
Gdy się uspokoiło, wszyscy przyszli, każdy był zdenerwowany. Wówczas okazało się, ze to padła ofiarą gajówka. Ale jak później opowiadała żona gajowego z tej gajówki, która przyszła z małym dzieckiem / 8 mieś./ na opatrunek, rana nie była wielka, z wybitej szyby podczas bombardowania, skaleczyło go szkło w rączkę. Sama robiłam opatrunek -to tylko Niemcy narobili dołów po podwórzu, nikogo przy tym ani raniąc ani zabijając.
Po południu tego samego dnia / a było bardzo gorąco /, przywieźli ciężko, bardzo ciężko rannego młodego mężczyznę z Aleksandrowa. Prawdopodobnie nazywał się Bździuch. Jechał z młyna z mąką na furmance i w tym momencie naleciały samoloty wracające z gajówki. Jeden z samolotów zawrócił i zaczął siec po furmance. A że to było na otwartej przestrzeni więc nie miał możliwości ukrycia się. Znalazły go inne sanitariuszki, nie z naszego szpitala. Szły właśnie do nas i napotkały tego nieszczęśnika. Z furmanki mąki i konia nie było śladu, tylko on b. ciężko ranny. Był przytomny. / On to nam wszystko opowiedział/.
Postarały się o furmankę na wsi i przywiozły go do szpitala. Były to : Helena Szanajcówna „Szarotka” i zona porucznika „Kruka” Stanisława Makuchowa ps. „Pokrzywa”.
Doktór gdy zobaczył, złapał się za głowę. Momentalnie położono go na stole operacyjnym. Lewa noga zwisała, trzymała się tylko skóry i ścięgien. Cały czas był przytomny. Opowiedział całe zajście, ale nie było czasu na słuchanie. Uśpiono go / naliczył do 26 /. Nogę mu amputowano wyżej kolana. Dr. Podał mi tę nogę i kazał zakopać. Zrobiłam to, ale on się już nie zbudził nigdy. ! Umarł. Doktór zawołał na s wszystkich i kazał zbliżyć się do nieżyjącego pokazując nam okropną ranę a raczej wyrwę o średnicy 20-25 cm. Kiszki, wątrobę i żołądek było widać. Dr. Nałożył powrotem rękawiczkę i zanurzył rękę w tej ranie. Po małej chwili wyjął pocisk z tej rany. Był to pocisk z działka samolotowego i powiedział” „to go zabiło a nie noga”. Dano znać do rodziny. Przyjechał ojciec staruszek furmanką po ciało syna. Strasznie płakał. „Nina” dała mu zastrzyk uspakajający. A gdy się uspokoił złożono ciało na furmance i pojechali do Aleksandrowa.
Na drugi dzień, przyszedł zmarłego brat po nogę. Nie chcieli go chować bez nogi, a że sobie nie zaznaczyłam miejsca zakopanej nogi stracono dużo czasu na szukanie. Już się bałam, że może lis wyciągnął ale nie, znalazła się. Zawinęłam w gazę i podałam bratu.
Był to drugi trup w naszym szpitalu. Pomału człowiek przyzwyczajał się do widoku śmierci.
Na drugi dzień po zabraniu zmarłego nadszedł meldunek od sowieckiej partyzantki aby kapitana przetransportować na miejsce lądowania samolotu pod Tarnowolę, bo oni go zabierają do Kijowa. Odjechał. Jego łóżko było wolne.
„Nina” rozporządziła, że sanitariuszka która będzie miała dyżur nocny ma spać na tym łóżku.
W wolnych chwilach śpiewaliśmy piosenki, pieśni kościelne, modliliśmy się wszyscy razem głośno. Ja czasem opowiadałam książki. Łotysz Żełajtis opowiadał łotewskie sagi, śpiewał po łotewsku i tak nam schodziły dni. Każda z nas starała się chorych czymś zająć by się nie czuli osamotnieni i nie myśleli o chorobie.
Doktorowi podobało się nasze podejście do chorych. Tylko zabronił wspólnej, głośnej modlitwy. Mówił, ze żołnierze modląc się wspólnie upadają na duchu, a nam potrzeba ludzi do walki. „Niech każdy modli się po swojemu jak ma na to ochotę” – może miał rację.
Od tej pory śpiewaliśmy tylko wesołe piosenki. Karmiono chorych dobrze. Magazyn był dobrze zaopatrzony a Hanka dobrze gotowała.
Odjechał doktor „Biga” a przyjechał dr. „Radwan”. To był energiczny lekarz. Z miejsca zagnał na s do roboty.
A polegała ona na tym, że nie znałyśmy po „imieniu” wszystkich instrumentów chirurgicznych. Dr. „Biga” nie wprowadził nas w to całkowicie, tylko po „łepkach”.
Więc co dzień o 3-ej po południu dr. ”Radwan” uczył nas tego, co nie nauczył nas „Biga”., „Filip”.
Później przyjechał dr. „Korab”. Przez kilka dni byli obaj. Muszę przyznać, że gdy był dr, „Radwan” lub „Korab” szpital się ożywiał. Chorzy weseleli mając nadzieję na wyzdrowienie.
Myśmy latały jak frygi, bo czuć było dyscyplinę i duże zainteresowanie chorymi przez tych dwóch lekarzy. Bo dr. „Biga” nie miał tej miłości do chorych. Był raczej obojętny dla nich.
Zwalał wszystką robotę na nas i na „Ninę” / Janina Rogulska/.
Odjechali. Szpital był kilka dni bez lekarza. W tym czasie przyjechał młody partyzant z „BCH” – miał kule w udzie. Sama „Nina” robiła mu operację. Kula została wyjęta. Chory powoli przychodził do zdrowia. Był to syn kapitana, lotnika, który zginął / ojciec/ w 1939r. z Warszawy. Na imię miał Tadeusz lat 18. Tyle o nim wiem. Odjechał do swojego oddziału prawie zdrowy. Na jego miejsce przyszedł chłopiec / 15 lat / z Aleksandrowa cierpiący na reumatyzm. Matka uprosiła „Ninę” / bo lekarza nie było jeszcze /, żeby go przyjęła bo w domu chłopak jęczy po nocach, że nie ma go czym leczyć. No i został przyjęty. Dostawał zastrzyki i smarowanie. Na drugi dzień przyjechał „Biga”
Pewnego dnia przyjechała z Warszawy młoda i bardzo ładna kobieta. Miała ps. „Marysia” i obie z „Niną” jako starsze siostry przełożone, dyrygowały całym szpitalem. Po kilku dniach „Marysia” wyjechała.
W jednym z wolnych dni wysłała „Nina” mnie do, Hankę i Heńkę do obozu „Wojny” / Adam Haniewicz /, po ciepłe skarpety i kamasze, bo tam był magazyn zrzutowy. Oczom naszym ukazały się piękne baraki wojskowe, partyzanci umundurowani w mundury angielskie i uzbrojeni po zęby! Był to jeden z najlepszych oddziałów w lesie, który był tak dobrze uzbrojony. W jednym z baraków na dużej Sali, stały wzdłuż ściany poustawiane równiutko ; cekaemy, elkaemy. Na naszą cześć urządzili przedstawienie, ot taki sobie mały skecz pełen humoru. Trzech chłopców „Waligóra” / Ryszard Radaj /, „Wilk” i „Sęp” odprowadzili nas do samego szpitala niosąc za nas skarpety i buty. Przyjęliśmy ich kawą „Turkiem” Bi innej nie było. Porozmawiali z chorymi i poszli do swego oddziału.
Na drugi dzień wysłano znowu mnie, Dankę i Tadzika Stadnickiego do górecka Kościelnego do księdza Mroza po kartofle, które obiecał dać dla szpitala. Poprzez wielki bród wodny dotarliśmy do Górecka. Wchodząc po kładce na rzece Kościelnej napotkaliśmy niewielki oddział partyzantów sowieckich pojących swoje konie w rzece.
Ci, jak nas zobaczyli okrążyli nas kołem. Jak się okazało, to punktem zainteresowania byliśmy obie z Danką. Bo byłyśmy w angielskich mundurach. / zapomniałam nadmienić, że nam dziewczynom nie wolno było chodzić w sukienkach. Taki był rozkaz /. Więc jak nas Sowieci zobaczyli, okrążyli kołem, jeden z nich szarpiąc mnie za rękaw u bluzy zapytał; „ od kuda wy”, a ja bez namysłu, dla humoru pokazałam ręką w górę i w dół, co oznaczało, że jesteśmy desantami z Anglii. Pewnie uwierzyli bo zaczęli dotykać nasze mundury, spodnie a nawet buty. Oj, śmiechu było co niemiara. Byli przekonani, że jesteśmy Angielkami. A na upewnienie ich, ze nie są w błędzie zaczęłam bełkotać językiem, co miało oznaczać język angielski. A oni aż gęby pootwierali z podziwu. Byłabym może jeszcze coś wymyśliła dla humoru gdyby nie Tadek.
„Chodź – powiedział bo jeszcze SA gotowi nauczyć się od ciebie angielskiego” No i ze śmiechem udaliśmy się w stronę plebani.
Ksiądz Mróz nas przyjął grzecznie ale z odrobiną nieufności. Tadzik był w cywilu.
Wytłumaczyliśmy księdzu o co nam chodzi i kto jesteśmy. Ufność wróciła. Ale kartofli nie dostaliśmy. Nie trzeba było szukać furmanki na nie, bo jak się okazało ksiądz dał je już do obozu „Wira”. Pożegnaliśmy się i poszli.
Zaproponowałam krótszą drogę, przez bagna. Bagno okazało się niegościnne. Doszliśmy do połowy tego trzęsawiska i ogarnął nas strach. Ani iść do przodu ani do tyłu. Pod nami była huśtawka. Jeszcze kilka skoków i Tadzik znalazł się po pachy w bagnie. Danka zaczęła płakać a ja okropnie zbladłam. / tak mówiła potem Danka /. Wiedziałam czym to się może skończyć, więc mimo wszystko nie straciłam zimnej krwi. Nie namyślając się długo, udało mi się złamać małą sosenkę, których było pełno na bagnie, podeszłam do Tadka na taką odległość by mnie nie wciągnęło i rzuciłam mu sosenkę. On położył ją sobie na poprzek i już miał oparcie. Nie zanurzał się głębiej. Dance nie kazałam się z miejsca ruszać, by się i ona nie zapadła, jej nie dałabym rady. Była za gruba. Złamałam druga sosenkę, podeszłam bliżej i podałam mu do ręki. I tak z wielkim wysiłkiem / a siła była ze strachu / jego i moim wygramolił się z tej topieli. I znowu z kępki na kępkę skacząc do szliśmy do brzegu.
Tadek wyglądał okropnie, jak mumia egipska, oblepiony był cały brunatną mazią. Zaczęliśmy się śmiać / po fakcie /okropnie. Tadek był zły na mnie, ze to ja wszystkiemu jestem winna, bo taką drogę wybrałam. Powiedział- że nigdy w życiu już nie posłucha baby”. Ale, że słonce prażyło, za 2 godziny ubranie jako-tako przeschło i można było z grubsza zgarnąć błoto.
Na drugi dzień, po tej wyprawie po kartofle, było bombardowanie Trzepietniaka. Zabitych ani rannych nie było. Tylko jeden z gospodarzy ratując krowę z palącej się obory, przewrócił się na wznak w palącą się słomę. Był bardzo poparzony. Przywieźli go do nas. Ale się pomału „wylizał” i poszedł do Aleksandrowa.
Był koniec maja. Mówiono głośno o nadchodzącej akcji niemieckiej na las. Z początku nie wierzono tej wersji. Ale już w pierwszych dniach czerwca 1944r.głośnym echem dały znać o sobie armaty w lasach janowskich. A w lesie bardzo słychać. A więc walka zaczęta.!
W szpitalu zapanował dziwny nastrój. Ni to smutek ni bojaźń. Ale zdenerwowany był każdy.
Jednego dnia przyjechał na koniu major „Kalina” i wydał rozkaz ewakuacji szpitala w lasy zwierzynieckie.
16 VI 1944r. świtało jak zbudziła nas trąbka alarmowa do szykowania się w drogę. Furmanki już stały gotowe, wyścielone słomą by chorym było wygodnie jechać. Każda sanitariuszka miała przyszykowana torbę sanitarną wypchana lekami, plecak i zrolowany koc. Ubranie cywilne zakopaliśmy. Zostałyśmy tylko w mundurach.
W chwili wyjazdu, przyjechał na koniu goniec z odwołaniem ewakuacji do następnego dnia.
A armaty coraz bliżej dawały znać o sobie. Front się zbliżał.
Chorych opanował strach. Wcale się im nie dziwiłam. Cóż oni biedacy zrobiliby gdyby ich akcja zastała w szpitalu?!.
17 VI to samo. Odwołanie!
18 VI . Odwołanie !
19 VI przywieźli zabita krowę z Aleksandrowa. Była już wypatroszona, tylko trzeba było odjąć mięso od kości i obsmażyć by ranni obsługa miała co jeść podczas walki. Bo kto by wówczas myślał o kuchni.
Wszyscy lekarze byli w szpitalu gotowi do wyjazdu. Dr Radwan z naszą pomocą, rozebrał te krowę, ale już nie było możliwością rozpalenie pod kuchnią. Solono mięso i układano w kotły
Które z kolei wynoszono w bagno do wody. Kości zabrała jakaś kobieta z Aleksandrowa. Miała co dźwigać w worku. W nocy, między 24 a 1 –szą godz. Zbudziła mnie „Nina” szepcąc mi w ucho abym się ubrała i wyszła na dwór. Gdy już byłam gotowa i stanęłam obok niej na dworze, ujęła mnie pod rękę i odeszłyśmy z 30 m od szpitala i rzekła cicho: „Musimy zakopać teraz, aby nas nikt nie widział, wszystkie narzędzia chirurgiczne i lekarstwa, aby się nie dostały w łapy Niemców”. Musiałam na to złożyć przysięgę o            1 –szej w nocy, że nikomu nie powiem. „Nina” powiedziała: „wie o tym tylko Bóg, ja i ty !”
Przysięgi dotrzymałam . zakopałyśmy. A za dnia zakopali chłopcy inne rzeczy jak: wszystko to co było w magazynie. A magazyn był bardzo dobrze zaopatrzony jak sklep wielobranżowy. To nie podlegało tajemnicy. Ale to co oni zakopywali chyba się zmarnowało, bo wkładali w dół pełen wody, gdyż naokoło było bagno, więc o wodę nie było trudno. Ale najważniejsze było to, aby nie wpadło w niemieckie łapy.
20 VI odwołanie. W szpitalu zapanował strach wśród chorych. Już na wszystko było za późno! Przyszedł rozkaz , kto chce iść do domu nie zatrzymywać! Bo to miało charakter nie bojowy lecz ciągłe cofanie się przed przeważającą siłą niemiecka. To był cofający się front.
Ja miałam zostać, ale przyszła Aniela Nowakówna /moja stryjeczna siostra/ ps.”Ksantypa” i Helena Szanajcówna ps. „Szarotka” z Józefowa i powiedziały mi, ze moja matka kazała mi kategorycznie wracać do domu. Ani myślałam posłucha matki. A nawet się trochę na mamę obraziłam, że ma mnie za małe dziecko. Aniela zwróciła mi uwagę, że matki trzeba słuchać i mam wracać do domu. Długo się spierałam, fukałam nim ustąpiłam.
A dlatego tylko ustąpiłam, że się do tej rozmowy włączyli dr. „Radwan” i „Nina”. To oni mnie do tego nakłonili. Z wielkim bólem w sercu i ze łzami w oczach wykopałam swoje cywilne ubranie a mundur oddałam jednej dziewczynie z Aleksandrowa, która u nas była bo się bała być na wsi. Nazywała się Stefania Mazur / zginęła/ !
A armaty coraz bliżej i bliżej dawały znać o sobie. Nie było innej rady jak pożegnać wszystkich i wracać do domu na rozkaz matki i prośbę dra „Radwana”.
Każdy był jakiś nerwowy. Tak, to były napięte nerwy bojaźnią. Bo nie wiadomo było z której strony uderzą Niemcy. A akcja szła straszna.
Niemcy puścili 3 dywizje wojska na nasze lasy.
Weszłam na salę chorych oznajmiając im, że wracam do domu bo mnie wzywa mama. Po prostu bała się o mnie. Jak każda matka w tym wypadku. Chorzy też mi radzili wracać do domu. „Jesteś taka młoda, możesz zginąć” – mówili. Ucałowałam każdego chorego i ze łzami w oczach opuściłam salę. Oni też mieli łzy w oczach. Straszna mi myśl przyszła do głowy gdy ich całowałam. Miałam takie odczucie, że całuję trupy. Zimno mi się zrobiło na te myśl.
Potem poszłam pożegnać się z chłopcami z ochrony. „Nina” mnie wycałowała i popłakałyśmy się obie. Bardzo mi było szkoda chorych, tak się do nich przyzwyczaiłam a oni do mnie, że to rozstanie było dla mnie ciężkie.
„ Nie płacz – mówiła „Nina” – idź do domu, tak będzie lepiej, tak trzeba. Tam matka ciebie potrzebuje – „Idź. Dr. „Radwan” mocno mnie przytulił do siebie mówiąc; „pamiętaj, jak się skończy wojna idź do szkoły w kierunku medycznym, o jesteś zdolna. Byłem z ciebie bardzo zadowolony jako pielęgniarki, więc dalej w tym kierunku się ucz”. I pocałował mnie w czoło. Z dziewczętami też się serdecznie pożegnałam, płacząc.
Do Józefowa droga była jeszcze wolna, trzeba się było spieszyć by ja nie zamknęli Niemcy.
Był poniedziałek 22 VI 1944r.
Furmanka już czekała, usiadłam i odjechałam z chusteczką przy oczach. Nie tylko ja poszłam do domu, poszły i inne dziewczynki, ale nie wszystkie. Zostały: Hanka Sobczak ps.”Brzoza”, Danusia Wójcikówna, „Nina” i z Aleksandrowa Stefania Mazurówna. / zginęła/.
Gdy dojeżdżaliśmy do placówki „Wira” napotkaliśmy jadącą furmanke z rannym do szpitala spieszącą. Zatrzymały się obie furmanki. Sanitariuszka siedząca na furmance trzymając głowę rannego na kolanach, zapytała czy w szpitalu jest doktor. Gdy odpowiedziałam, że jest wówczas ona mi się przedstawiła. Nazywała się Irena Piskorska ps.”Szarotka” i była z oddziału BCH „Rysia”. Ranny był nieprzytomny. Był ranny w głowę i brzuch. Po chwili rozmowy pożegnaliśmy się skinieniem głowy życząc sobie „do widzenia”. / zginęli oboje /.
I tu kończy się moja praca w szpitalu partyzanckim.
A teraz króciutko nadmienię dalsze koleje mojego życia, jak wyruszyłam ze szpitala do domu.
Otóż wyruszyłam w poniedziałek a już w czwartek byłam / 24 VI 44r./ zabrana z cała rodziną za druty do przejściowego obozu w Zwierzyńcu. Po tygodniu zabrali nam kenkarty i załadowali na samochody przywożąc nas / ludzi / na stację kolejową Biały Słup – Zwierzyniec, tam stał już gotowy pociąg towarowy czekający na ludzi, którym mieliśmy jechać na Majdanek, ale mnie się udało uciec z wagonu. Jakiś kolejarz zaprowadził mnie do Zwierzyńca do pp Pasikowskich. Tam zamieszkałam. Nie wiem jakim cudem, dowiedziano się z organizacji o mojej ucieczce z pociągu, bo już po 3 dniach przyszła Zosia Dąbrowska z aparatem i zrobiła mi zdjęcie byle jakie, aby mi wyrobić na razie sfingowane zaświadczenie pracy. Na drugi dzień po jej wizycie, chłopak / 14- 15 / lat przyjechał na rowerze i przywiózł mi gotowe za świadczenie i przekazał ustny rozkaz abym poszła do fotografa na rynek i zrobiła sobie zdjęcie do dowodu osobistego, czyli do nowej kenkarty. Z wielką bojaźnią poszłam bo było pełno Niemców, ale jakoś doszłam nie zaczepiana przez Niemców.
Po kilku dniach, ten sam chłopak przywiózł mi nowiutki dokument tożsamości.
Nowa kenkarta opiewała, że jestem rodowitą Warszawianką zamieszkałą na ul. Mazowieckiej 17/3. U pani Pasikowskiej był na stancji Niemiec i zainteresował się moją osobą. Pytał skąd się wzięłam raptem w tym domu. Pani Pasikowska powiedziała, że przyjechałam z Warszawy. Ale po tygodniu musiałam wyjechać bo ten Szwab coś podejrzewał. Bałam się nie miałam ochoty pod koniec wojny, wracać za druty.
Wybrałam wolność wyjeżdżając do Biłgoraja. Zatrzymałam się u ciotki. Odnalazłam „swoich” chorych w szpitalu, którzy zostali przywiezieni do Biłgoraja z ciężkimi stanami.
Jednemu z nich / a było ich trzech / amputowano nogę.
Doktór Pajasek zezwolił mi przychodzić do „swoich” chorych ile chcę i kiedy chcę. Wiedział kim jestem. I w ten sposób jeszcze pracowałam w konspiracji w szpitalu w Biłgoraju. I tam doczekałam się wyzwolenia. Do Józefowa wróciłam 24 lipca. Jak tylko wojsko radzieckie przejechało przez Józefów, rzucono się na las szukając rannych lub zabitych.
„Żniwo” było ogromne. W szkole w Osuchach robiono prędko trumny z byle jakich desek i chowano zabitych. A było ich bardzo dużo. Oj dużo ! Kobiety zwoziły swoimi końmi z lasu jedlinę a my „dziewczyny z lasu” wiłyśmy wianki. Gdy już pochowano wszystkich tych, których znaleźli, zrobiono polowy ołtarz i ksiądz z Łukowej odprawił mszę św. I poświęcił cmentarz partyzantów.
Obecnie stoi piękny pomnik i pięknie odnowiony cmentarz. A ja „dorobiłam” się Krzyża Partyzanckiego. .

Mirska Stefania ps. „Sarna”

Wspomnienia Pani Stefani Mirskiej  ps.”Sarna”, zapisane ręcznie długopisem w zeszycie, z licznymi skreśleniami, poprawkami i śladami emocji otrzymałem na początku lat osiemdziesiatych wraz ze zgoda na wykorzystanie do opracowywanej historii Józefowa w latach okupacji oraz zgodą na dalszą publikacje .

24.01.2012r. Zygmunt Puźniak

PRZERWANE śniadanie

PRZERWANE ŚNIADANIE

Pierwsza po zakończeniu wojny Wielka Niedziela przypadała 1 kwietnia.
Do świąt społeczeństwo Zamojszczyzny przygotowywało się radośnie, ale zarazem z zadumą i troską o dalszą przyszłość. Ogołocone konfiskatami i kontrybucjami spichlerze i chlewy świeciły pustkami. Ludzie lizali rany, wspominali poległych i nadsłuchiwali wieści
o powracających z niewoli lub wywiezionych na roboty do Rzeszy.
Od czasu do czasu wybuchała radość, ktoś się odnalazł, inny powrócił, życie powoli wracało w swoje koleiny.
Czasy jednak były nadal niepewne i niespokojne: szerzył się bandytyzm i rabunek, mnożyły napady i zuchwałe kradzieże, donosy i denucjacje.
Wielu nie mogło pogodzić się z wprowadzanym siłą nowym porządkiem ustrojowym, nowymi „sojusznikami”.
Wielu nie mogło zrozumieć, dlaczego oni, bohaterowie walki z okupantem hitlerowskim zostali zepchnięci na margines. Nie mogli pojąć „ … Że to, co było kilka miesięcy temu poczytywane za zasługę, powód do dumy, co traktowane było niedawno jako nobilitacja i zaszczyt – stało się obecnie rzeczą raczej wstydliwą i podejrzaną, o której nie można mówić głośno, publicznie i szczerze. Gdzie tkwi przyczyna owych zmian, jaki jest ich ukryty mechanizm? „ ( Zbigniew Jakubik – Mój wstrętny brzuch.)
Pytania takie zadawała sobie także Maria Piasecka – Mużacz ps.”Żar”, bohaterska łączniczka zamojskiego inspektoratu AK, żona aresztowanego w sierpniu 1944r. i wywiezionego w głąb Rosji do Riazania Czesława Mużacza ps. „Selim”.
Przeżycia wojenne , w tym więzienie i ciężkie przesłuchania na gestapo w Lublinie, aresztowanie najbliższej osoby / Selima/, wywołały u niej ostrą chorobę i konieczność hospitalizacji w biłgorajskim szpitalu, a następnie konieczność poszukania spokojnej oazy do dalszej rekonwalescencji.
Miejsce takie znalazła w leżącej na skraju Puszczy Solskiej wiosce Górniki u dobrze jej znanej z okresu okupacji gościnnej rodziny Berdzików.
Na wspólne spędzenie świąt wprosili się także inni znajomi gospodarza, dotychczas ukrywający się po sąsiednich wsiach: Konrad Bartoszewski „Wir” wraz z małżonką Janiną Rogulską- Bartoszewską ps. ”Nina”, Franciszek Mielniczek ps. „Jeż”, Jgnacy Pyter ps
.”Murzyn”, Cyprian Łyś ps.”Cyper”, Stefan Poździk ps.”Wrzos” oraz plut .Zygmunt Hanas ps. Wilczur.

Konrad Bartoszewski ścigany był przez organa UB i NKWD szczególnie zajadle, a to za sprawą rozbicia w dniu 26 stycznia 1945r. więzienia w Biłgoraju i uwolnienia 67 żołnierzy AK, którzy mieli być wywiezieni w głąb Rosji.
Schronienie znalazł u rodziny swojej łączniczki Anny Sobczak ps. ”Hanka” w odległym od Górnik o 4 km. Majdanie Kasztelańskim.
Po przybyciu gości / ok.godz.10 /, gospodarze podali do stołu /wcześniej z kryjówki zabudowań gospodarczych przynieśli ukryte radio /, a następnie pozostawili gości, gdyż zdawali sobie sprawę, że mają do omówienia wiele pilnych spraw objętych dla nich tajemnicą.
Około południa do budynku wpadła zdyszana i w niekompletnym ubraniu Anna Sobczak, która zameldowała „Wirowi”, że zabudowania tartaczne przy stacji kolejowej Krasnobród zostały otoczone przez wojska UB, zaś druga kolumna wzmocniona tankietką udała się w kierunku Starych Górnik i w każdej chwili mogą otoczyć Górniki.
Nie ociągając się goście wybiegli na podwórze zabierając z sobą przyniesioną broń automatyczną i osobistą, wsiedli na naprędce zaprzężoną furmankę i skierowali się
w kierunku drugiej części wioski, położonej za wzniesieniem, a następnie w kierunku lasu.
Niestety od strony Starych Górnik zbliżała się obława, która rozpoczęła ostrzał uciekinierów z broni automatycznej.
W międzyczasie „Żar” przy pomocy synów gospodarzy / Jana i Szczepana / włożyła do skrytki radio oraz dokumenty, uprzątnęła mieszkanie i położyła się do łóżka udając chorą.
W wyniku pościgu funkcjonariusze i żołnierze UB zastrzelili Ignacego Petera ps. ”Murzyn.”
„ Nina” oraz „ Hanka” zeskoczyły z furmanki i ostrzeliwując się z automatów , w celu odwrócenia uwagi, rozpoczęły ucieczkę w innym kierunku, także do lasu.
Podczas pościgu ciężko ranna w nogę została Hanka / prawdopodobnie pociskiem dum- dum/, w wyniku czego musiano jej później amputować nogę. „Nina” ostrzeliwała się do ostatniego pocisku, potem została schwytana i uwięziona.
„Wir”, „Jeż” i „Wilczur”, zdołali zbiec do lasu a następnie ukryć się w zabudowaniach Długiego Kąta.
Rozwścieczeni Ubowcy, dowodzeni przez oficera NKWD Pukało oraz Makucha z PPUB
Biłgoraj, pobili gospodarza Stanisława Berdzika oraz jego synów. Starszy z nich Jan otrzymał cios kolbą pistoletu od NKWU-dzisty, aż stracił przytomność .Najcięższe baty dostały się jednak młodszemu Szczepanowi; bezpieczniacy liczyli bowiem, że z racji młodego wieku wyda miejsce ukrycia radiostacji i broni. Podczas przeszukania sąsiednich gospodarstw Matei znaleziono rkm ,zaś karabin w schronie u brata Stanisława, Macieja Berdzika . / Matei za karę spalono stodołę/.
Po latach Szczepan Berdzik wspomina: „ Kończyłem zasypywanie drzewem schronu gdzie z bratem Jaśkiem schowaliśmy radio, broń i jakieś papiery, kiedy do drewutni wszedł żołnierz i spytał co tutaj robię. Odpowiedziałem, że nabieram drzewa aby rozpalić pod kuchnią. Zabrał mnie z tym drzewem do domu. Kiedy wszedłem Makuch spytał mnie gdzie byłem, na co odpowiedziałem, że wróciliśmy z matką i bratem od rodziny w Majdanie. Makuch aż podskoczył krzycząc, że ktoś tu kłamie. Matka bowiem powiedziała mu, że byliśmy w Stanisławowie. Zamachnął się na matkę, ale jej nie uderzył tylko silnie popchnął na ścianę.
W obronie matki stanął Jasiek chwytając go za ramię, ale Makuch walnął go na odlew pistoletem trzymanym w garści, aż ten stracił przytomność.
Żołnierze ułożyli mnie na ławie a Makuch wziął stojący przed kuchnią pogrzebacz i zaczął mnie nim okładać. Bolało, więc darłem się w niebogłosy, a on pytał ; gdzie schowałem broń, kto tutaj był i że teraz to już z nami się policzą…”
Bicie i wymuszanie zeznań przerwano dopiero wówczas, kiedy „Żar” oświadczyła oficerowi NKWD, że broń przynieśli ze sobą jej goście w tym Wir, a schowali ją na jej prośbę.
Aresztowanych załadowano na furmankę i przewieziono do stacji kolejowej Krasnobród.
„Hankę” pozostawiono w domu, zaś „Ninę” i „Żar” załadowano na ciężarówkę i zawieziono do siedziby PPUB w Biłgoraju.
„Nina” została następnie przewieziona do siedziby UB w Lublinie, uwięziona na „Zamku,”
gdzie odbyła się rozprawa, podczas której skazano ją na 10 lat więzienia. Osadzona we Wronkach przesiedziała 2 lata, po których zwolniona została na mocy amnestii w 1947r.
Maria Piasecka- Mużacz z aresztu przewieziona została na leczenie do szpitala w Biłgoraju, skąd przy pomocy „Wrzosa „ i „ Wilczura”, żołnierzy „Wira” udało jej się w dniu 20 kwietnia 45r. zbiec i skutecznie ukryć.
Konrad Bartoszewski „Wir” podziemną działalność prowadził do roku 1947, kiedy to po ogłoszeniu amnestii, za zgodą i w porozumieniu z dowództwem WiN, wspólnie z d-cą Okręgu Lubelskiego mjr Wilhelmem Szczepankiewiczem ps.”Drugak”, ujawnili się i złożyli broń.
Wiadomości o poczynaniach Wira i jego oddziału UB w Biłgoraju , jak wkrótce ustalono, czerpało od agenta ”W” / tak określa go we wspomnieniach Wir, dodając jednak, że wcześniej służył on w oddziale „ Woyny” /.
Ponieważ nazbyt często wyciekały informacje znane tylko nielicznym z otoczenia Bartoszewskiego, zlecił on dyskretną obserwację „W”, na którego padło podejrzenie.
Dołączył on do oddziału Wira w styczniu 1945r., kiedy to został wypuszczony wraz z 67 innymi osobami z rozbitego więzienia w Biłgoraju w dniu 26 stycznia 45r.
Do ostatecznego zdemaskowania doszło podczas rozmowy jaką przeprowadził z nim Bartoszewski w miesiącu lipcu 45r. w mieszkaniu Franciszka Mielniczka ps. Jeż w Długim Kącie. Przyparty do muru „W” przyznał się do współpracy z NKWD i UB.
Po naradzie „W” został wyprowadzony z mieszkania przez „Jeża”, a kiedy ten wyciągnął pistolet padł mu do nóg prosząc o zmiłowanie i wybaczenie.
„Jeż” trzymając „W” pod pistoletem doprowadził go do stacji kolejowej a gdy nadjechał pociąg kazał mu wsiąść i nigdy nie wracać na te tereny, jeżeli tego nie usłucha, spotka go zasłużona kara.
Warunku tego „W” dopełniał przez długie lata, żyjąc na „ziemiach odzyskanych”.
Kiedy jednak coraz bardziej umacniała się nowa władza a czas zacierał pamięć „W” coraz częściej wypowiadać się zaczął o swoim kombatanctwie, nie wspominając o zdradzie najbliższych.

Ostatni żyjący świadek tamtych tragicznych wydarzeń Szczepan Berdzik, mieszka w koloni Siedliska koło Józefowa./ fot./

Zamość 01.kwietnia 2009r. / dla Tygodnika Zamojskiego /

Zygmunt Puźniak

ROK 1943 NA ZAMOJSZCZYŹNIE. AKCJA PACYFIKACYJNA WERHWOLF NA TERENIE GMINY ALEKSANDROWSKIEJ / JÓZEFOWSKIEJ /

WEHRWOLF / WILKOŁAK /
65 rocznica wielkiej akcji / Grossaktion / pacyfikacyjno-wysiedleńczej na Zamojszczyźnie.

29 czerwca 2008 roku do Osuch zjechała cała kombatancka Zamojszczyzna;
w ramach obchodów 64 rocznicy bitwy w Puszczy Solskiej odsłonięto odnowiony pomnik przypominający o partyzanckiej hekatombie czerwca 1944 roku. Uroczystościom nadano szczególnego charakteru poprzez udział biskupów, władz wojewódzkich , generalicji, pocztów sztandarowych, wojska i organizacji kombatanckich. Wszystko zgodnie z ceremoniałem wojskowym.
Towarzyszyły temu wystawy, konkursy, wręczanie dyplomów, pokazy historyczne w tym rekonstrukcji bitwy / chyba przesadzone proporcje, gdyż „Niemcy” uciekali gdzie pieprz rośnie/.
Wszystko to w atmosferze jednego wielkiego pikniku. Uczestnik tych uroczystości zapewne odchodził z odczuciem udziału w święcie wielkiej wiktorii oręża partyzanckiego.
Tymczasem jest to po Monte Cassino największy polski cmentarz wojskowy okresu II wojny, na którym złożono ciała partyzantów poległych na rozległym obszarze Puszczy Solskiej od Górecka po Uroczysko Maziarze. Cmentarz nie chwały, lecz tragedii polskiego żołnierza. I o tym należy pamiętać i przypominać.
Przypominać należy także inną niemiecką operację specjalną przeprowadzoną w czerwcu i lipcu 1943 r., nazywaną przez Niemców Grossaktion / Wielką Akcję / kryptonim Wherwolf / Wilkołak /, której uderzenie skierowane głównie przeciw ludności cywilnej, przyniosło śmierć i zniszczenie na niespotykaną dotychczas skalę
. Za datę jej rozpoczęcia przyjmuje się dzień 17 czerwca 1943 roku, kiedy to samoloty niemieckie zbombardowały Józefów.
Rozpoczęcie trwającej miesiąc czasu akcji / do 15 lipca 43r./ poprzedziło szereg istotnych przygotowań organizacyjnych i personalnych w dowództwie niemieckim.
Po fiasku akcji osiedleńczej /Ansiedlungsaktion/ , na polecenie Himmlera powołano specjalny sztab przeciw partyzancki, na czele którego postawiono osławionego później okrucieństwem likwidacji powstańczej Warszawy generała von dem Bach – Zalewskiego. / później wyparł się polskiego pochodzenia rezygnując z drugiego członu nazwiska /.
W połowie czerwca na Zamojszczyznę przerzucono specjalne siły odwodowe, w tym dwa zgrupowania wyłonione ze 154 i 174 rezerwowej dywizji piechoty, siły lotnicze, zmotoryzowane bataliony policji i SS, oddziały Schupo, a także oddziały tzw. Ostlegionów
i ukraińską dywizję SS-Galicja. Jeden z pułków policji zwany „ Kriese” ściągnięto aż z odległej Marsylii. / Zamojszczyzna. SonderlaboratoriumSS T.II str.109./
Łącznie Niemcy zaangażowali ponad 30 tys. żołnierzy i policjantów. Całością sił pacyfikacyjnych dowodził wyższy dowódca SS i policji w GG Friedrich Wilhelm Kruger.
Poza zniszczeniem ugrupowań partyzanckich podjęta akcja miała za zadanie kontynuację przerwanej w lutym 43r. kolonizacji i prowadzenie nasiedleń oczekujących w Łodzi „na wolne miejsca” kilku tysięcy rodzin Volksdeutschów.
Główne uderzenie niemieckie rozpoczęło się w nocy z 23 na 24 czerwca od pacyfikacji gminy aleksandrowskiej. O szczegółach tej akcji dowiadujemy się między innymi ze wspomnień „Stara”: „W nocy z 23 na 24 czerwca cała gmina Aleksandrowska jest otoczona, patrole rozstawione są na wszystkich przejściach. Od wczesnego ranka 24 VI słyszę warkot samochodów na drodze Zwierzyniec – Józefów. To dalsze posiłki. Idą wojska zmotoryzowane. Na pozycje środkowe ciągną czołgi dla likwidacji „nieprzyjaciela” w kotle.…Rozpoczyna się szczegółowe poszukiwanie „bandytów”. Przede wszystkim ludność, jaką zastano po wsiach, spędzano do kościołów, względnie na plac, otaczając ich silna wartą i przystąpiono do rewizji domów, aby – jak mówiono- sprawdzić, czy nie ukrywają się gdzieś bandyci. Cokolwiek znaleziono w zabudowaniach mniej lub bardziej wartościowego, znikało bezpowrotnie. W ogóle wszystko stawało się pastwą rozwścieczonej tłuszczy niemieckiej. Po przeprowadzonej rewizji każde gospodarstwo przedstawiało obraz całkowitej ruiny. Inwentarz żywy, puszczony luzem, tratował pola z wyjątkowo pięknymi w tym roku zasiewami. Żołdactwo na koniach, motocyklach i pieszo, szukając po polach, dopełniało zniszczenia.
Od czasu do czasu słychać było wybuchy pocisków armatnich. To działa ustawione w okolicy Biłgoraja wspomagają idącą naprzód „dzielna armię zbrodniarzy”. Ustawiczna strzelanina z karabinów maszynowych, warkot motorów, ryk bydła, krzyki i nawoływania żołnierzy, płacz dzieci i kobiet pędzonych na miejsca zbiórki, stwarzały obraz trudny do opisania. – To nie jest XX wiek kultury. To czasy krzyżackich napadów na bezbronnych mieszkańców wsi, porywanie niewiast i dzieci. To rzeź ludzi, którzy ośmielają się myśleć i mówić po polsku”
( „Star” – Wysiedlenie i pacyfikacja gminy Aleksandrów w 1943r. w „ Terror niemiecki w Zamojszczyźnie”. Zamość 1946r.)
W czasie miesięcznej akcji hitlerowcy wywieźli z terenu gminy aleksandrowskiej 3000 ludzi, którzy osadzeni zostali w obozach przejściowych w Zwierzyńcu i Zamościu a potem przetransportowani do obozu zagłady na Majdanku oraz do Niemiec.
Obozy w Zamościu i Zwierzyńcu zostały zapełnione do absolutnych granic. Zgromadzono w nich łącznie ponad 36000 ludzi. Warunki w nich panujące były wręcz przerażające; panował taki ścisk, że trudno było znaleźć miejsce do spania, nawet na gołej ziemi. W tym przerażającym ścisku, ludzie prażyli się na słońcu, bez wody i pożywienia.
Nie sposób było zachować jakiekolwiek warunki sanitarne i higieniczne. Już z daleka od obozów czuć było fetor, a wszy swobodnie wędrowały z człowieka na człowieka.
W dniu 5 lipca1943r. obóz przejściowy w Zamościu osiągnął swój szczyt „przerobowy”
osiągając stan 12000 ludzi i utrzymując go do końca lipca.
Bilans akcji pacyfikacyjnej Wherwolf był przerażający.
W czasie jednego miesiąca wysiedlono z Zamojszczyzny 171 wsi, z tego aż 89 z powiatu biłgorajskiego. W obozach przejściowych umieszczono 36000 ludzi, których według badań Czesława Madajczyka poddano następującej klasyfikacji:
- przeznaczono do zniemczenia – 264
- wywieziono do obozów koncentracyjnych i pracy w Niemczech – 26000
- przeznaczono do pracy na terenie Generalnej Guberni – 3000
- do Rzeszy deportowano 4500 dzieci, które skierowano do Lebensbornów ( źródło życia) celem zniemczenia. / specjalne ośrodki odnawiające germańską rasę /
Najcięższy los dotknął ludzi skierowanych do obozu w Majdanku. W lipcu 1943r. według danych lubelskiego wywiadu AK, stan więźniów osiągnął swoje maksimum wynoszące 21000 ludzi; stłoczonych podobnie jak w Zamościu i Zwierzyńcu w barakach i na „gołym polu”.
Zdecydowaną większość pośród więźniów Majdanka stanowiły osoby starsze oraz kobiety i dzieci./ Mężczyźni podczas akcji zapadli w lasach/. Wystawieni na porażające słońce, brak żywności i wody, powodowały masowe zgony z wycieńczenia oraz w wyniku szerzenia się chorób zakaźnych, jak tyfus i czerwonka. Jak podają „Zeszyty Majdanka” t.V dziennie umierało ponad 12 dzieci.
W obozach przejściowych w Zamościu i Zwierzyńcu gestapo poddawało zatrzymanych
wymyślnym i okrutnym przesłuchaniom w celu zdobycia informacji o członkach ruchu oporu Np. mieszkańcowi Józefowa, Józefowi Klawiszowi, podczas przesłuchania zmiażdżono genitalia w wyniku czego poniósł śmierć.
W równie okrutny sposób zginął inny mieszkaniec tej osady: Andrzej Zaśko, którego po
schwytaniu w dniu 3 lipca 43r.najpierw ciągnięto na lince przywiązanej do samochodu
by następnie powiesić go za nogi na drzewie, oblać benzyną i podpalić.
Przykłady nieludzkiego postępowania czy wręcz zezwierzęcenia można mnożyć bez końca.
Poruszając temat wysiedleń i pacyfikacji, szczególny hołd oddać należy jednak wiosce Aleksandrów.
W czasie akcji Wherwolf pacyfikowano ją dwukrotnie; raz jak opisano wyżej 24 czerwca 43r. i ponownie 5 lipca 43r. Był to sądny dzień dla mieszkańców wioski; z dymem puszczono ponad 100 gospodarstw. Na ludzi urządzono polowania, zabijając 25 osób. Pozostałych schwytanych wywieziono do obozów koncentracyjnych.

Aleksandrów w samym tylko 1943 roku pacyfikowano 5 krotnie.
Wioska w czasie okupacji była kilkakrotnie palona, w tym także przez partyzantów, którzy wykurzali w ten sposób ukraińskich i niemieckich osadników. Łącznie w okresie okupacji wywieziono z niej do obozów 822 osoby, z tego później do Niemiec trafiło 434, zaś śmierć poniosło ponad 300 osób.
Na Zamojszczyźnie / a także zapewne w Polsce / nie ma drugiej tak tragicznie doświadczonej miejscowości, a mimo to nie znalazła ona „uznania” w oczach dziennikarzy i historyków, bowiem przyjęło się / niesłusznie ! / uważać wioskę Skierbieszów za symbol wysiedleń zaś wioskę Sochy za symbol pacyfikacji / słusznie /.

Bilans Grossaktion -Wherwolf był przerażający: spalone i wyludnione wioski, wałęsające się po polach i lasach bydło i wszechobecny strach.
Spostrzeżenia takie odnaleźć można nawet w dokumentach niemieckich. Np.. dowódca plutonu żandarmerii w raporcie do dowództwa pisze: „ … To co się działo bezpośrednio w następnych dniach / po zakończeniu akcji/ można określić jako spustoszenie, gdyż miejscowości te przez wiele dni były zupełnie opustoszałe, a pozostawione bydło w pierwszych dniach pozostawało bez opieki, zdane na siebie. W konsekwencji bydło błądziło po terenie, wyrządzając szkody na polach, częściowo pozdychało, a częściowo zostało złapane przez Polaków ukrywających się w lasach i zarżnięte. Ponadto przebywająca w lasach ludność zakradała się w nocy do opuszczonych miejscowości i brała wszystko, co było do wzięcia. Domy, jak po kilku dniach sam mogłem się przekonać w Aleksandrowie i Łukowej, zostały doszczętnie splądrowane” –„ Zamojszczyzna. Sondenlaborium SS. Dokumenty”- pod redakcją Czesława Madajczyka./

Łącznie podczas akcji pacyfikacyjnej i trwających obław na ukrywających się partyzantów
na terenie Zamojszczyzny zabito 938 osób, z tego w powiatach biłgorajskim 525, hrubieszowskim – 177, tomaszowskim – 119 i zamojskim – 117.
„Wielka Akcja – Wilkołak” tylko przyhamowała rozwój ruchu oporu na Zamojszczyźnie; nieludzki terror wobec ludności cywilnej, wywołał odruch zemsty za wyrządzone krzywdy i powiększył szeregi partyzantów. Już jesienią przystąpili oni do kontrofensywy.
Warto o tych tragicznych wydarzeniach pamiętać i przypominać młodemu pokoleniu ku przestrodze.

Zamość 05.07.2008r.

Zygmunt Puźniak   / dla Tygodnika Zamojskiego /

KAMPANIA WRZEŚNIOWA NA ZAMOJSZCZYŹNIE W OKOLICACH JÓZEFOWA

II KAMPANIA WRZEŚNIOWA .

Pierwsza dekada września przyniosła Armii Polskiej szereg niepowodzeń w wojnie obronnej i znaleźliśmy się w głębokiej defensywie. Wojska niemieckie rozbijały kolejno stające na ich drodze armie i związki taktyczne ,zbliżając się w błyskawicznym tempie do centrum kraju. Po przełamaniu granicznych linii obronnych, starali się otoczyć rozbite jednostki i zmusić je do kapitulacji.
Podstawą do ich dalszego działania stała się dyrektywa Naczelnego Dowództwa z 5.IX.39r. w brzmieniu: „ Zamknąć armię polską w łuku Wisły i nie dopuścić do jej wymknięcia się z zakładanych kleszczy przez 14 Armię od południa na Jarosław – Tomaszów – Zamość – Chełm – Włodzimierz i przez 3 Armię od północy po obu stronach Bugu na Brześć – Kowel”
Wykonanie tego zadania powierzone zostało 8 i 28 dywizji piechoty wchodzących w skład
VIII Korpusu , nacierającego po osi Leżajsk, Tarnogród, Józefów, TomaszówDrugi trzon niemieckich kleszczy stanowił XXII Korpus Pancerny gen. Kleista, nacierający
z rejonu Sokala.

Działania niemieckie spowodowały, że począwszy od 13.IX.39r.Armia „Lublin” gen.Piskora i Armia„Kraków” gen. Antoniego Szylinga działająca pod wspólnym dowództwem tego
pierwszego zostały zagrożone zamknięciem w kotle w okolicach Józefowa.
W tej sytuacji gen. Piskor podjął decyzję o przebijaniu się zagrożonych jednostek na tzw.
przyczółek rumuński, wyznaczając kierunek natarcia po osi Biłgoraj – Józefów – Tomaszów.
Tym samym Józefów znalazł się na linii przemarszów i zaciętych walk kilkudziesięciu związków taktycznych począwszy od pułków, po dywizje, samodzielne brygady i grupy operacyjne.
W okolicach Józefowa zrobiło się gorąco jak w przysłowiowym kotle z ukropem; na miejsce wycofujących się jednych jednostek, wkraczały drugie. Po Polakach w miasteczku pojawiali się Niemcy, aby ponownie ustępować miejsca atakującym Polakom.
Wszystko to działo się w walce; przy huku armat, wybuchach pocisków artyleryjskich, bomb lotniczych, jazgocie karabinów maszynowych, przy gęsto ścielącym się trupie. Poległych nie było czasu pochować a jeżeli już, to robiono to pośpiesznie, znacząc prowizorycznie tak samo prowizoryczne groby.
Do najcięższych walk doszło w dniach 16 i 17 września kiedy to 6 dywizja, wchodząca w skład Grupy Operacyjnej „Boruta” dowodzonej przez generała Mieczysława Borutę – Spiechowicza, po nocnym przemarszu gościńcem fryszarkowskim i płaszczyźnianym z rejonu Łukowej, pod silnym ostrzałem artyleryjskim, znalazły się w Józefowie, gdzie zajęła pozycje obronne po wycofującym się 8 pułku ułanów ze składu Krakowskiej Brygady Kawalerii.
W skład 6 Dywizji Piechoty wchodziły m.inn.12 i 20 pułki piechoty. Starły się one z silną niemiecką 28 Dywizją Piechoty pod Józefowem. W dniu 17 września w wyniku tych walk Józefów spłonął niemal doszczętnie./ patrz opis E.Herca poniżej /.
Również 17 września pod Aleksandrowem ciężkie walki toczył 16 Pułk Piechoty
W tym samym czasie po linii Kraśnik – Frampol- Józefów przesuwała się
Warszawska Brygada Pancerno – Motorowa dowodzona przez płka Stefana Roweckiego, późniejszego gen.”Grota” dowódcę Armii Krajowej .Była to jedna z najbardziej doborowych jednostek WP.
Przejście brygady z Frampola do Józefowa w nocy z 15 na 16 września tak opisuje Rowecki w swych pamiętnikach: „…Coś okropnego, jak ciężki był ten marsz. Tysiące wozów taborowych, masy łazików z zapadnięciem nocy zapadnięciem nocy zapełniają szosy. Nawet nie wiadomo, skąd oni wypełzają i zagważdżają komunikacje…Katastrofa z benzyną. Dowóz odcięty od szeregu dni…. Musiałem więc wydać drakońskie rozkazy co do likwidacji naszego taboru samochodowego. Kilkaset wozów brygady kazałem zostawić, ści1)gając z nich benzynę….
Z trudem zdobyliśmy 3000 litrów na ogólną ilość potrzebną na dzień marszu 100 km około 10000 litrów. Co będzie, to aż myśleć nie chcę, gdy jutro, pojutrze staną nam w walce motory z braku paliwa.” Stefan Rowecki – Wspomnienia i notatki. Czerwiec – wrzesień 1939. Warszawa 1957r.
Brygada pełną sprawność bojową osiągnęła pod Zwierzyńcem uzupełniając paliwo
i uzbrojenie kosztem samochodów Armii „Kraków”. Uderzenie jej po wyznaczonej osi i zajęcie Tomaszowa Lubelskiego miało być swoistym taranem otwierającym drogę innym polskim jednostkom. Niestety uderzenie to na wskutek wyżej opisanych trudności nie było na tyle skuteczne aby stworzyć szerszy wyłom w niemieckich kleszczach.
Ostatecznie wojska Frontu Środkowego dotarły pod Tomaszów, gdzie zostały po krwawych walkach w dniach 18 – 20 września okrążone i zmuszone do kapitulacji.
Wraz z gen. Piskorem do niewoli dostało się kilkuset oficerów i ponad 20 tys. żołnierzy.
Płk Rowecki nie poddał się do niewoli i z grupą zaufanych żołnierzy, po przebraniu w cywilne ubrania, przedostał się do Warszawy.
Duża grupa jeńców wziętych do niewoli w walkach pod Tomaszowem została w dniu 22 września przyprowadzona do Józefowa i rozlokowana w prowizorycznym obozie na polach pomiędzy cmentarzem a Pardysówką. Jeńców było tak dużo, że kolumny ich przyprowadzane były, z małymi przerwami, niemal przez cały dzień. Żołnierze byli wycieńczeni długim marszem, głodni i spragnieni. Mieszkańcy Józefowa ,głównie kobiety, gdyż mężczyźni byli na wojnie, zbierali po domach żywność, gotowali i przynosili żołnierzom. Akcją pomocy dla jeńców kierowały nauczycielki: Antonina Fuchsówna, Zofia Tokarska oraz pani Iżycka.
Pomoc skierowana była także dla rannych, których Niemcy ulokowali w bożnicy i chederze.
Oficerowie przetrzymywani byli na terenie probostwa, zaś najwyżsi rangą na plebanii.
Według informacji podanych przez józefowskiego kronikarza tego okresu Edwarda Herca
a uzyskanych od proboszcza parafii księdza Michała Całki na plebanii przetrzymywano generałów: dyw. Tadeusza Piskora, bryg. Jana Jagmin Sadowskiego, bryg. Bernarda Monda, bryg. Zygmunta Piaseckiego, bryg.Tadeusza Malinowskiego i bryg. Józefo Zająca.
Część jeńców korzystając z ciemności i pomocy mieszkańców Józefowa, zaopatrzona
w cywilne ubrania uciekała. Obóz wprawdzie był obstawiony wartownikami ale przyznać
należy, że zbytnio nie przykładali się do pilnowania jeńców.
Rano 23 września kolumna wyruszyła w kierunku Łukowej, zaś na ich miejsce przyprowadzono nową, mniej liczną grupę, złożoną już głownie z samych żołnierzy.
Był wśród nich mieszkaniec Józefowa Antoni Korona, który korzystając z ciemności przebrał się w przyniesione przez żonę ubranie cywilne i udał się spokojnie do domu.
Również i tym żołnierzom przynoszono gotowaną zupę, chleb i pieczone a nawet surowe kartofle.
Jeńców przeprowadzili Niemcy przez Józefów jeszcze w dniu 24 września. Nocowali oni wcześniej na terenie tartaku Długi Kąt. Mieszkańcy podawali im wodę, chleb i ziemniaki. Udali się oni pośpiesznie, także traktem fryszarkowskim, w kierunku Łukowej. W trakcie ich przemarszu słychać już było znowu narastający huk armat dochodzący z rejonu Krasnobrodu. Do Józefowa zbliżała się nowa nawałnica.

Kiedy kończyła się tzw. pierwsza bitwa pod Tomaszowem w okolice Józefowa zbliżało się
następne wielkie ugrupowanie wojskowe , zwane Frontem Północnym dowodzone przez gen. Dąb- Biernackiego, wcześniejszego niefortunnego dowódcę Armii „Prusy”
Marszałek Rydz – Śmigły postawił przed nim zadanie pozbierać rozbite lub nadal walczące polskie pułki, armie i związki operacyjne i utworzyć z nich siłę zdolną przeciwstawić się niemieckim pancernym korpusom Guderiana a ocalałe siły wycofać w porządku i zdolności bojowej na „ przyczółek rumuński”.                                       Generałowi Dąb- Biernackiemu udało się wprawdzie zebrać rozproszone siły Wojska Polskiego i rozpocząć sprawne ich wycofywanie, ale tylko do rejonu południowych krańców Roztocza. Wraz z ostatnimi strzałami kończącej się właśnie pierwszej bitwy rozpoczynała się druga bitwa tomaszowska.
Wojska Frontu Północnego stoczyły w tej fazie szereg bitew i potyczek przełamując kolejno zapory niemieckie pod Rachaniami, Łaszczowem, Czerkasami, Werbkowicami, Teresinem, Przewalem i Komarowem. Do największej bitwy doszło pod Cześnikami /20 – 22.IX.39r/
Mimo tych sukcesów, gen. Dąb – Biernacki po otrzymaniu meldunków o przekroczeniu przez Armię Czerwoną rzeki Bug, podjął w dniu 23 września w Wożuczynie decyzję o rozformowaniu Sztabu Frontu Północnego i przedzieraniu się w kierunku Węgier na własną rękę. Generałowi Przedrzymirskiemu wydał polecenie przeprowadzenia z Niemcami rozmów na temat warunków kapitulacji. Sam opuścił armię i po kilku dniach znalazł się na Węgrzech.
Losy pozostawionych samopas jednostek przedstawiały się bardzo różnie.
Większość dowódców nie posłuchała polecenia o kapitulacji i prowadziła nadal wyznaczony wcześniej kierunek natarcia. Do części informacja ta nigdy nie dotarła i oni też kontynuowali walkę.
Rozkaz o kapitulacji nie dotarł na pewno do dowódcy Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Władysława Andersa, która w chwili podejmowania tej decyzji znajdowała się już w rejonie Suchowoli i prowadziła z powodzeniem natarcie na Krasnobród. W skład Grupy wchodziła Wołyńska i Nowogródzka Brygady Kawalerii / 25 i 26 Pułk Ułanów Wielkopolskich,27 Pułk
Ułanów Nieświeżskich gen.Andersa, 19 Pułk Ułanów Wołyńskich,20 Pułk Ułanów im.Króla Jana Sobieskiego, 2 Pułk Strzelców Konnych z Hrubieszowa i 4 Pułk Strzelców Konnych z Płocka. Grupa wprawdzie mocno przerzedzona w bitwach pod Jacnią / Brygada Wołyńska/ i Krasnobrodem, nie dała się jednak Niemcom zepchnąć do kotła i poruszając się traktami pomiędzy Józefowem a Nowinami / przez Długi Kąt i Hamernię/ udała się w kierunku Lwowa, tocząc po drodze boje pod Rudą Różaniecką i Morańczem. Pod Lwowem została otoczona i rozbita przez Niemców. Generał Anders został ranny i wprawdzie nie dostał się do niewoli niemieckiej, jednak wkrótce został pojmany przez Sowietów i uwięziony.
Polecenia gen.Dąb – Biernackiego o kapitulacji nie wykonali miedzy innymi generałowie:
gen.bryg.Emil Przedrzymirski- Krukowicz d-ca Armii „Modlin” oraz gen.bryg.Wacław
Piekarski d-ca 41 Dywizji Piechoty, którzy tego samego dnia / 23.IX./, po krótkiej naradzie, postanowili pomaszerować z rejonu Wożuczyna w kierunku północno – zachodnim w celu
połączenia się z Grupą Operacyjną gen.Kruszewskiego i wchodzącą w jej skład 39 Dywizją Piechoty gen.Olbrychta, która po zwycięskiej bitwie pod Cześnikami podjęła marsz na kierunku Suchowola – Krasnobród – Józefów poruszając się za Grupą Operacyjną gen. Andersa.
Pod Suchowolą, Jacnią i Krasnobrodem jednostki te przez dwa dni 24 – 25.IX toczyły uporczywe boje. Umożliwiły one w dużej mierze bezpieczne oddalenie się zgrupowania
gen. Andersa.
Atakująca zaciekle niemiecka 8 Dywizja gen. Kocha zepchnęła polskie jednostki w rejon
Zwierzyńca, Brzezin i Górecka .Niemcy zajęli Józefów i zaryglowali drogę do Aleksandrowa obsadzając ją aż do skraju wioski. W dniu 26.IX doszło do ciężkich walk w tym rejonie / Sigła – Górecko /, podczas których polegli między innymi ppłk Zygmunt Fila, mjr Jan Światłowski, mjr Władysław Nowacki, kpt. Ryszard Radzikowski i kpt. Krystyn Wielogórski
Po zamknięciu kotła od strony Tereszpola przez niemiecką 27 Dywizję polskie jednostki znalazły się w matni.
Według komunikatu dowództwa niemieckiego z dnia 27 września ,w Górecku Kościelnym
i Tereszpolu :”W walkach …27 DP niemieckiej wzięto do niewoli 500 polskich oficerów,
m.in….d-ca Armii „Modlin” gen. Przedrzymirski, d-ca KOP gen. Jan Kruszewski, d- ca
7.DP gen. Franciszek Lindorf-Antkowicz, d-ca 39.DP gen. Bruno Olbrycht, d- ca 41.DP
Wacław Piekarski, ze swymi sztabami i 6000 ludzi.”
Na pobojowiskach zostały stosy broni, karabiny, karabiny maszynowe ciężkie i lekkie, szable i bagnety ale także działa, granatniki i moździerze. Porzucone zostały działa, samochody wozy konne transportowe, uprząż, siodła, lornetki, rakietnice i inne akcesoria żołnierskie. Po polach i lasach błąkały się konie. Żołnierze porzucali broń i sprzęt i zgodnie
z rozkazem, na własną rękę przedzierali się do domów.
Najwięcej porzuconej broni i sprzętu wojskowego znajdowało się w rejonie wioski Szopowe, gdzie rozbroiła się 39.DP wraz z artylerią i okolicach Górecka Starego i Kościelnego.
Jednostki wojskowe składały broń także w innych miejscowościach wokół Józefowa;
w Tarnowoli, Borowcu, Górnikach. Drogi i dukty leśne prowadzące do miasta zatarasowane były porzuconym sprzętem i samochodami, pozostawionymi z braku paliwa. Lasy i pola pełne były porzuconej broni i gęsto zasłane trupami. Pobojowisko było praktycznie na obszarze całej gminy od Aleksandrowa do Hamernii i Nowin oraz od Górnik po Pardysówkę i Borowiec.                                                                                          Uprzątaniem pobojowiska zajęli się najpierw Niemcy, których patrole sanitarne zbierały ciała poległych niemieckich żołnierzy i urządzały im pochówki w wyznaczonych miejscowościach.
Niemcy zabierali również lepszy sprzęt i broń.
Na pobojowiska wychodzili mieszkańcy pobliskich wiosek aby, najpierw z ciekawości, zobaczyć rozmiar strat i zniszczeń , a później aby zebrać użyteczny w gospodarstwie sprzęt wojskowy, złapać pałętającego się konia lub wyszukać sobie porządną pukawkę. Największym powodzeniem cieszyły się siodła kawaleryjskie, uprząż, szable i bagnety.
„ Do wioski przychodziły wiadomości, że po lasach i polach w okolicy Krasnobrodu, Zielonego i innych miejscowości bez uprzęży chodzą konie wojskowe. Następnego dnia z bratem Józefem poszliśmy szukać konia. Złapaliśmy dużego gniadego konia, brat wsadził mnie na niego i kazał jechać do domu. Jechałem z wielkim strachem, bo wydawał mi się bardzo wysoki. Wszędzie w lesie leżało dużo broni różnego kalibru, karabiny ręczne, długie, krótkie, polskie i francuskie, bagnety różnego rodzaju, karabiny maszynowe, rkm-y, lkm-y i masa amunicji w skrzynkach drewnianych, pojemnikach blaszanych szczelnie lutowanych naokoło, by do środka nie dostała się woda. W leśnym zagajniku stało działo przeciwlotnicze, wciągnięte w taki gąszcz, że go wcale nie było widać. Wdrapaliśmy się na nie i kręciliśmy lufą we wszystkie strony, w górę, w dół, na boki i jak się tylko dało. W innym miejscu leżała kupa naboi do tego działa. Niektórzy chłopcy próbowali strzelać z karabinów, lecz nie byli w stanie ich utrzymać z powodu odrzutów przy strzałach. Ja też spróbowałem strzelać i żeby lepiej, to wyszło przywiązaliśmy z chłopakami karabin do drzewa. Za parę dni przyszło do sołtysa zarządzenie, by zebrać broń oraz amunicję i furmankami przewieść do Józefowa. Niektórzy chowali broń po różnych kryjówkach, wrzucali do strumyków, rzek, wkładali w dziuple drzew, konserwowali i zakopywali do ziemi, a robili to przeważnie wojskowi w wielkiej tajemnicy” / Szczepan Mateja ps. Sokół – Wspomnienia żołnierza AK z oddziału Wira”.
Przy zbieraniu i konserwacji broni dochodziło niejednokrotnie do nieszczęśliwych , nawet
śmiertelnych wypadków. Cytowany wyżej Szczepan Mateja wspomina, że w Górnikach
mieszkaniec tej wioski o nazwisku Szkołuba podczas rozbierania w mieszkaniu miny,
wysadził siebie i dom w powietrze. Przypadków podobnych zdarzało się na terenie gminy bardzo wiele.
Chowano także poległych żołnierzy, najpierw prowizorycznie w miejscach ich znalezienia,
bezpośrednio na pobojowiskach, znacząc miejsca pochówku drewnianymi krzyżami a niekiedy kamieniami z wyrytymi krzyżami i liczbą poległych.
W późniejszym okresie porządkowaniem pobojowisk i organizowaniem pochówków zajął się Czerwony Krzyż. Żołnierzy zwożono na wyznaczone cmentarze lub miejsca, gdzie urządzano cmentarze.
Do domów zaczęli powracać z wojny pierwsi mężczyźni. To oni jako byli wojskowi organizowali wyprawy po lasach i wzgórzach Roztocza w poszukiwaniu poległych kolegów aby zorganizować im należny żołnierzowi pochówek. To oni też zaczęli w sposób zorganizowany zbierać z pobojowisk porzucony sprzęt i broń, konserwować ją i ukrywać przed Niemcami.                                                                                                                     Zaczęło się odbudowywanie zniszczeń, które były ogromne.
Kampania Wrześniowa w naszym rejonie była bowiem najbardziej krwawa i wyniszczająca w całym kraju. Historyk wojskowości Antoni Sikorski w studium „Kampania wrześniowa na Lubelszczyźnie w 1939 roku. Lublin 1966r.” pisze: „Trzeba zaznaczyć, że żadne z województw w naszym kraju nie przyjęło na siebie tylu ciężarów wojennych i tak długotrwałych, jak województwo lubelskie. Przez każde z naszych województw przetoczyła się jedna lub część armii polskiej, a w ślad za nią jedna lub dwie armie niemieckie. Przez województwo lubelskie w ciężkich walkach odwrotowych przeszły cztery armie polskie: „Lublin”, „Kraków”, „Modlin”, „ Prusy” i dwie grupy operacyjne: „Polesie” i kawalerii.
W ślad za wojskami polskimi przeciągnęło przez Ziemię Lubelską osiem korpusów niemieckich. Należy pamiętać, że wszystkie wyżej wymienione armie i grupy operacyjne
zakończyły swoje walki w kotle Zamość – Szczebrzeszyn – Zwierzyniec – Krasnobród –
Tomaszów Lubelski – Tarnawatka. Armie „Lublin” i „Kraków” biły się w składzie Frontu
Północnego gen.Dąb-Biernackiego. Przez Ziemię Lubelską przemaszerowały ośrodki zapasowe jedenastu dywizji piechoty, tyluż pułków artylerii i całego szeregu ośrodków
łączności, saperów, broni pancernej, lotnictwa. Można śmiało postawić tezę, że formacje
pomocnicze i rezerwowe, przeciągające przez teren województwa lubelskiego, były
składowymi częściami co najmniej połowy armii polskiej.”

Wojna 1939 roku spowodowała na terenie gminy ogromne straty materialne i osobowe
a miejscową ludność postawiła, przed nadchodzącą zimą, w niezwykle trudnej sytuacji Ostrzały artyleryjskie i naloty lotnictwa, ale nade wszystko przemarsze wojsk swoich i obcych wymuszające na chłopach daniny, nie tylko żywnościowe, powodowały, że wyludniały się całe wioski a nawet rejony. Mieszkańcy wraz z ocalałym dobytkiem kryli się po lasach budując prowizoryczne schrony. Widoki ogromnej liczby poległych żołnierzy, prowadzonych kolumn wygłodniałych i wycieńczonych jeńców wojennych, porzuconego sprzętu i broni, błąkających się koni, płonących czołgów i samochodów, napawały ich przerażeniem. Pogłębiały je pożary wiosek i miasteczek wywoływane ogniem artyleryjskim i bombardowaniem lotnictwa.

Największe straty poniósł Józefów. W dniu 17 września w wyniku ostrzału artyleryjskiego i lotniczego spłonęła znaczna część drewnianej zabudowy miasteczka. Pożar strawił blisko połowę budynków mieszkalnych i gospodarczych. Centrum miasta oraz jego północna strona, gdzie budynki przylegały jeden do drugiego, spłonęły całkowicie. Wiele budynków zostało uszkodzonych. Przechodzące wojska zagrabiły resztki pozostawionego i ocalałego z pożogi mienia. W mniejszym stopniu, ale podobnie sytuacja przedstawiała się na terenie całej gminy.
Obraz płonącego Józefowa najdokładniej jak dotychczas przedstawił Edward Herc w opracowaniu „Działania Wojenne na Zamojszczyźnie we wrześniu 1939r”./ w załączniku /.
Straty osobowe były znikome, od rozrywających się pocisków zginęło na terenie gminy około 5 osób. / załącznik poległych w okresie II wojny /.
Losy żołnierzy walczących w obronie kraju przedstawiały się bardzo różnie, np. Stanisław Zaśko i Jan Gontarz dostali się do niewoli sowieckiej, skąd trafili do armii gen. Andersa, przeszli cały szlak bojowy i w 1945 r. powrócili do Józefowa.
Większość po zakończeniu działań wojennych powróciła do domu. Powroty te wyglądały bardzo różnie, np. opisywany już Antoni Korona, przyprowadzony został przez Niemców do Józefowa jako jeniec wojenny, skąd wydostał się na wolność. Ułan Marcin Łasocha pod koniec września wjechał do Józefowa z pełną fantazją ułańską, na koniu, w pełnym umundurowaniu i szablą przy boku. Inni zaś, jak Jan Puźniak, przedzierali się przez pełne ukraińskich nacjonalistów wioski aż spod granicy rumuńskiej. Jeszcze inni, jak Edward Herc, dostali się do niewoli i przebywali w oflagach na terenie Niemiec.

Wojna zmieniła oblicze Józefowa. Stało się to także za sprawą wojsk Armii Czerwonej, które wkroczyły do Józefowa 1 .X.1939r.Część mieszkańców, głównie komunizującej biedoty żydowskiej przyjęła ich entuzjastycznie i przystąpiła do organizowania nowej władzy w tym oddziałów milicji zwanej przez ludność milicją opaskową od noszonych czerwonych opasek na rękawach. Zaczęli wprowadzać swoje porządki, terroryzując często polską ludność. Hasła: „Twoja krowa moje mleko”, były na porządku dziennym. We wspomnieniach spisanych przez Edwarda Herca pobyt Sowietów w Józefowie wyglądał następująco: „Wojska sowieckie przybyły do Józefowa 1 października. Uzbrojenie i umundurowanie ich było bardzo liche. Mimo to usposobieni byli bardzo dobrze. Śpiewali, a przy dźwiękach harmoszki tańczyli. Natychmiast objęli władzę józefowscy komuniści narodowości żydowskiej. Komisarzem został Szewc Fłom, jego zastępcą syn olejarza – Fojgielmach. Do milicji zwerbowano dwóch Polaków, którzy nosili czerwone opaski. Po objęciu gminy i posterunku, zabrali klucze ze spółdzielni „Społem”, której kierowniczką została Haja Fiszel / moja szkolna koleżanka / i Oberbadyn. Na rynku józefowskim odbył się wiec. Fojgielmach skarżył się na prześladowanie komunistów przez polskie władze. I na biedę. Z płaczem opowiadał jak to oni wyglądali wolności przez dziurkę od klucza…Zaraz zaaresztowano komendanta policji polskiej Bielińskiego i policjanta Srokę, których osadzono w areszcie”
Rosjanie w Józefowie przebywali około tygodnia czasu, do 8 października. W tym czasie
z pobojowisk zebrali cały lepszy sprzęt wojskowy i uzbrojenie, do zbierania którego przymuszali miejscową ludność. Dokonywali rekwizycji żywności i cenniejszego dobytku.
Wszystko to spowodowało, że kiedy wycofali się za linię Bugu, ludzie odetchnęli z ulgą.
Wraz z Armią Czerwoną Józefów opuściło dużo ludności żydowskiej, przeważnie członków i sympatyków partii komunistycznej oraz tego ustroju.
Na miejsce wycofującej się Armii Czerwonej wkroczyli Niemcy, zaczęła się okupacja.

Dokładniejsze i bardziej fachowe opisy opisanych wydarzeń szukać można w następujących opracowaniach:
Antoni Sikorski – Kampania wrześniowa na Lubelszczyźnie. Lublin 1966r.
Zygmunt Mańkowski – Między Wisłą a Bugiem 1939 – 1944. Lublin 1978
Leszek Siemion – Na wzgórzach Roztocza. Lublin 1978
Edward Herc – Działania Wojenne na Zamojszczyźnie we wrześniu 1939r. Lublin 1995
Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej. T.I Kampania wrześniowa Londyn 1962
Tadeusz Sztumberk – Rychter – Artylerzysta piechurem. Warszawa 1966
Relacjach mieszkańców Józefowa zebranych przez autora w latach 1972 – 1974.

Zamość 22.01.2007r. Zygmunt Puźniak

.

POŻAR JÓZEFOWA W DNIU 17 WRZEŚNIA 1939 R.

W „Działania wojenne na Zamojszczyźnie we wrześniu 1939r.” Lublin 1995 str. 35- 37.
opracowane przez mieszkańca Józefowa Edwarda Herca.

„ Około godziny dziewiątej rano, nad Józefowem ukazał się niemiecki samolot obserwacyjny. Artyleria przeciwlotnicza znajdująca się w zagajniku koło Borowiny wzięła go w krzyżowy ogień. Lotnik udając trafionego wpadł w korkociąg, ale nad ziemią wyprowadził samolot i odleciał w stronę Łukowej. Mniej więcej za piętnaście minut nadleciał powrotem nad Józefów. Tym razem leciał nisko. Nad Nadleśnictwem wystrzelił
trzy czerwone rakiety. Po tym sygnale, niemiecka artyleria znajdująca się w lesie Dębowce
na tak zwanej Płaszczyźnie i ciężka artyleria spod łukowskiego kościoła otworzyły huraganowy ogień na Józefów. Polska artyleria znajdująca się w Patokach u podnóża Hołdy, składająca się z czterech dobrze zamaskowanych dział, ostrzeliwała las Dębowce.
Z rejonu Senderek i Potoka inny oddział artylerii ostrzeliwał przedpola Górecka Starego,
do którego od strony Tereszpola zbliżał się nieprzyjaciel. A I Pułk Ochrony Pogranicza liczący zaledwie sześciuset strzelców i dwanaście ciężkich karabinów maszynowych, wraz z 201. Pułkiem Piechoty Rezerwy liczącym około czterystu ludzi, jedenaście ciężkich karabinów
maszynowych i dwa działa przeciwpancerne, szykowały obronę Górecka Starego.
Po rozpoczęciu kanonady, ludność cywilna wraz z bydłem uciekała z Józefowa. Z ulicy
Biłgorajskiej i południowej części miasteczka ludzie kryli się na kirkucie. Niektórzy chowali się w jamach kamieniołomowych. Wielu Żydów skryło się w rowie Majdanu Nepryskiego,
Gdzie zostali zauważeni i zaatakowani przez samoloty niemieckie, kilku z nich zostało zabitych z karabinów maszynowych. Część mieszkańców znalazła kryjówkę w wykopanych schronach, bądź w piwnicach.
Niemcy po otwarciu ognia artyleryjskiego na Józefów, kamieniołomy i Morgi, rozpoczęli
Natarcie na polskie pozycje znajdujące się w kamieniołomach, a szczególnie na wzgórzu obok zagrody Momota, przez które biegnie szosa na Józefów. Jednak każde niemieckie natarcie
załamywało się pod ogniem polskich cekaemów ustawionych na wzniesieniach kamieniołomach oraz na wniesieniu znajdującym się naprzeciw piekarni GS na piaskowej górze Winiarczyka i w budynkach rodziny Zaśków. Za każdym razem Niemcy zmuszeni byli wycofać się z powrotem do lasu.
Podczas gdy niemiecka piechota bezskutecznie atakowała józefowskie pozycje obronne , niemiecka artyleria przez cały dzień ostrzeliwała Józefów i okolice, z dział różnego kalibru,
podpalając miasteczko. Pierwsze zapaliły się szkolne ustępy, następnie dom Leflera, który znajdował się na zachodniej stronie ulicy Miszki Tatara, mniej więcej tu gdzie stoi obecnie
dom Szkałuby, potem kompleks budynków łączących się prawie ze sobą od ulicy Kościuszki do Kościelnej między rynkiem a ulicą M.Tatara. Inny pocisk zapalił dach żółtego domu, gdzie
obecnie znajduje się posesja Władysława Kowala. Potem zapaliła się apteka Żmudzkiej i dom Macieja Hodary. Pierwsze pożary były niewielkie i z łatwością można je było ugasić, ale mieszkańców tych domów, Żydów, nie było, wszak wszyscy schronili się w schronach lub kamieniołomach. Nie było więc nikogo, kto tłumiłby ogień. W chwilę później pocisk zapalił zabudowania Józefa Mazurka na ulicy Leśnej, drugi – jakiś budynek w środku ulicy koło chałupy Grada jeszcze inny zabudowania Wajntrauba i Marii Dudzicz na ulicy Popławskiego.
Z tych właśnie punktów zapalnych, a potem wskutek powstania silnego południowo-zachodniego wiatru, wszystko połączyło się w jedno wielkie ognisko…..
W międzyczasie ogień z żółtego domu przerzucił się na drugą stronę ulicy, na drewniany dom piętrowy należący do Fajwła Sznajdermesera. Płonące belki spadały z dachu tarasując ulicę Kościuszki. Wiatr przerzucał ogień również na stronę północno – wschodnią, tak że od domu
Sznajdermesera zapaliły się kolejno domy: Gringerga, Milca, Waremsztajna, Maśki, Adama Marta. Płonął już dom Waldemara, sąsiadujący z naszym domem, mój dom rodzinny miał od
Frontu pomalowaną olejną farbą werandę z desek. Najprawdopodobniej gdyby nie ta weranda
dom by ocalał, a tak zapaliła się weranda – malowane deski paliły się jak szczapy. Od werandy zapalił się dach i cały dom…..
Od naszego domu zapalił się dom sąsiada Żmudy i wokół wszystkie budynki gospodarskie. Był taki żar, że o ratowaniu czegokolwiek nie było mowy. Niedługo później ogień przerzucił się na dach Ludwika Słupskiego. Na szczęście właściciel ze swym synem, kilkunastoletnim Stefanem, byli w domu. Odległość od palących się domów – z jednej strony od Wojciecha Żmudy z drugiej od Tomasza Ostasza – była dostateczna i umożliwiała ratowanie. Zerwano płonący dach i dom ocalał. W ten sposób uniemożliwiono przerzucenie się ognia na dom Michała Puźniaka. Obok paliły się budynki: Wojciecha Gontarza, Franciszka Grzyba i Józefa Gontarza, do których ogień dotarł od ulicy Leśnej. Potem ogień zbliżał się po płotach do domu
Piotrowej Puźniakowej, u której nie było nikogo. Tymczasem nasz dom palił się bez ratunku, bo nie było nawet sposobu go ratować, ale obok domu Puźniakowej stała jeszcze nasza piekarnia. Rodzice zaczęli ratować zabudowania Puźniakowej, ochraniając jednocześnie naszą piekarnię. Mimo nieprzerwanego ognia artyleryjskiego i rozpryskujących się wokół szrapneli, mój Ojciec – stary frontowy żołnierz – bez strachu, wspólnie z matką rozebrali płonący płot i zlali wodą dom Puźniakowej, zabezpieczając przed płomieniami przenoszącymi się już z palących się budynków Franciszka Grzyba. W ten sposób z jednej strony Ludwik Słupski ze swym 14 letnim synem Stefanem, z drugiej zaś moi rodzice, przeszkodzili w rozprzestrzeniani się ognia dalej na wschód. Spośród 453 domów / nie licząc budynków gospodarczych /, 166 domów spłonęło…
Artyleria niemiecka celnie ostrzeliwała ulicę traktową – Kościuszki. Jeden z pocisków trafił
w schody domu Klajnego, kolejny w ganek domu Kornela, inny w Dom Spółdzielczy, a jeszcze inny w gminę, przebijając na wylot ściany. „

PRZED BURZĄ . JÓZEFÓW BEZPOŚREDNIO PRZED WYBUCHEM WOJNY

JÓZEFÓW W LATACH OKUPACJI HITLEROWSKIEJ

I .PRZED BURZĄ.

Życie w miasteczku toczyło się monotonnie od niedzieli do niedzieli, a właściwie
od poniedziałku do poniedziałku, kiedy to na józefowskim rynku odbywały się cotygodniowe jarmarki, na które zjeżdżali chłopi z całej okolicy, aby sprzedać lub kupić, ale nade wszystko aby spotkać znajomka, z którym można pogadać, poplotkować i tęgo popić w jednej z licznie otaczających rynek knajpek.
Był to bardzo wyczekiwany dzień dla społeczności żydowskiej, stanowiącej blisko 70 % mieszkańców , zajmującej się głównie handlem i drobnym rzemiosłem, bo jarmark stanowił zawsze okazję do zarobienia paru groszy.
Na co dzień bowiem ich sklepy ,otaczające szczelnie rynek miasteczka, świeciły pustkami. Tym bardziej , że od końca lat 20-tych społeczność polska założyła własną spółdzielnię handlową „Jedność” i postawiła okazały Dom Ludowy z własnym sklepem..
Liczące około 3 tys. mieszkańców miasteczko kisiło się praktycznie we własnym sosie, poza niedzielą, gdy okoliczna ludność przyjeżdżała do kościoła na nabożeństwa. Dlatego poniedziałkowy jarmark stanowił główną atrakcję. Najbardziej widowiskowy był handel końmi. Po oględzinach zębów, pęcin, kopyt, splotów grzyw i ogonów następowały próby siły i rączości koni. Wszystko to odbywało się na rynku i przyległych do niego uliczkach. Końskie rżenie mieszało się z kwikiem świń, muczeniem krów i beczeniem owiec. Była to także znakomita okazja dla miejscowej żulii do darmowego popicia, oszukania a także drobnych kradzieży.
Jarmarki urozmaicane były niekiedy wystąpieniami agitacyjnymi partii politycznych oraz
wyborczymi. Najczęściej jednak dochodziło do bójek a nawet ostrych bijatyk wywoływanych przez podchmielonych chłopów, wymagających niekiedy interwencji policji.

Społeczność gminy składająca się w głównej mierze z chłopstwa, gospodarującego na lichej piaszczystej glebie oraz biedoty miejskiej, nie interesowała się polityką i sprawami publicznymi.
Głowy ich zaprzątnięte były myślą jak przeżyć następny miesiąc a niekiedy dzień. Pracy poza rolnictwem było bowiem jak na lekarstwo.
Józefów żył głównie z kamienia. Wydobywano go z dzierżawionych od Ordynacji sztolni, ale także i z własnych działek, leżących na polach południowego skłonu wzniesienia tuż za opłotkami miasteczka. Kamień służył głównie za budulec, ale wypalano z niego także wapno, robiono macewy, pomniki cmentarne i przydrożne figurki, frontony i portale, kamienie młyńskie i do żaren.
Informacje o wydarzeniach politycznych rozgrywających się na arenie międzynarodowej
docierały z dużym opóźnieniem do wąskiej zainteresowanej nimi grupy osób, najczęściej za pośrednictwem prasy, którą można było nabyć na miejscowej poczcie.
Modne było prenumerowanie m.innymi następujących tytułów: ,,Gazeta Katolicka” i ,,7 Groszy Śląskich”. Osoby prenumerujące gazety stanowiły miejscową elitę .
W latach trzydziestych, należały do niej następujące osoby narodowości polskiej: wójt gminy Bolesław Iżycki, sekretarz gminy Ignacy Plata, proboszcz senior parafii Seweryn Grątkowski oraz mianowany na to stanowisko w 1937r.ks. Michał Całka, kierownik szkoły Aleksander Pihowicz i jego żona Sabina Pihowicz, lekarz Józef Spoz, aptekarz Lucjan Budzyński a także kierownik spółdzielni „ Jedność” Mikołaj Malawski.
Ze strony żydowskiej wymienić należy: Samuela i Pinkwasa Kallimachów – hurtowników i przedsiębiorców, rabina miejscowej gminy wyznaniowej Szymona Parzęczewskiego , nauczyciela języka hebrajskiego – Jozefa Najmana oraz majętniejszych handlarzy; Szaję Tajera, Srula Rappaporta, Abę Zająca, Srula Szlejchera, Szyję Kawersztoka, Szmula Girtlera, Ryfkę Hilt , Samuela Waksa i innych
Ton życiu miasteczka nadawali jednak mieszczanie narodowości polskiej, przeważnie drobni rzemieślnicy, posiadający dodatkowo spłachetki ziemi oraz kilku bogatszych rolników.
Najliczniejsze rodziny józefowskie tamtego czasu to; Krzaczkowie, Kolaszyńscy, Hajducy, Puźniakowie,
Innym źródłem informacji ale także i rozrywki były radia słuchawkowe, które posiadali tylko nieliczni amatorzy w miasteczku i niektórych wioskach. Były one bowiem kosztowne oraz
wymagały pewnych umiejętności technicznych.
Radia głośnikowe były niezwykłą rzadkością i przed wybuchem wojny liczba ich na terenie
gminy nie przekraczała pięciu.
Do miasteczka tylko od czasu do czasu zajrzała jakaś zwierzchność urzędnicza i jeszcze rzadziej zabłąkany podróżny.
Pod koniec lat 20-tych w Józefowie przebywał podróżnik Wacław Świątkowski, który w swoich wspomnieniach przekazał następujący obraz : „Mały Józefów Ordynacki ma tylko duży rynek i nic więcej. Ciekawe i piękne są tu domy, tworzące malownicze podcienia od strony piaszczystego niezadrukowanego rynku…. Na wzgórku za miastem dymią się piece do wypalania wapna, którego tu obfitość wielka: zbyt towaru ogranicza się do szczupłych bardzo rozmiarów”
W pobliżu Józefowa przebiegała wprawdzie linia kolejowa Lwów – Zawada – Lublin, jednak odległość 3 km do najbliższej stacji Długi Kąt , powodowała znikome zainteresowanie miasteczkiem i nie sprzyjała jego rozwojowi. To właśnie tą drogą odbywała się najszybsza komunikacja z resztą kraju i tędy docierały towary i wiadomości.
Drogi łączące Józefów z Tomaszowem, Biłgorajem i Zamościem nadawały się co najwyżej do jazdy konnej, budowę utwardzanych szos rozpoczęto dopiero przed samym wybuchem wojny. Każde pojawienie się pojazdu mechanicznego stanowiło nie lada sensację. Po zajęciu w 1938r. przez wojska niemieckie czeskich Sudetów, społeczność żydowska świadoma zagrożenia jakie niosła z sobą ideologia hitlerowska, stawała się coraz bardziej poruszona i zaniepokojona.
W poniedziałkowy rejwach wkradać się zaczął niepokój. Coraz częściej słychać było słowo „Wojna” W 1939 roku o wojnie zaczęto mówić coraz częściej i coraz głośniej, a to za sprawą licznych powołań rezerwistów na manewry i ćwiczenia modernizującego się Wojska Polskiego.
Np. Jan Puźniak w latach 1936 -39 powoływany był do jednostki w Kraśniku wielokrotnie;
24 pułk ułanów , którego był rezerwistą, przechodził  bowiem modernizację i żołnierze z koni przesiadali się na czołgi i samochody. W tym czasie z ułana-podkuwacza stał się ułanem-mechanikiem.
Wracający rezerwiści z jednostek wojskowych, położonych często w dużych miastach,
przywozili najświeższe „tajemne” wiadomości.
Generalnie panował jednak optymizm i wiara w potęgę militarną naszego wojska, podtrzymywane przez propagandę państwową. W świadomości społecznej funkcjonowało przekonanie, że skoro pokonaliśmy bolszewików to utrzemy nosa także i szwabom.
Nazwisko marszałka Rydza Śmigłego odmieniane było na różnorakie sposoby.
Hasła „Nie oddamy nawet guzika od munduru” czy „Jesteśmy zwarci, silni, gotowi” były
na porządku dziennym i wpajały ludności ufność w potęgę militarną Państwa.
W niedzielę 13 sierpnia 1939r., w miejscowym Domu Ludowym trwała zabawa taneczna, kiedy to około godziny czwartej nad ranem na salę wkroczył sekretarz gminy Ignacy Plata oraz towarzyszący mu pracownik gminy Wawrzyniec Baczmaga i kazali orkiestrze przestać grać.
Świąteczna atmosfera ulatniała się szybko, kiedy to po wejściu na scenę Plata ogłosił zebranym komunikat, że ze względu na niebezpieczeństwo wybuchu wojny z Niemcami, zarządzona została w całym kraju częściowa mobilizacja. Zabawa została przerwana.
Po odegraniu hymnu wręczono imienne karty mobilizacyjne dla rezerwistów obecnych na sali, zaś do nieobecnych oraz na sąsiednie wioski, wysłano gońców na rowerach z poleceniem aby wezwani niezwłocznie stawili się na stację kolejową w Długim Kącie lub Majdanku -Krasnobrodzie, skąd zabrani zostaną przez przejeżdżający eszelon.
Z Józefowa karty mobilizacyjne w tym dniu dostali: Jan Gontarz, Edward Herc, Celestyn
Hurkała i Józef Szkałuba.
Wieść o mobilizacji rozniosła się błyskawicznie po całej okolicy. Był sierpień, zaczęło świtać i na jarmark powoli zjeżdżały się pierwsze furmanki. Jeszcze przed otwarciem przed sklepami zaczęły ustawiać się kolejki. Wykupywano wszystko niezbędne w takich wypadkach: naftę, sól, cukier, przyprawy. Gromadzono zapasy i przygotowywano się na nadejście wojny. Kiedy 27 sierpnia rozdano kolejne karty mobilizacyjne w miasteczku zapanowała atmosfera pełna niepokoju i gorączki. Starsi mieszkańcy w pamięci mieli zniszczenia jakie dotknęły Józefów w okresie Wielkiej Wojny, kiedy to niemal całe miasto poszło z dymem a ludzie przymierali głodem.
Niepokój udzielił się wszystkim.
Tak wyglądały tamte dni we wspomnieniach Wandy Puźniak: „…Nie patrząc na roboty w polu ludzie gromadzili się przed posterunkiem policji aby słuchać komunikatów radiowych z jedynego w Józefowie radia głośnikowego. Po godzinie ósmej rano, komendant Bieliński
wystawiał radio na zewnątrz okna i włączał na pełny regulator. Ostatniego sierpnia w radiu
podano komunikat o powszechnej mobilizacji. Po domach chodzili posłańcy z gminy z rozkazem stawienia się rezerwistów o 6 rano na stacji w Długim Kącie. Na stacji kłębiły się tłumy ludzi. Słychać było śmiechy, śpiewy ale przede wszystkim płacze dorosłych i dzieci. Ludzie żegnali się jakby na zawsze. Męża , Jaśka odprowadziłam na stację z 4 miesięcznym dzieckiem na ręku. Gdy odchodził do pociągu powiedział;” Ty się listu z niewoli ode mnie nie spodziewaj. Albo wrócę albo zginę , do niewoli się nie dam”…’’
Po odjeździe rezerwistów i wykupieniu ze sklepów niemal wszystkich towarów,
w miasteczku zapanował pozorny spokój.
Dwa, trzy razy dziennie, ludzie gromadzili się przed domem Michała Puźniaka, gdzie mieścił się posterunek policji, aby wysłuchać komunikatów wojennych, podawanych przez Warszawę
Na wysłuchanie komunikatów przyjeżdżali mieszkańcy nawet odległych wiosek, bowiem na polecenie władz komendant Bieliński skonfiskował wszystkie radia na terenie gminy, także słuchawkowe.
W obawie przed szpiegami, mieszkańcom zalecono czujność i nakazano meldować o wszystkich podejrzanych osobach oraz nietypowych zachowaniach i zjawiskach.
Na terenie wszystkich wiosek wprowadzono dyżury wartownicze i wystawiono punkty obserwacyjne.
Kopano schrony i urządzano przemyślne kryjówki, w których chowano zapasy żywności oraz cenniejszy dobytek.
Nade wszystko starano się zebrać z pól jak najszybciej plony, sprzyjała temu pogodna jesień.
Jeszcze raz zacytuję Wandę Puźniak:,,Po pierwszej gorączce zapanował spokój. W połowie września pomyślałam sobie, skoro mąż na wojnie, trzeba wcześniej wykopać kartofle. Skoro świt zerwałam się i popędziłam na „niwę”. Zaczęłam kopać, ale wkrótce zaniepokoiło mnie jakieś dudnienie ziemi. Trudno mi jest to opisać, bowiem nigdy czegoś takiego nie słyszałam.
Powodowało to we mnie coraz większy strach, toteż zaniepokojona wróciłam szybko do domu. Wśród zabudowań dudnienia tego nie było słuchać.
Zaraz na drugi dzień dudnienie to słychać było nawet w środku dnia. Chłopy mówili, że to biją armaty. W nocy i następnego dnia huk armat narastał coraz mocniej a nad Józefowem zaczęły rwać się pociski. Wtedy to całą rodziną uciekliśmy z domu i schowaliśmy się na cmentarzu, gdzie zebrało się już masa ludzi, chyba cały Józefów. . Tutaj jednak także zaczęły rwać się pociski, ziemia tylko stękała bum i bum. Uciekliśmy do „rowu Majdańskiego”, ale i tu nie było bezpiecznie, no to poszliśmy na Majdan a potem nocą w takie patoki koło Górnik. Następnego dnia przesiedzieliśmy na Górnikach. Tam w górze naprzeciwko gospodarstwa Berdzików, chłopy wykopali schron i tak w tym dole siedzieliśmy schowani od bomb. Wkrótce pociski zaczęły rwać się także w Górnikach, ale dalej nie mieliśmy gdzie uciekać i każdy siedział na wolę Boga.”

W okolicach Józefowa rozpoczęły się walki , polskiego Frontu Środkowego pod dowództwem gen. Tadeusza Piskora i Frontu Północnego dowodzone przez gen. Stefana Dąb – Biernackiego, wycofujące się na południe pod naporem pancernych korpusów niemieckich.

Zamość 2008r.                                                                               Zygmunt Puźniak

ZAMOJSZCZYZNA .POWSTANIE ZAMOJSKIE CZY JÓZEFOWSKIE

POWSTANIE 1943 R. ZAMOJSKIE CZY JÓZEFOWSKIE

Zbliża się kolejna okrągła – 65 rocznica „Powstania Zamojskiego”.
Jak corocznie uroczystości oraz przekazy medialne koncentrować się będą wokół bitew stoczonych pod Zaborecznem i Różą, usuwając w cień inne, bardziej dramatyczne i o większym ciężarze wydarzenia historyczne, które wspomniane bitwy tylko zapoczątkowały.
Właściwe walki powstańcze rozegrały się bowiem w rejonie Józefowa i Aleksandrowa, tam też skierowane zostało główne uderzenie wojsk niemieckich. Gminę aleksandrowską w odwecie spotkały zaś najcięższe represje i pacyfikacje.
Pisze o tym, po zakończonych walkach, w swoim sprawozdaniu dla komendanta żandarmerii dystryktu lubelskiego mjr Schwieger, dowódca I Zmotoryzowanego Batalionu Żandarmerii cyt. ” Centrum powstania, moim zdaniem, koncentrowało się w Józefowie lub Aleksandrowie. Duże siły wystawiły zapewne również miejscowości Zielone, Łuszczacz, Hamernia i Nowiny”
Zdanie to jest bardzo znamienne, gdyż został w nim użyty po raz pierwszy termin „powstanie” rozszerzony w latach sześćdziesiątych o przymiotnik „Zamojskie”i od tego czasu funkcjonuje on w polskiej historiografii.
W okresie tym w Józefowie doszło też do pierwszej publicznej egzekucji na Zamojszczyźnie.

Echa strzałów pod Zaborecznem i Różą dotarły błyskawicznie do Józefowa, gdzie w tym samym czasie, w dniu 2 lutego 1943 roku odbywała się narada dowództwa rejonu AK z udziałem dowódcy obwodu ppor.”Orszy”/ Józef Gniewkowski/ . Postanowiono natychmiast wysłać w rejon walk z pomocą miejscowe oddziały partyzanckie.
Po dokonaniu szybkiej mobilizacji z rejonu Józefowa wyruszył silny i dobrze uzbrojony, liczący ponad 200 żołnierzy oddział. Pomoc była jednak spóźniona.
Partyzanci wobec powyższego skierowali swoje uderzenie na pobliski Krasnobród, gdzie po wkroczeniu do miasteczka dokonano zniszczenia dokumentacji kontyngentowej urzędu gminnego oraz rozbito centrale telefoniczną na poczcie.
Następnego dnia dowódca rejony józefowskiego AK por. Konrad Bartoszewski ps. Wir, po odebraniu meldunków wywiadowczych o koncentracji dużych niemieckich sił na stacjach kolejowych w Zwierzyńcu, Długim Kącie, Suścu i Bełżcu i możliwości ich użycia w rejonie
Józefowa, zarządził koncentrację całości podległych mu sił partyzanckich.
Na wyznaczone miejsce koncentracji pod Józefowem w rejonie tzw. Winiarczykowej Góry,
pomimo zimy i nocnej pory, stawiło się około 400 ludzi.
Było to w owym czasie wydarzenie bez precedensu. W jednym miejscu zebrali się po raz pierwszy niemal wszyscy uczestnicy ruchu oporu z rejonu józefowskiego. Barwny opis tego wydarzenia znaleźć można w książce józefowskiego kronikarza okresu wojny Zbigniewa Jakubika – „Czapki na bakier”. Skoncentrowane oddziały ruszyły z pomocą walczącemu w pobliżu Józefowa, pod wioską Lasowce oddziałowi Podlaskiego, który zaskoczony i otoczony został niemal doszczętnie zmasakrowany przez Niemców / w nierównej walce zginęło 25 partyzantów, 8 ciężko rannych. Także tutaj pomoc nadeszła zbyt późno, gdyż oddział „Wira” został związany walką pod leśniczówką Kruglik / obok Lasowiec/ . W walce przeciw zgrupowaniu „Wira” Niemcy użyli pociągu, transportując nim żołnierzy z pobliskiego Zwierzyńca i dokonując ostrzału z wagonów kolejowych.
Dokładny opis tych walk znaleźć można we wspomnieniach Konrada Bartoszewskiego
opublikowanych w artykule „W obronie zagrożonej ludności” zamieszczonym w szerszym opracowaniu „Zamojszczyzna w okresie okupacji hitlerowskiej. Relacje wysiedlonych
i partyzantów” Warszawa 1968 rok.
Zgrupowanie józefowskie największe straty poniosło w bitwie pod Długim Kątem.
Podążająca na miejsce koncentracji kompania AK „Kuby” / Piotra Wasilika / w skład której wchodzili partyzanci z wiosek Górniki, Długi Kąt i Majdan Nepryski, w dniu 4.02.1943r. napotkała na swej drodze pierścień niemieckiej obławy przesuwający się od strony Józefowa.
Otoczeni partyzanci podjęli próbę przebicia się przez kordon atakując w kierunku Hamerni poprzez przysiółek Czarny Las a następnie las „Kalina”
Partyzanci po zaciętej walce wydostali się z matni ponosząc jednak znaczne straty. W walce polegli: Władysław Buczkowski, Józef Grochowicz, Jan Korzec, Jan Grad, Marcin Podolak, Józef Podolak, Jan Podolak, Józef Kula i Wawrzyniec Mielniczek, Jan Mielniczek – /Długi Kąt i las „Kalina”/, oraz: Tomasz Kmieć, Stanisław Psiuk, Antoni Kropop i Jan Litwin i Andrzej Szponar ps.Oset – dca drużyny Stanisławów / pod Stanisławowem/
Tragedia dotknęła także pluton ze wsi Górnik dowodzony przez Wojciecha Tytonia ps.
„Gustaw”. Oddział jego po wymknięciu się z obławy zatrzymał się na nocleg w miejscowości Kolonia Pastuszków, gdzie został zaskoczony przez Niemców.
Podczas nierównej walki polegli: Wojciech Tytoń ps „Gustaw”, Tadeusz Marzec ps”Łoboda” Józef Marzec ps „Bławat”, Bronisław Torba , Władysław Torba oraz Franciszek Pastuszek.                                                                                                                          Tego samego dnia tj. 5 lutego 43r. w okrążenie dostała się grupa partyzantów z miejscowości Szopowe dowodzona przez Władysława Jarosza . Podczas próby wydostania się z okrążenia polegli: Władysław Jarosz, Jan Jasina, Władysław Jasina i Stanisław Szopa.                                                                                                                     Straty poniósł także oddział „Wara”/ Włodzimierza Hascewicza /, który powracając po koncentracji do Aleksandrowa, w nocy z 2 na 6 lutego dostał się w zasadzkę w okolicach Sigły. Podczas walki śmierć poniósł  Szczepan Dziura                                                     Tak w dużym skrócie przedstawiał się udział partyzantów rejonu józefowskiego w pierwszych dniach Powstania .
Mobilizacja ogłoszona przez dowództwo rejonu i udział w walce, z jednej strony uchroniła niewątpliwie wielu partyzantów przed aresztowaniami i represjami, z drugiej jednak spowodowała całkowitą dekonspirację, narażając tym samym partyzantów jak i ich rodziny na szykany ze strony okupanta.
Jednocześnie demonstracja tak dużych sił i ich udział w walce przeciwko Niemcom, ściągnęły ich uwagę na teren rejonu józefowskiego.
Niemcy w rejon ten przerzucili olbrzymie siły policyjno-wojskowe / ponad 3 tys./ i w dniach 4 – 12 lutego przeprowadzili wielka akcje pacyfikując szereg wsi i urządzając obławy na ludzi. Dokonano tez pierwszych nasiedleń ukraińskich osadników.
Przebieg tej akcji pacyfikacyjnej wyglądał w skrócie następująco:
- w dniu 4 lutego we wsi Hamernia spalono 4 gospodarstwa i gajówkę tzw. Karczmiska.
W ogniu spłonęła Agnieszka Bździuch, zastrzelono także jej męża Wojciecha Bździucha oraz Adama Knapa. Ranna została jedna osoba.
- w dniu 4 lutego we wsi Stanisławów zastrzelono 9 mężczyzn, raniono 2 kobiety oraz 18 mężczyzn wywieziono do obozu w Zamościu,
- 4 lutego w Majdanie Kasztelańskim postrzelono 2 osoby,
- 4 lutego w Pardysówce / przedmieście Józefowa / zabito 5 osób / Maria Naklicka, Anna Błaszkiewicz, Edward Szpinda, Jan Pikora i Andrzej Ostasz /, zaś 3 osoby wywieziono do obozu w Zamościu,
- 4 lutego, po bitwie pod Lasowcami, zastrzelono 6 jej mieszkańców zaś wioskę doszczętnie spalono,
- 7 lutego w Górecku Starym zastrzelono 4 osoby oraz 6 wywieziono do obozu w Zamościu.
Na pacyfikowanym terenie doszło do frontalnych walk z oddziałami niemieckimi. Poza wspomnianymi bitwami pod Zaborecznem, Różą, Długim Kątem, Lasowcami, Szopowym, Stanisławowem i Kolonia Pastuszków, partyzanci starli się z Niemcami pod Hamernią , Borowcem i Osuchami.
Niemcy usiłując na wszystkie sposoby zlikwidować ruch partyzancki zaczęli przeczesywać także lasy, czego wcześniej nie czynili.
Jednak mimo zimy i leżącego śniegu, ułatwiającego tropienie, nie udało się im tego uczynić, gdyż zgrupowanie „Wira”w sile około 100 ludzi nie poszło na „pełny las” lecz ukryło się w zagajnikach na przedmieściach Józefowa. / Dzień wcześniej pozostali partyzanci zostali na rozkaz dowództwa zwolnieni do domów /.
Niemcy frustrację swą wyładowali w ten sposób, że w dniu 10 lutego dokonali ponownej pacyfikacji na terenie gminy, w wyniku której w Aleksandrowie zastrzelono 5 osób a około
280 mężczyzn wywieziono do obozu w Zamościu, zaś z Hamerni 20 mężczyzn.

Koncentracja oddziałów partyzanckich rejonu józefowskiego w rejonie Winiarczykowej Góry a następnie ich udział w powstańczych walkach spowodowały, że dotychczas tajna organizacja zdekonspirowała się. Partyzanci idący na miejsce koncentracji a szczególnie powracając po stoczonych bitwach do swoich miejscowości, jawnie obnosili się z bronią i nie kryli przynależności do zbrojnych organizacji powstańczych.
Wszędzie, pomimo licznych strat osobowych, zapanował triumfalny i podniosły nastrój.
Cieszono się z wykazania twardej postawy i podjęcia zbrojnej walki.
Partyzantom poległym w walce urządzano pogrzeby pełne patriotyzmu i z honorami wojskowymi.
Panujący nastrój przygaszały przeprowadzane przez okupanta akcje pacyfikacyjne oraz aresztowania dokonane pośród kierownictwa organizacji, bowiem Niemcy wykorzystując miejscowych szpicli, głównie spośród Volksdeutschów, szybko zdobyli ich nazwiska .
W nocy 25 lutego, patrol niemiecki w sile 3 żandarmów i 3 policjantów aresztował Konrada Bartoszewskiego i jego zastępcę Hieronima Miąca ps. ”Korsarz” i osadził w areszcie posterunku policji, usiłując przetrzymać ich tam do czasu przybycia większych sił niemieckich.
Zatrzymanym z pomocą pośpieszył ze swoim oddziałem Czesław Mużacz ps.”Selim”, stacjonujący w wiosce Brzeziny, który po otrzymaniu wiadomości dokonał szybkiej mobilizacji swojego oddziału i po przebyciu biegiem odległości 3 km. dzielących wioskę od Józefowa zaatakował posterunek. Po krótkiej wymianie ognia uwolnił aresztowanych tuż przed przybyciem niemieckiej ekspedycji. „Selim” podczas akcji został ranny. Za wykazaną odwagę otrzymał Krzyż Virtuti Militari, zaś partyzanci „Krakus” i „Mord” Krzyże Walecznych.
Niemcy nie przepuścili płazem mieszkańcom Józefowa takiej zuchwałości i po otoczeniu miasta szczelnym kordonem zaczęli przeczesywać dom po domu spędzając ludność do budynku urzędu gminy.
Po dokonaniu selekcji „ bandyckich „ rodzin od reszty zgromadzonych, ostatecznie rozstrzelano na rynku miasteczka „ tylko „ rodzinę Bartoszewskich , rodziców i siostrę dowódcy rejonu AK Józefów Konrada Bartoszewskiego ps.Wir a ponad 60 osób załadowano na ciężarówki i wywieziono do obozu w Zwierzyńcu.

Powstanie Józefowskie / obejmujące Józefowski Rejon AK/ a więc także wioski powiatu zamojskiego takie jak Borowina, Majdan Niepryski, Górniki, Szopowe, Wólkę Husińską oraz Majdan Sopocki i Nowiny/, spowodowało olbrzymie straty osobowe.
W wyniku walk lutowych 43r. w rejonie tym śmierć poniosło ponad 50 osób, poległych w walce lub bestialsko zamordowanych przez hitlerowców a do obozów w Zwierzyńcu, Zamościu i Majdanku trafiło około 500 osób, co stanowiło ponad połowę strat i ofiar poniesionych przez ludność całej Zamojszczyzny w okresie „wydarzeń lutowych 1943r.”

Zamość 25.01.2008 r Zygmunt Puźniak

Powyższy artykuł opublikowany w dużych fragmentach przez Tygodnik Zamojski nr 7 z dnia 27 02.2008r. wywołał szereg komentarzy i głosów sprzeciwu, że podnoszę rękę na świętość nazwy Powstanie Zamojskie i umniejszam rangę tego terminu. Wypowiadał się między innymi, przewodnik i publicysta, Pan Leszek Słoniewski. Jednak czy miał rację?

Historyk musi opierać się na dokumentach a nie domniemaniach zaś do relacji, szczególnie tych pisanych po latach podchodzić z dużym dystansem.
Na ogląd Powstania Józefowskiego bez wątpienia znaczący wpływ miała sytuacja polityczna lat minionych, wymuszająca na historykach kluczenie i obniżanie rangi józefowskiego rejonu AK z powodu politycznej przeszłości jego Komendanta „Wira”a wywyższanie działań partyzantów Batalionów Chłopskich , Armii Ludowej czy partyzantki sowieckiej.
Poza relacjami bezpośrednich uczestników walk / Konrada Bartoszewskiego „Wira”, Franciszka Mielniczka „Jeża”, Czesława Mużacza „Selima”, Zbigniewa Jakubika „Marka” i wielu , wielu innych, w sprawie powstania „ Powstania Józefowskiego” czy „Zamojskiego”, kluczowym dokumentem jest wspomniany już wyżej raport mjra Schwiegera dowódcy I Zmotoryzowanego Batalionu Żandarmerii . Batalion ten bowiem był główną siłą niemiecka w lutowych walkach z partyzantami a major dowódca i koordynatorem wszelkich innych poczynań, czy to policji, osadników czy innych oddziałów pomocniczych.
Już w pierwszym punkcie sprawozdania czytamy: „ W powstaniu tym na południu powiatu Zamość i na wschodzie powiatu Biłgoraj, wzięło udział około 700 – 800 uzbrojonych członków ruchu oporu. Ludność całego tego obszaru udzielała powstańcom pomocy”.
W zdaniu tym chodzi oczywiście o Rejon Józefowski AK / kryptonim Freblówka / , obejmował on bowiem poza wioskami gminy aleksandrowskiej wioski powiatu zamojskiego; Borowinę, Majdan Niepryski, Morgi, Górniki Szopowe i Wólkę Husińską a także wioski z rejonu tomaszowskiego takie jak Nowiny czy Majdan Sopocki, te bowiem oddzieliły się od rejonu Freblówka dopiero w II połowie 1943r./
Inny fragment raportu już wyraźnie i bez niedomówień określa, że : „ Centrum powstania, moim zdaniem , koncentrowało się w Józefowie lub Aleksandrowie. Duże siły wystawiły zapewne również miejscowości Zielone, Łuszczacz, Hamernia i Nowiny”.
Nawet tak znamienne zdanie, celowo chyba przez laty „niezauważane” wskazuje na rejon józefowski AK: cytuje „ Samo powstanie, jak wynika z 18 punktów tajnego rozkazu, było akcją przeciwko wysiedlaniu powiatu Zamość. Ponieważ komendant obwodu „Grzmot” mówi w pkt.18 / rozkazu / , że władze okupacyjne ukończyły akcję w powiecie Zamość z sukcesem, więc nasz obwód reaguje siłą – należy sądzić, że komendant obwodu pochodzi z powiatu Biłgoraj. Jego zwolennicy tylko w niewielkiej części są nie wysiedlonymi Polakami z terenów przesiedleńczych powiatu Zamość. Większość składa się zapewne z zamieszkałej tu polskiej ludności tego terenu. Przy czym rozległe, nieprzejezdne i trudno dostępne tereny leśne na tym obszarze dawały powstańcom silne zaplecze, zarówno w trakcie , jak o podczas samej akcji”.
W akapicie tym pada wprawdzie pseudonim dowódcy BCH powiatu Tomaszów „Grzmota” i wspomniany jest jego 18 punktowy rozkaz, jednak dalsza treść a szczególnie wskazanie lesistej części powiatu Biłgoraj jest niezaprzeczalne i niepodważalne.
Historię Zamojszczyzny okresu okupacji hitlerowskiej w przeszłości ale także i obecnie czytamy oczyma prof. Jerzego Markiewicza, który jako pierwszy tak szczegółowo opisał czyn zbrojny i martyrologię Zamojszczyzny.
Pamiętać jednak należy, ze publicystyka jego odbywała się w określonych warunkach politycznych i aby publikacje mogły się ukazać musiały zawierać często treści, niekoniecznie zakłamane ale jednak wskazujące na „słuszną lub tolerowana stronę”.
Stąd wiele wyolbrzymień w działaniach oddziałów AL, sowieckich a także BCH.
Od lat powtarza się stały schemat; bohaterskie bitwy pod Wojdą, Zaborecznem i Różą – tu bowiem walczyły oddziały BCH i sowieckie i cisza na temat bitew bardziej krwawych stoczonych przez oddziały AK pod Długim Katem, Górnikami ,Szopowym , Hamernią czy Lasowcami.
W artykule z 2008 roku pragnąłem zwrócić na to uwagę – z jakim skutkiem? A no nadal gazety piszą o Wojdzie, Zaborecznem i Róży. Równowagi nikt nawet nie usiłuje zachować!

W przeddzień kolejnych obchodów 69 rocznicy Józefowskiego Powstania.

19.01.2012. Zygmunt Puźniak

Dla zainteresowanych załączam tekst  Sprawozdania mjra Schwiegera:

I ZMOTORYZOWANY BATALION ŻANDARMERII
Obecnie Zamość , dnia 16 II 1943 r.

SPRAWOZDANIE WYWIADOWCZE O POWSTANIU POLAKÓW W POWIECIE ZAMOŚC NA POCZĄTKU LUTEGO 1943 R.

1/ W powstaniu tym na południu powiatu Zamość i na wschodzie powiatu Biłgoraj, wzięło
udział około 700 – 800 uzbrojonych członków ruchu oporu. Ludność całego tego obszaru
udzielała powstańcom wszelkiej pomocy. Wszystkie zaangażowane siły stwierdzają stale,
że powstańcy mają dowództwo wojskowe. Na podstawie ogólnego zachowania się poszczególnych formacji powstańczych można również stwierdzić, że jednostki były po wojskowemu podzielone i odpowiednio wprowadzone do akcji. Rozkaz powiatowego komendanta ruchu oporu z 3.I. 1943r, który mówi o 8 kompaniach, jest zapewne zgodny z rzeczywistością.
Tak więc ruch oporu zbudował organizację wojskową na wzór piechoty. Grupy złożone są
z 1 dowódcy i zwykle 10 szeregowców. Wszyscy członkowie grupy pochodzą z jednej miejscowości lub najbliżej z nią sąsiadujących okolic. Grupy mają się same uzbroić, utrzymać broń w porządku i ukrywać ją. Przeprowadzono także ćwiczenia z bronią i w strzelaniu. Grupy łączono w plutony, a te w kompanie. Dowódców dostarczyła pozostała jeszcze na tym obszarze polska inteligencja / nauczyciele, lekarze, personel leśny, właściciele majątków, administratorzy, urzędnicy itd./ oraz starzy żołnierze zawodowi byłej armii polskiej.
Gdy właścicieli majątków w większości zastano w czasie działań w ich majątkach, to prawie wszyscy polscy nauczyciele znikli. Wynika z tego, że wojskowa organizacja ruchu oporu już od dłuższego czasu rozbudowywana była potajemnie w tych okolicach. Świadczy o tym również zwartość jednostki liczącej setki ludzi.
Bardzo znamienny jest fakt, że ani agentom gestapo, ani nikomu spośród całej policji polskiej i ukraińskiej nie udało się nic konkretnego o tym ustalić przed powstaniem. Tylko wachmistrz policji ochronnej Dunnbier z 5 komp. II bat. 25 pułku policji zdołał zdobyć interesujący materiał.
Nasuwa się stąd wniosek, że występujące tutaj w powstaniu wojskowe organizacje ruchu
oporu istnieją również w pozostałych częściach tutejszego powiatu. Należy przypuszczać, że jednostki bojowe ruchu oporu istnieją równie z w innych powiatach graniczących z powiatem zamojskim.
Centrum powstania, moim zdaniem, koncentrowało się w Józefowie lub Aleksandrowie.
Duże siły wystawiły zapewne również miejscowości Zielone, Łuszczacz, Hamernia i Nowiny.
Jeżeli jeszcze uda się stwierdzić, z jakich wsi pochodzili polegli powstańcy, których potem pochowano, będzie można wyciągnąć wnioski co do ich wsi rodzinnych. Tak np. ustalono, że powstańcy zastrzeleni na wzgórzu 270 na północ od Hamerni pochodzili z Hamerni. Zostali oni również przez swych bliskich pochowani. Jeśli następnie ustali się, które to gminy i wsie oznaczono dużymi literami pod cyfrą 4 tajnego rozkazu z 3 I 1943 dla 8 kompanii, to będziemy znali cały obszar tego ruchu powstańczego. Trzeba by również rozszyfrować osoby oznaczone pseudonimami pod cyfrą 3 i pod cyfrą 7 tego rozkazu.
Uzbrojenie powstańców jest przestarzałe. Pochodzi ono, moim zdaniem, z pozostałych zasobów wojska polskiego, które ludność ukryła przy rozwiązaniu oddziałów polskich w okolicy Tomaszowa. Nowej broni prawie nie znaleziono, podobnie i nowej amunicji. Granaty ręczne były polskiego pochodzenia.
Szkolenie powstańców odbywało się prawdopodobnie w soboty i niedziele, częściowo wykorzystywano zebrania z okazji niedzielnych nabożeństw. W lasach i w pobliżu wsi znajdowały się zapewne place ćwiczebne i miejsca zbiórek, przypuszczalnie istniały też kryjówki broni. Takich kryjówek nie udało się jednak znaleźć.
Powstańcy nosili swe chłopskie ubrania. Nie ustalono żadnych odznak rozpoznawczych czy opasek. Zabici nie mieli przy sobie dowodów osobistych. Zeznanie pozostałej części ludności, jakoby bandyci mówili po rosyjsku było umyślnym wprowadzenie w błąd.
Moim zdaniem nie było ani jednego bolszewika między powstańcami, lecz prawdopodobnie kilku francuskich jeńców wojennych, Pewien ujęty dowódca grupy z Mołożowa, powiatu hrubieszowskiego, zeznał, że członkowie wojskowej organizacji witali się i odpowiadali hasłem „Walka” i „Wolność”.
W leśniczówce Fryszerka widziałem bandę złożoną z około 25 – 30 ludzi, którzy nosili po większej części mundury koloru khaki byłej polskiej armii, dwóch miało na sobie polskie uniformy policyjne. Pewnego dnia 6 powstańców w Jenderkach wystąpiło w niemieckich mundurach policyjnych. Do transportu używano konnych zaprzęgów z wozem lub saniami.
Sygnałów w czasie walki prawie nie stwierdzono, raz tylko – w bitwie koło Łuszczacza – została wystrzelona zielona rakieta. W Walce leśnej na północ od Hamerni dowódca dawał sygnały gwizdkiem. Gdy jeden samochód ciężarowy z mojego plutonu motocyklistów został zaatakowany przez bandytów, jeden koniec drogi został zamknięty ogniem lekkiego karabinu maszynowego, a drugi zatarasowany nadjeżdżającym wozem konnym: furman zostawił naładowany wóz na środku drogi, sam zaś uciekł z końmi.
W czasie walki powstańcy nie oszczędzali amunicji, na ogół jednak strzelali źle, a zwłaszcza za wysoko. Przy każdym energicznym ataku zawsze ustępowali, nawet przed silami liczebnie mniejszymi, a przy powolnych i niezbyt energicznych atakach utrzymywali swe stanowiska.
W lesie, dzięki swej ruchliwości, znajomości miejsca i terenu, mieli przewagę, gdy ich jednak przyłapywano w budynkach, byli prawie zawsze niszczeni bez reszty. Rannych i zabitych – gdy to było możliwe – zabierali natychmiast i odwozili na tyły. Miejscowa ludność, która miała nieczyste sumienie, na widok ekspedycji zawsze uciekała. Ucieczka następowała zwykle na okrzyk : „Niemcy”, „Niemcy”. Jeśli te koła ludności oświadczają dziś ,że nie znają powstańców, to tają umyślnie to, co wiedzą. Moim zdaniem, cała ludność tego obszaru wie coś o tej wojskowej organizacji ruchu oporu.
Powstańcy byli informowani przez ulotki i ustną propagandę. Mieli i mają do dyspozycji
całą polską sieć telefoniczną. Wszyscy urzędnicy i pracownicy pocztowi i kolejowi należą według mnie do ruchu oporu. Łączności radiotelegraficznej – jak się zdaje – powstańcy nie używają.
Samo powstanie, jak wynika z 18 punktów tajnego rozkazu, było akcją przeciwko wysiedlaniu powiatu Zamość. Ponieważ komendant obwodu „Grzmot” mówi w pkt.18
/ rozkazu /, że władze okupacyjne ukończyły akcję w powiecie Zamość z sukcesem, więc nasz obwód reaguje na to siłą – należy sądzić, że komendant obwodu pochodzi z powiatu
Biłgoraj. Jego zwolennicy tylko w niewielkiej części są nie wysiedlonymi Polakami z terenów
przesiedleńczych powiatu Zamość. Większość składa się zapewne z zamieszkałej tu polskiej ludności tego terenu. Przy czym rozległe, nieprzejrzyste i trudno dostępne tereny leśne na tym obszarze dawały powstańcom silne zaplecze, zarówno w trakcie przygotowania, jak i podczas samej akcji.
2/ Polska policja na tym obszarze, według mnie, całkowicie zawodzi. Jest niemożliwe, by ani jeden polski policjant nie zauważył nic z przygotowań do powstania. Sądzę raczej, że ludzie ci częściowo aktywnie współdziałali. Jako szczególnie niepewnych uważam wciąż jeszcze istniejących polskich oficerów policji. Polskich oficerów policji należy z tego terenu wszystkich bez wyjątku usunąć. Są oni według mnie wszyscy zupełnie zbędni i można by zatrudnić ich w Rzeszy przy czymś innym. Polscy policjanci, jeśli mają być niezależni, powinni być bezwzględnie lepiej sytuowani materialnie. Przy obecnym ich uposażeniu
skazani są na dobrowolne datki ludności albo na przemyt, paskarstwo albo łapówki. Do zwalczania polskiego ruchu powstańczego nie nadają się w żadnym wypadku. O ile wiem,
zaangażowane w terenie operacyjnym polskie siły policyjne w czasie akcji nie osiągnęły
żadnego sukcesu.
3/ Należy wzmocnić na tym obszarze odosobnione jednostki żandarmerii. Istniejącymi siłami patrole żandarmerii nie są prowadzić pracy wywiadowczej. Żandarmi w wieku ponad 50 lat też nie nadają się już do pracy na tym terenie. Trzeba ich zastąpić siłami młodszymi, które sprostają ciężkim wymaganiom służby w terenie. Na dowódców posterunków nadają się tylko młodsi podporucznicy żandarmerii lub młodzi, ale energiczni wachmistrze żandarmerii.
4/ Przy wszystkich operacjach zawsze stwierdzałem, że ani w miastach, Ania na wsi nie przeprowadza się energicznej i ostrej kontroli ruchu drogowego. Ani razu nie byłem zatrzymany nocą przez niemiecka policję. Jeśli pełniąca służbę policja porządkowa nie przeprowadza planowo i wszędzie tych kontroli, to nie da się przerwać ruchu nocnego, a także nielegalnego ruchu dziennego. W tym celu należy dostarczyć posterunkom potrzebne środki transportu i materiał pędny. Organy zwierzchnie powinny także zapewnić nadzór nad przeprowadzaniem kontroli drogowych.
5/ Siły operacyjne powinny planowo i stale przeszukiwać duże lasy. Ponieważ policja porządkowa jest obecnie do tego za słaba, konieczne jest wsparcie przez wojsko. W tym celu należałoby przerzucić na teren powstania co najmniej 4 – 5 kompanii wojska. Już sama obecność wojska paraliżuje myśl o powstaniu. Przez ćwiczenia oddziałów w lasach utrudni się lub całkowicie uniemożliwi koncentrację sił przeciwnika na tym terenie.
6/ Policja bezpieczeństwa ma na tym terenie za mało sil. Należy ja, moim zdaniem, znacznie wzmocnić. System posługiwania się agentami zawiódł. Tutaj nadają się tylko tacy polscy agenci, którzy z przyczyn osobistych pracują przeciwko ruchowi oporu. Należy wprowadzić większą liczbę agentów Volksdeutschów i Ukraińców oraz tych spośród Polaków, którzy chcą zostać Niemcami. Zbyt słabo jest przy tym wykorzystywana walka narodowościowa między Polakami i Ukraińcami.
Materiał informacyjny należy zbierać szybko. Rozpoznanie musi być takie, by zaraz po nim nastąpić mogła akcja. Stale należy mieć w pogotowiu siły rezerwowe na operacje specjalne.
Materiał informacyjny o naszych przeciwnikach w GG wykorzystuje się obecnie w wielu
miejscowych urzędach. Według mnie konieczne jest, by cały ten materiał zbierał i wykorzystywał jeden urząd centralny. Wyniki analizy będzie można wówczas udostępnić możliwie często wszystkim posterunkom. Granice powiatów i dystryktów tworzą obecnie – moim zdaniem – przeszkody pod każdym względem. Rozpoznanie terenów niebezpiecznych można wesprzeć przez wprowadzenie samolotów.
7/ Pod względem propagandowym, jak sądzę, poświęca się ludności polskiej zbyt mało uwagi Z pomocą gazet, odezw, plakatów oraz zebrań wiejskich trzeba ją wciągać do współpracy i wpajać jej zrozumienie dla obecnego położenia Europy.
Jeżeli ludność w niektórych miejscowościach dość aktywnie występuje przeciw działalności band, to jest to, twierdzę, wynik zręcznie przeprowadzonej na miejscu propagandy niemieckiej. Wszystkie niemieckie urzędy w GG powinny otrzymywać stale jednolite instrukcje w sprawie tej działalności propagandowej.
8/ Tam, gdzie istnieją już lub mają powstać osiedla Volksdeutschów, trzeba odpowiednio przeszkolić straż wiejską, by stała się silną miejscową jednostką samoobrony. Tę pracę szkoleniową może prowadzić policja porządkowa.
9/ Wstępnym warunkiem operacji są dobre mapy. Stwierdzałem niejednokrotnie brak takich map. Powinno się mieć do dyspozycji mapy łowieckie dużych lasów w skali co najmniej
1 : 25000. Władze zwierzchnie muszą stale dążyć do tego, by mieć konieczny materiał kartograficzny.
19/ Jako środek zapobiegawczy powinno się zawsze stosować przesłuchania i rewidowania podejrzanych osób. Na obszarach objętych powstaniem należałoby wezwać i ostrzec całą polską inteligencję. Koła te należy stale niepokoić dorywczymi przesłuchaniami. Administracja szkolna i leśnictwa w południowej części dystryktu powinny wezwać do powrotu zbiegłe siły polskie. Kto nie powróci, jest podejrzany o udział w powstaniu.
Znaczna część Polaków zatrudnionych w niemieckich urzędach jest niepewna i swoją działalność wykorzystuje przeciw nam. Dlatego siły te należy stale nadzorować.

Rozdzielnik […].
( – ) SCHWIEGER
Major żandarmerii i dowódca batalionu